"Tysiąc dni w Wenecji" Marlena de Blasi

Nie da się ani na sekundę odpocząć od tych piekielnych upałów, których jak wiecie nie znoszę. W blokach to jest męczarnia. 7 piętro, okna na południe, słońce cały czas, duszno w pokojach bo nie ma przeciągów, gdyż wszystkie ułożone w jednej linii, balkon nagrzany do temperatury chyba 80 stopni, pranie schnie w 10 minut, barierka parzy w ręce. MASAKRA jednym słowem.

Dlatego tak sobie dawkowałam „Tysiąc dni w Wenecji”, wyobrażałam sobie że płynę taksówką wodną (vaporette), że moje mieszkanie ma stare mury i że zamiast męczyć się upałem, męczę się remontowaniem, odnawianiem, upiększaniem tak aby stało się przytulnym gniazdkiem. Bo Marlena właśnie tak robiła, po przyjeździe do Wenecji, po tej spontanicznej (dla niektórych pewnie infantylnej, albo głupiej) decyzji, że chce zacząć życie od nowa z przystojnym Włochem, choć nie jest już młoda, choć materialnie jest zabezpieczona, dobrze zarabia jako krytyk kulinarny/dziennikarka jeżdżąc po świecie i pisząc artykuły o jedzeniu.

Właśnie podczas jednego z wyjazdów do Wenecji, zauważa mężczyznę który bacznie się jej przygląda z sąsiedniego stolika. Po kilku minutach w restauracji dzwoni telefon, Marlena proszona jest do aparatu. To on. Wyznaje jej miłość, proponuje spotkanie. Sytuacja się powtarza za kilka dni. W końcu spotykają się, zaczynają rozmawiać, pół po angielsku, pół po włosku. To nieważne. Ważne że to właśnie TO uczucie, to iskrzenie, to wszystko razem tak spontaniczne, nagłe, otumaniające jak potężne uderzenie, sprawiają, że Marlena i Fernando decydują się na zmiany. On, nieśmiały, „przesypiający życie”, bierny obserwator decyduje się poderwać kobietę, oświadczyć się jej i zacząć życie od nowa. Ona, ustawiona, po przejściach, decyduje sprzedać swoje wypasione mieszkanie w Stanach, i z kilkoma walizkami wyjechać do Wenecji. Wszyscy potępiają jej decyzję. Znajomi, dzieci, przyjaciele śmieją się  że jej naiwności, jedynie przyjaciółka mówi „Łap tę miłość, łap!”.

„Zbyt często sami komplikujemy sobie życie. Dlaczego musimy je ściskać, gryźć i roztrzaskiwać o to, co arbitralnie uznaliśmy za wielką potęgę rozsądku? Gwałcimy niewinność istoty rzeczy w imię racjonalności, dzięki czemu możemy bez przeszkód błąkać się w poszukiwaniu namiętności i emocji. Niech to co nie wyjaśnione, pozostanie nietknięte. Kocham go. Chude nogi, wąskie ramiona, smutek, czułość, piękne ręce, piękny głos, pomarszczone kolana.”

Tak mówi Marlena o swoim Nieznajomym. Pewnie niektórzy z Was czytający tę książkę mieli  dziwne odczucia, że jak to: kobieta w sumie już niemłoda, decyduje się na takie zachowanie, jak nastolatka, idiotka, naiwna i głupia – rzucać wszystko dla jakiegoś Fernanda o jagodowych oczach? A tak, można tak. Moje zdanie tutaj jest dość przemyślane. Sama jestem niepoprawną romantyczką choć się często do tego nie przyznaję. Będąc w sytuacji Marleny zrobiłabym dokładnie to samo. Bo warto czekać, warto ryzykować.

Ale to nie jest głupiutka książka o wakacyjnej miłości. To książka przede wszystkim o Wenecji, o Włochach, opisy targu (cudowne!!), jedzenia, zabytków są tak umiejętnie wplecione w fabułę, że czasem nienachalnie ale przyćmiewają główny wątek Marleny i Fernanda. A może faktycznie to jest główny wątek?  tamtejsze obyczaje, opis ślubu, biurokratycznych urzędników, włoskiej przebiegłości? W tekście włoskie słowa dodają tylko uroku, opisy potraw wywołują ssanie żołądka. Książka przesiąknięta włoską atmosferą.

Co jeszcze jest ważne? Autorka pokazuje nam na czym polega związek. Prawdziwy, dojrzały związek i jego kolejne etapy, a także to jak przez nie przechodzić… jak się siebie uczyć i jak nauczyć się mądrze kochać.

„Życie we dwoje nigdy nie oznacza, że wszystko dzieli się na pół. Trzeba na zmianę dawać i brać, raz więcej, raz mniej. To nie to samo, co zgoda na zjedzenie kolacji poza domem, kiedy nie ma się ochoty wychodzić, ani ustalanie, kto tego wieczoru będzie masowany olejkiem z nagietka. W życiu pary zdarzają się okresy, które moim zdaniem przypominają nieco nocną wartę. Jedna osoba czuwa, często bardzo długo, i zapewnia spokój drugiej, która dzięki temu może nad czymś pracować. Nad czymś co jest ciężkie i najeżone kolcami. Jedna osoba wchodzi w ciemność, a druga pozostaje na czatach, by sprawować pieczę.”

Ja jestem zachwycona!! A dlaczego Marlena i Fernando w 2 części znajdą się w Toskanii? Sami sprawdźcie. Ja już się niecierpliwię. Książka „Tysiąc dni w Toskanii” kusi z półki przepiękną okładką.. ech :)

5 uwag do wpisu “"Tysiąc dni w Wenecji" Marlena de Blasi

  1. niepoprawna romantyczka… skąd ja to znam. :) Historia bardzo bardzo kusi, a mnie zwłaszcza druga część o Toskanii – moim marzeniem jest tam pojechać. Kusisz mary, oj kusisz. ;)

    Polubienie

  2. Bardzo mnie zachęciłaś, piękne okładki i piękne książki.
    Też męczę się w bloku, co prawda na 4. piętrze, ale ostatnim. Od dachu grzeje tak, że mamy jak w saunie, podobnie – przeciągu zero. Mam już naprawdę dość. Trzymajmy się jakoś.

    Polubienie

  3. Beatrix
    :)
    dzisiaj na szczęście nieco chłodniej. Tak jak lubię. I nawet padało w nocy. Jest czym oddychać, choć pewnie nie na długo, bo znow zapowiadają upały

    facet czyta
    :))) hehehe, wiem, pamiętam :)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.