„Rzymskie dolce vita” Penelope Green

Przeczytałam jakiś czas temu, choć ostatnio biorąc pod uwagę pogodę, często sięgałam po fragmenty ze słonecznych Włoch. Najpierw Perugia, gdzie wyjechała australijska dziennikarka Penelope  w poszukiwaniu lepszego życia, pasji, spełnienia – a  potem Rzym.

„Miotałam się pomiędzy napadami wściekłej ambicji a samokrytycyzmem tak głębokim, że tęskniłam do jakiejkolwiek pracy za biurkiem, byle było na tyle duże, abym zdołała się za nim schować. To psychiczne rozchwianie działało na mnie paraliżująco. Miałam wrażenie, że się przemieniłam w paranoicznego androida w stanie odrętwienia. Coś w końcu musiało pęknąć”.

Lubię takie książki, może dlatego, że sama miewam takie napady jak w powyższym cytacie i czegoś mi brakuje. I podziwiam ludzi, choćby potem pisali nie wiadomo jakie kicze i gnioty, za odwagę rzucenia wszystkiego i próbowania nowego życia daleko od domu. Tylko gdzie jest ten dom? Tam gdzie nasze rzeczy, bliscy znajomi, rodzina, czy tam gdzie my? Można by długo na ten temat. Dla mnie ta książka na pewno nie jest gniotem, bo to jest czyjeś autentyczne życie: dobrze zarabiającej dziennikarki w Sidney, porzucone i zamienione na życie bąkającej parę słów po włosku 28-letniej dziewczyny, łapiącej się pracy w kawiarniach, uczącej życia wg włoskich zasad, poznającej na swojej drodze m.in. cudowną panią Marię, Federica z włoskiej kapeli, współlokatorki itd. Jak poukłada sobie życie? czy uda jej się znaleźć to czego szuka?

„Jestem tutaj tak bardzo wyobcowana, jak jeszcze nigdy w życiu, a mimo to nie czuję się samotna. Nieustannie pobudzana bodźcami fascynującymi swoją odmiennością i zajęta tworzeniem nowych przyjaźni, nie mam czasu rozmyślać o świecie, który porzuciłam”

Podobały mi się opisy dnia codziennego, potraw włoskich, klimatu wieczornych knajp. Nic nie poradzę. Odpowiadałoby mi chyba takie życie. Bardzo spokojne, skupione na najbliższych, na zwykłych przyjemnościach…. Wiadomo, takie życie można prowadzić w każdym zakątku świata, nie trzeba jechać do Włoch, ale tam… jakoś jest chyba inaczej, przyjemniej…

„Skręcam w jedną z bocznych uliczek i widzę staruszka w roboczym kombinezonie – siedzi na stołu przed małym sklepikiem z drewnianymi marionetkami. Przechodzę obok pasticerri – na zapleczu pulchny piekarz wykrawa z ciasta herbatniki.”

„Robię w tył zwrot i idę na Campo de’ Fiori. Minęła 18.30, więc stragany zniknęły już wiele godzin temu, za to pootwierały się wszystkie winiarnie, w których teraz roi się od klientów. Dzieci i studenci tłumnie obsiedli  wielki pomnik Giordana Bruna – dominikanina, który został uznany za heretyka i dokładnie w tym miejscu spalony na stosie w 1600 roku”.

Podobała mi się ta książka, bo nie ma tu wspaniałych zachwytów nad wszystkim co włoskie. Nie ma tu tandetnego „ojej, jak tu cudownie i w ogóle kocham Rzym”. Jest wiele uroczych uwag, ale też tych niepochlebnych o brudzie i petach na ulicy, o dość karykaturalnym ubiorze i wyglądzie niektórych Włoszek,  o dość nieprzyjaznym traktowaniu cudzoziemców na początku, o tym, że ‚dolce vita’ wcale nie musi być takie ‚dolce’.

Dla jednych pewnie będzie to książka do ustawienia na półce z Mayes, de Blasi i Mayle’m i innymi. No i faktycznie tak jest. Ale nie ujmuje jej to niczego. Podobało mi się bardzo, a z półki  (obok Marleny de Blasi która też mnie uwiodła) uśmiecha się już do mnie „Neapol moja miłość” – jakże tandetny tytuł prawda? ;))

Reklamy

8 uwag do wpisu “„Rzymskie dolce vita” Penelope Green

  1. NO i słusznie. takie książki też mają swój urok. To lektura lekka, łatwa i przyjemna. Nie aspirująca do literatury przez wielkie L. Jeśli wpadnie mi w ręce, to też przeczytam.

  2. Dla mnie urok miała właśnie Mayes i klika innych książek, lubię wątek ucieczki do Włoch, ale pani Penelope nie zmogłam, nie dałam rady tego czytać, opisywała jak leci to co robi, co myśli, co je, gdzie idzie, że się jej odcisk zrobił, zamysłu literackiego żadnego :) Wydaje mi się, że wolę jednak pisarzy, którzy miewają jakieś refleksje na temat swego życia, bo szczerze- pani Green raczej głębszych myśli nie miewa :D Moim zdaniem oczywiście.

  3. Wypożyczyłam 3 części, cieszyłam się jak głupia, bo zakochałam się we Włoszech :) Jestem dopiero na pierwszej części czyli Rzymskie Dolce Vita i nie mogę… Czytam niby, ale drażni mnie ta książka. Albo to wina przekładu, albo po prostu drażni mnie główna bohaterka i jej zachowania. Mam jakieś 70 stron do końca i co parę zdań już sama do siebie komentuję (złośliwie, owszem ;). Wiem na pewno, że nie mogłabym się przyjaźnić z taką osobą. Doczytam i zacznę kolejne części, zmęczę to, bo nie lubię zostawiać niedoczytanych książek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s