"Taksim" Andrzej Stasiuk

Jesienią widać, że to miasto umrze. Ci, co mieli wyjechać, dawno wyjechali. O zmierzchu czuć woń płonących liści. Dym miesza się z mgłą i zasnuwa peryferie. Światła robią się żółtawe i mdłe. Trzeba uważać na przechodniów, bo są czarni jak asfalt. Czasami przejeżdżam je wzdłuż i wszerz i widzę, że nie ma ani gdzie, ani po co wysiadać. Cztery skrzyżowania, jedno rondo, sygnalizacja miga na żółto już o dziesiątej wieczór. Gdy wieje z północy, czuć smród martwej fabryki. Wszyscy już wyjechali. Zostali tylko ci, co nie potrafią. Budzą się rano, patrzą przez okno i nie wychodzą. Chyba że mają psa. Wtedy idą na Rynek popatrzeć na klepsydry, sprawdzić, kto umarł, i pocieszyć się, że tym razem to jeszcze nie oni.
O dziesiątej wszystko jest martwe. Żyje tylko stacja benzynowa. Nikt nie tankuje. Wszyscy kupują alkohol albo przesiadują w knajpie. Mają coraz większe, coraz tańsze i coraz starsze samochody. Kupują je od cwaniaków handlujących zagranicznym złomem. Tak, wszyscy się stąd wynoszą albo coś sprowadzają. Niczego tutaj nie ma. Te auta zaraz się rozlecą, wypadną z nich podłogi, a karoserie wylądują w lasach za miastem. Nikt już tego nie kupi. Zamieszkają w nich lisy albo kuropatwy. Lisy są mądre. Widuję je coraz bliżej miasta. Ludzie wyrzucają jedzenie. Kupują i nie mogą zjeść. Jest tanie i paskudne. W sam raz dla lisów. Czasami przebiegają drogę jak koty albo psy. Żrą człowieczą kiełbasę i mieszkają w przerdzewiałych limuzynach. Nikt przecież tego nie posprząta. Stare, ledwo żywe żelastwo. Ale tym ze stacji to nie przeszkadza. Przeważnie są łysi, chudzi i mają odstające uszy. Jakby byli niedożywieni. Czasami tankuję w nocy i patrzę na nich przez szybę. Mają owadzie, nerwowe ruchy. Pewnie bili ich w dzieciństwie. Na próżno. Są głupi i klną bez końca. Ale potem, gdy się rozstaną, gdy zostają sami, przemykają chyłkiem w cieniu murów i nie podnoszą wzroku.

Wielbię i szanuję prozę Stasiuka, cokolwiek by nie napisał, nie rozwodzę się nad tym czy jest to lepsze czy gorsze. Każda z książek do mnie trafia, poprzez trafne obserwacje, prawdę i realizm, czasem zbyt dużą gorycz i smutek, lubię ten sposób patrzenia na świat, na kraje naszej starej Europy, lubię takie realne ukazywanie ludzkich problemów, marzeń, ludzkiej samotności i biedy na tym naszym brudnym i ulatniającym się  gdzieniegdzie z życia, świecie.

Mamy tu dwóch mężczyzn, którzy razem podróżując przez kraje starej Europy próbują odnaleźć jeszcze jakiś sens w przyszłości. Boją się, że tego sensu już nie ma, dlatego często cofają się w przeszłość by przywołać lepsze czasy, stare biznesy, kiedy to jakoś szło, przyjaciół z którymi piło się alkohol, próbują zapomnieć o tym, że życie jeszcze trwa i będzie trochę jeszcze trwało. Wspominają handel ciuchami, ukraińskie zafascynowanie kobiet bluzkami ze złotą nitką, ciuchy z importu (Chiny, Wietnam), stragany na rynkach, gdzie kobiety z okolicznych wsi na Słowacji czy w Rumunii rzucały się wręcz na chińskie jaskrawe ciuszki, które po 2-3 praniach nie nadawały się do niczego. Wspominają handel czapkami uszatkami w maju w Rumunii, które rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Wspominają chęć jakiegoś luksusu w miejscowościach w których rzygać się chce od szarości, smrodu i ogólnego zniechęcenia – stąd wielki popyt na skórzane kurtki sprowadzane zza granicy, skórzane płaszcze, czarne modne koszule. Wspominają napotkanych po drodze ludzi, Cygana zagryzionego na rynku przez wielką świnię, pracowników wesołych miasteczek, w tym Evę, którą obiecali wykupić od ojca, przemycając kilku Pakistańczyków przez granicę. Jest tu jeszcze wiele różnych smutnych czasem śmiesznych historii…

Książka gorzka wskrzeszająca stare dobre czasy ze strachu przed nadchodzącą nicością. I te opisy, które u Stasiuka zawsze lubiłam:

„W Stropkovie pojechaliśmy na północny wschód. W głąb gór. We wsiach stały greckokatolickie cerkwie. Było schludnie, pusto i jakoś tak starodawnie. Jakby wszyscy gdzieś odeszli, ale czasem ktoś wpadał, robił porządek, malował, sprzątał i nadawał wygląd.Nawet utknięte tu i tam ruiny chałup czy obórek wyglądały jak dekoracje, jak muzeum, jak skansen. I nic nie jechało. Szosa była gładka i pusta. Wspięliśmy się na długi grzbiet. Wskaźnik temperatury jak zwykle zbliżał się do czerwonej kreski. Po lewej i po prawej widać było łagodne, porośnięte lasem szczyty. Okolica wyglądała na bezludną, ale w głębi lesistych dolin, przycupnęły senne wioski pogranicza”.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “"Taksim" Andrzej Stasiuk

  1. Ze Stasiukiem miałam do czynienia jedynie przy „Białym kruku”. Pamiętam, że wybrałam ją na fakultetach w liceum i miałam przygotować prezentację na jej temat. Książka – pisząc kolokwialnie – przetrzepała mnie tak bardzo, że dwa dni byłam chora. Prezentacja trwała blisko godzinę ;).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s