[o gorach] · [o ksiazkach]

"Prostowanie zwojów" Tomasz Hreczuch

W znalezionym w książce (nie pamiętam strony) „Prostowanie zwojów” Tomaszem Hreczuchem fragmencie przeczytałam:

„Gdy wszystko zdarzyć się może, gdy tylko graniczącym z szaleństwem uporem, tonąc w oceanie strachu udaje się pokonać to, co jeszcze przed chwilą było niemożliwe. Oklepany, zgrany do bólu frazes, że „Każdy ma swój Everest” oddaje, o dziwo, istotę wspinania. Rywalizacja, obiektywne osiągnięcia, sława i podziwianie widoków są tylko tłem do tego, co dzieje się w głowie atakującego samego siebie. Któż w końcu więcej doświadcza: mój licealny kolega, mitoman Guffi, sponiewierany do granic obłędu przeraźliwym lękiem przestrzeni, czołgający się w konwulsjach i wymiotujący treścią oszalałego błędnika na szlaku na Giewont czy też nieco posapujący Wielicki, zimą, w otchłaniach K2? Które w końcu dokonanie obarczone jest większym bohaterstwem? Który z nich nie panuje nad niczym, nie przestaje błagać o litość i we własnych oczach balansuje na granicy życia i śmierci, a w zasadzie już dawno tę granicę przekroczył? W najlepszym przypadku jestem gotów ogłosić remis. O przebywaniu w tej niezwykłej strefie przerażenia i fizycznego wyczerpania, o pokonywaniu jej, o wychodzeniu z niej dzięki uporowi i chęci do życia jedynie jest właśnie alpinizm. Dosłowna przyjemność w prawdziwym wspinaniu występuje tylko wtedy, gdy nie trzeba się już więcej wspinać, gdy leży się z butelką piwa pod górą, nasycając się absolutnym bezruchem i bezbrzeżnym bezpieczeństwem. Doznanie to jest niezwykle przyjemne, tak wielce, że trudno je porównać z czymkolwiek innym. Problem polega na tym, że aby tego dożyć, najpierw trzeba skonać ze strachu i wysiłku. Ale czyż nie to jest właśnie w alpinizmie najpiękniejsze? To skompresowanie, zmiażdżenie całego świata do jeszcze jednego oddechu i jeszcze jednego przechwytu, mimo że w zasadzie nie ma już ani powodu, ani siły, ani odwagi, żeby go wykonać. A potem jeszcze jeden taki oddech, jeden taki ruch i jeszcze jeden potem. W rezultacie absolutnego wyjałowienia ciała i umysłu, zwykła codzienność okazuje się być cudowna i pełna smaku. Bez tego kanonicznego wręcz drobiazgu wspinanie niewiele odbiegałoby od kombinacji turystyki, podnoszenia ciężarów i gry w szachy.

Zaznałem w życiu paru miłych rzeczy, znam na przykład smak spełnionej miłości, znam smak sukcesu zawodowego i sportowego, znam nawet odurzający smak stania na scenie, gdy morze publiczności faluje w rytm twoich palców i co rusz wpada w ekstazę (było to na studniówce, tym razem graliśmy pod publiczkę Beatlesów, a widownia była, nie dość, że upita to jeszcze w pełni świadoma ostateczności naszego występu), wiem też, jak słodki jest bezzębny uśmiech twojego własnego dziecka, ale nic, absolutnie nic, nie dało mi tylu niesamowitych doznań, tylu nieziemskich mistycznych porażeń, co znużone, tępe i bezmyślne gapienie się na drogę czy górę, której pokonanie kosztowało mnie więcej niż mogłem sobie wyśnić w najczarniejszych koszmarach. Ten przeszywający, organiczny wręcz zachwyt każdej komórki, że już się tam nie tkwi, że już się tego nie musi więcej robić, jest nie do pobicia w żaden konwencjonalny sposób. Obcowanie z przestrzenią, dotyk Absolutu, porażające piękno, pure fun, ostra jazda i współzawodnictwo, tak, wszystko to we wspinaniu jest obecne, ale są to jedynie pomniejsze dodatki do tego, co naprawdę ważne, czyli wyżymania mózgu z resztek inteligencji, ożywczej destylacji szarej substancji tak, aby została z niej całkiem przezroczysta, pozbawiona jakiejkolwiek myśli i pogrążona w błogiej kontemplacji trywialnych powodów do radości pustka.”

Ważne i piękne słowa. Autor „aktualnie kieruje projektami w Afryce dla Wielkiej Globalnej Korporacji, mieszkając tymczasowo w Niemczech”. Książka opowiada o jego początkach ze wspinaczką, kursie w klubie wysokogórskim, pierwszych wyczynach w Górach Stołowych, potem w Tatrach, Alpach. Nie zrobił może on nic wielkiego jeśli chodzi o wspinaczkę, ale  książkę napisał świetną, fajnym prostym często potocznym i momentami wulgarnym językiem. Świetnie się czyta, czasem się człowiek uśmiechnie, parsknie nawet śmiechem, czasem zasmuci, zamyśli, poduma. Kawał fajnej górskiej literatury o tym że trzeba w życiu łapać marzenia, żyć pasją i czerpać z tego jak najwięcej radości, nawet jeśli nie jest się w czymś zajebiście dobrym.

Reklamy

2 thoughts on “"Prostowanie zwojów" Tomasz Hreczuch

  1. Niedawno byłam na spotkaniu z Olgą Morawską – jej mąż był himalaistą, planował wielką wyprawę, a zginął niemal przez przypadek, w miejscu, gdzie nikt by się tego nie spodziewał. Pamiętam, że słowa jego żony zmusiły mnie do refleksji nad życiem podróżnika, nie tylko himalaisty. A książka pani Morawskiej leży teraz w pokoju, na pianinie, i czeka na swój czas.

    Góry są wspaniałe, myślę sobie, choć ja i tak pozostanę ‚stworzeniem morskim’, rozkochanym w jesiennych przypływach;)

    Ściskam!:)

  2. „trzeba w życiu łapać marzenia, żyć pasją i czerpać z tego jak najwięcej radości, nawet jeśli nie jest się w czymś zajebiście dobrym.”

    …i dlatego poświęcam całą siebie dla jazdy konnej, którą uwielbiam, która jest moją pasją, moim marzeniem, moimi snami. Bo nie trzeba być w czymś „zajebiście dobrym” aby to kochać.

    Ciesze się, że i Ty masz podobną pasję jaką są góry. :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s