"Tysiąc dni w Orvieto" Marlena de Blasi

Kolejna po „Tysiąc dni w Wenecji” i „Tysiąc dni w Toskanii” część pobytu Marleny i Fernanda we Włoszech. Ponieważ ich dom w Toskanii był tylko wynajmowany, a para chce jednak coś na stałe, podejmuje decyzję o poszukiwaniu tzw „ostatniego domu”. Po śmierci ich toskańskiej przyjaciółki Floriany, po rozkręceniu własnego biznesu, który polega na pokazywaniu uroków Toskanii turystom, para jednak chce czegoś więcej, takiego całkowitego zakorzenienia się, takiego prawdziwego odnalezienia swojego miejsca na ziemi. Prawdę mówiąc myślałam, że już w tej Toskanii zostaną, ale nieeeeeeee! jeszcze ich cholera gdzieś ciągnie. No cóż. Życie to wieczna podróż jak mawiają, więc być może takie szukanie ma sens. Okazuje się, że tym razem padło na Umbrię.  Jest to region w środkowych Włoszech, od zachodu graniczący z Toskanią. Stolicą regionu jest Perugia, a innymi ważnymi miastami : Asyż, Spoleto i Orvieto. W tym ostatnim, zwanym „zielonym sercem Italii” dzieje się akcja książki. Malownicze miasteczko, średniowieczne z cudownym klimatem, piękną architekturą (tu chyba najbardziej z tych 3 książek mi się podobało „przebywanie”)

No bo czyż tu nie pięknie? (fotki z netu)

Jednak dla Marleny i Fernanda jest to nie lada wyzwanie. Znaleziony przypadkiem, przepiękny palazzo z piękną salą balową, co prawda do remontu, wydaje się być idealnym lokum na zapuszczenie korzeni. Jednak dziwne animozje i układy pomiędzy właścicielami mieszkania, którymi są ludzie klanu Ubaldini, przysparzają dodatkowych trudności, remont się przeciąga, wszystko jest nie tak. Do tego – to nie Toskania, tutaj mieszkańcy podchodzą do nowo przybyłych w ogromną rezerwą, tu panują inne zwyczaje, nie ma wspólnego biesiadowania przy kolacji czy obiedzie. Każdy sobie rzepkę skrobie chociaż wszyscy się znają.

„Umbria jest szosrtka. […] Melancholijna i stara jak świat, ostrzega „Bierz mnie taką, jaką widzisz.””

Dystans, chłód i niechęć nie są czymś przyjemnym, ale powolutku Marlena i Fernando wkupują się w łaski mieszkańców. Nie nachalnie, nie na siłę, ale powoli są akceptowani.

Poznajemy cudowną Mirandę z ogromnym biustem, która prowadzi wielką kuchnię w miasteczku, czytamy opisy festiwali kiedy to tylko i wyłącznie wtedy mieszkańcy odkładają dystans na bok i siadają wszyscy przy jednym stole, podobał mi się taki prosty opis dotyczący Święta Bobu w Monterubiaglio:

„Święto tradycyjnie odbywa się w każdą niedzielę od końca marca do finału zbiorów, czyli do czerwca. W tym roku jednak bób dojrzewa jeszcze w sierpniu. Na festiwalu pojawiają się wielkie kosze pełne całych strąków, obok nich stawia się porcje świeżego, miękkiego, białego pecorino, talerz grubej soli morskiej, młynek do pieprzu, butelki przyzwoitej oliwy i kawały chleba, osmalonego nad ogniem, odłamane od trzykilogramowych bochnów.W pobliżu czekają beczki z czerwonym winem. Uczestnicy uczty rozkosznie delektują się tymi prostymi produktami, rozrywają strąki i maczają świeże, chrupiące ziarna bobu w oliwie, sypią sól, mielą pieprz,a ich scyzoryki gotowe są do cięcia młodego sera. Nie ma nikogo, kto nie oderwałby sobie porcji jeszcze ciepłego chleba. Każdy pije wino haustami, jak wodę. Bodaj najstarszy ze wszystkich sagre obyczaj szykowana kolacji z surowego bobu skłania ludzi do snucia opowieści”

Znów cudowne opisy targu i fantastyczna sprzedawczyni Tomassina, której miłość do warzyw i owoców wręcz wypełnia targowisko, cudowne potrawy, nawiązywanie relacji z ludźmi, barwne postaci jak pewien samotny wiolonczelista którego historię życia poznajemy. Ale nie ma tu sielanki.. Relacji nie można nawiązywać wymuszając je, dlatego Marlena szanuje tą rezerwę i dystans Umbryjczyków :

„Nigdy w życiu nie zdarzyło mi się prosić o aprobatę ani jęczeć o sympatię. Z całą pewnością nigdy nie łasiłam się w nadziei, że ktoś mnie pokocha”. Autorka szanuje odrębność. Tu nie jest tak pięknie i łatwo jak w Toskanii. Ktoś może powiedzieć, że ta trzecia część jest najgorsza, bo nie ma tej sielanki. Właśnie dlatego, że jej nie ma aż w tak dużym stopniu, ta część  jest dużo ciekawsza. Ukazuje jak trudno jest wtopić się w miejsce dla nas obce. Jak trzeba się wysilać, aby nie być  postrzeganym jako głupi turysta, tylko ktoś kto naprawdę CHCE być częścią społeczności.

Jak mawiają w Umbrii  „To, kto siedzi na krześle, jest ważniejsze od tego, co leży na stole”. Potrawy, przepisy, zapachy i smaki to tylko dodatek. Tu ważniejsza jest miłość i szacunek do człowieka, a nie samo jedzenie i picie. Tu ważna jest moc która usuwa konflikty, czaruje, jednoczy ludzi przy stole.

Wszystko to składa się pyszną umbryjską ucztę.

Reklamy

8 uwag do wpisu “"Tysiąc dni w Orvieto" Marlena de Blasi

  1. Nie czytałam żadnej z tych książek. Recenzje przeważnie też tylko przebiegałam wzrokiem, bo mnie to nie interesowało. Ale chyba właśnie zmieniłam zdanie ;).

  2. Ja czytałam krytyczne opinie na temat tej części. A jak ty ją oceniasz w zestawieniu z poprzednimi?

  3. Jeszcze wszystkie części przede mną. Zdjęcia piękne i też chętnie uciekłabym jak najdalej stąd…

  4. To ja też się przyłączam do tego exodusu na Południe ;) Ile bym dała, żeby teraz powygrzewać się w promieniach słońca :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s