"kiedy krajem rządzi zgraja bandytów, ludzie zachowują się jak bestie"

Ma Jian – „Czerwony Pył” kolejna książka wydawnictwa Zysk i S-ka, w serii „Naokoło świata”. Przeczytałam i muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem. Cholernie obrazowy język co sprawia że jest to zarówno powieść podróżnicza jak i społeczna, bo opisuje czasy po zakończeniu rewolucji kulturalnej w Chinach.

„Wszystko zaczyna się zmieniać. Chiny czują się jak stara puszka z fasolą, która po czterdziestu latach trzymania w piwnicy zaczyna trzeszczeć w spoiwach” (str.14)

Ale Ma Jian opisuje przede wszystkim  siebie, swoje odczucia, obawy, pragnienia … Fabuła streszczona mniej więcej tak:

czerwony-pyl_ma-jianimages_product19978-83-7506-224-3Jest rok 1983, Ma Jian, kończący trzydzieści lat, czuje coraz bardziej natarczywe pragnienie, by uciec od ograniczeń, które narzuca życie w Pekinie. Rządy Deng Xiaopinga to z jednej strony reformy ekonomiczne, z drugiej między innymi kampania przeciw zepsuciu duchowemu, która budzi niechęć młodych. Noszący długie włosy i dżinsy, a także przyjaźniący się z licznymi artystami Ma Jian jest podejrzliwie traktowany w zakładzie pracy i przez policję. Była żona chce oddzielić go od córki, dziewczyna sypia z innym facetem. Pewnego dnia Ma Jian kupuje bilet kolejowy do najdalej wysuniętej na zachód prowincji Chin i wyrusza na poszukiwanie siebie samego.Podróż trwa trzy lata. Ma Jian dociera na pustkowie i do zatłoczonych miast. W efekcie otrzymujemy urzekający i niepowtarzalny obraz gwałtownych sprzeczności targających Chinami, obraz, który mógł przedstawić tylko ktoś, kto we własnym kraju jest intruzem  (merlin.pl)

książka czyta się fantastycznie, z niesłabnącym skupieniem i ciekawością.
A rozpoczyna się tak:

„Zeszłego roku, na wiosnę 1981, mój zakład (/danwei/) przeniósł mnie z hotelu pracowniczego do małego domku na ulicy Nanxiao. Numer 53. Domek wciśnięty jest między ulice Jedenastą Dongsi a Dwunastą Dongsi na wschodzie Beijing, ledwie kilkaset metrów od dawnej siedziby Lianga Qichao, członka Ruchu Reformistycznego z roku 1898, którego nawoływania do modernizacji kraju tak wzburzyły cesarzową Cixi, że musiał uciekać i czternaście lat spędzić na wygnaniu. Mała iglicznia koło bramy wcisnęła się między mur a słup telegraficzny. Uliczka Nanxiao znajduje się o dwadzieścia metrów od mych frontowych drzwi na końcu wąskiego przejścia i szeroka jest na tyle tylko, aby dwa autobusy nie zdarły z siebie lakieru przy wymijaniu. O ósmej rano i czwartej popołudniu wypełnia się ludźmi, rowerami i wszystko właściwie zastyga.

Ze swojej kanapy słyszę, co dzieje się na przystanku autobusowym; konduktorka stuka w szybę i krzyczy: — Jak się nie możecie wcisnąć, poczekajcież na następny! E, ty, ze złotym zegarkiem! Tak, ty! Gdzie bilet? Dobrze, dobrze, wszarzu! Weź sobie taksówkę, jakeś taki ważniak!!!

Z trzech stron otaczają domek budynki mieszkalne z czerwonej cegły. Kiedy otwierają się okna kuchenne, skorupki po jajkach, liście kapusty i plastikowe torby lecą na mój dach i ześlizgują się do ogródka. Pewnego razu na dachu wylądował talerz ze smażonymi cynaderkami; ktoś na górze musiał poczuć, że ich czas już minął, i postanowił mnie obarczyć załatwieniem problemu. Ilekroć rozwieszam wyprane ubranie, gołębie, które mają gniazdo na trzecim piętrze, pokrywają je plamami.

Ogródek ma wszystkiego dwa metry kwadratowe. Na jesieni iglicznia zza ściany wysuwa gałęzie. W lecie z mieszkań lecą łupiny arbuzów i opakowania po lodach, ściągając roje much i komarów, wolę więc siedzieć w środku. Najlepszą porą jest zima, gdyż wtedy sąsiedzi uszczelniają okna. A kiedy jeszcze spadnie śnieg, mój mały, nędzny domek ukazuje odrobinę wdzięku starego Beijing.

W domku maluję, piszę i śpię. Żona i córka nadal mieszkają o dwie godziny jazdy autobusem w starym lokalu w budynku należącym do Zakładów Petrochemicznych Yanshan. Przez cztery lata byłem firmowym fotografem, podczas gdy żona tańczyła w zespole reklamowym. Wreszcie przed trzema laty moja zdjęcia zdobyły nagrodę w krajowym konkursie, a mnie przeniesiono do stolicy, abym pracował w wydziale kontaktów z zagranicą Ogólnochińskiej Unii Związków Zawodowych. Mam wiele zajęć i rzadko trafia się okazja, by wpaść do Yanshan.

W porządku, może to i jest mała klitka, ale jako posiadacz kranu w ogródku i własnej bramy, mam takie poczucie niezależności i swobody, jakiego bym nigdy nie doświadczył w hotelu pracowniczym. Domek jest miejscem spotkań całej zgrai pisarzy, malarzy, poetów, dysydentów i znajomków. Do późnej nocy rozmawiamy o sztuce i polityce. Dyskutujemy o rachunku ekonomicznym i socjalizmie z chińską twarzą. Słuchamy nagrań Tajwanki Deng Lijun i przekazujemy sobie kopie nielegalnie drukowanych wierszy. Niekiedy przemycamy jakiegoś zagranicznego dziennikarza w kominiarce i dresie, aby pokazać mu swoje obrazy i opowiedzieć swoje historie. Ileż to nieprawdopodobnych planów obgadano w tych czterech ścianach! (str.12-13)

słów więcej ode mnie niebawem :)

2 komentarze do “"kiedy krajem rządzi zgraja bandytów, ludzie zachowują się jak bestie"

  1. aerien

    Zastanawiałam się nad kupnem tej książki. Allegro, cena okazyjna. Na zastanawianiu się skończyło ;) Teraz zaczynam żałować, zaintrygowałaś mnie.
    A, no i bardzobardzo dziękuję za maile (oba!!), odebrałam dopiero dzisiaj w nocy ;) Pozdrawiam, oczywiście. :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.