„Chłopaki w sofixach” Jakub Porada

Czym były sofixy?  w czasach PRL-u  „to pierwsze polskie buty zapinane na rzepy, przypominające topowe NRD-owskie modele, przywożone z Berlina luzem, bo w pudełka po nich pakowało się czekolady. „Ale masz fazowe sofixy!” – dla takiego komplementu od kumpli warto było błagać matkę, żeby wystała swoje w kolejce w „Puchatku”, największym domu towarowym w mieście”.

Sama nie bardzo kojarzę te buty, chociaż coś mi się po głowie pokołatało, jak sobie w googlowską wyszukiwarkę obrazów wrzuciłam. Bardziej pamiętam toporne Relaxy, albo juniorki. W sumie, cóż, urodziłam się kilka lat później od autora tej książki, który nieznany był mi kompletnie jeśli chodzi o tak celne i cięte riposty, porównania doprowadzające mnie do łez ze śmiechu, cholernie kolokwialny a miejscami nawet wulgarny język (co mi się bardzo podobało i lekko czytało).

Aktualnie pan Jakub Porada, rocznik 69, jest znamienitym dziennikarzem TVN-u, profesjonalistą w każdym calu, chociaż ja rzadko oglądam tv, więc nie bardzo się orientuję.  No ale  pomyśleć, że kiedyś rzucał jabłkami z okien wieżowca w wiatę przystanku, grzał ławeczki i wystawał pod klatką bloku, próbował nie rzygać po tanim winie albo siuśkowatym piwie, co mu się rzadko udawało (dosłownie „rzadko”), chodził w dekatyzowanych dżinsach, tureckiej kurtce z podpinką z białego „misia” (też mi kiedyś ojciec taką z Turcji przywiózł), żuł gumy kulki, rakotwórcze Turbo, oglądał „Makową Panienkę”, nie rozumiał „Sprawy dla reportera”, ale pamięta „Niewolnicę Isaurę”,  nagrywał kasety i audycje Tomka Beksińskiego, próbował sił w zespole new-wave, uczył się aktorstwa u niejakiego pana Zenona i robił jeszcze wiele innych rzeczy, które z uśmiechem sobie sama też przypomniałam.

Tamte czasy były specyficzne, słabo kojarzę pewne rzeczy, bo z wiekiem pamięć nie ta, ale też mieliśmy kolorowy telewizor Rubin, kolumbrynę okrutną, która mało co się nie zapaliła dnia pewnego wiosennego. Tyle, że my nie wypieprzyliśmy go z 7go piętra przez okno, jak znajomy autora. Też pamiętam zakupy w Pevexie (choć to raczej z opowiadań koleżanek ze szkoły), bony towarowe, piosenki Turbo i Kata, zajebiste fryzury poppersów (dłuższa grzywka zasłaniająca oko), glany skinheadów, czy irokezy punków. Nie miałam okazji co prawda obejrzeć czeskiej wersji Terminatora gdzie słychać „Ne ubiwajte mnie pane Terminatore”, ale pamiętam konserwy z mielonką, szprotki w pomidorach, krajankę, pudrowe cukierki i dropsy z przyklejającym się do nich okrutnie opakowaniem. Wiele mogłaby jeszcze wymieniać, ale po co. Pan Jakub robi to lepiej.

Weźcie tylko pod uwagę, że tak naprawdę z tych wszystkich skrawków życia nie wynika zbyt wiele. Mam wrażenie, że autor chciał po prostu podzielić się tylko swoimi wspomnieniami z okresu młodzieńczego, z czasów, kiedy dorastał. Być może jest tu próba pokazania jak żyć by przeżyć, ale jakoś tak chaotycznie ujęta.  Ot, tyle, w końcu to debiut, a pan Jakub jest bardziej dziennikarzem, niż pisarzem, niemniej jednak bardzo dobrze mi się czytało tą książkę. Nieraz wybuchałam śmiechem i zastanawiałam się, skąd on bierze takie powiedzonka jak np: „kundel tak brzydki, że nawet bumerang by do niego nie wrócił” albo „zwymiotowałem siarkofrutem na trotuar” (dla kogoś może to niesmaczne albo mało śmieszne – ja cholernie lubię takie teksty :D)

A pamięta ktoś jarzębinę w czekoladzie, zamiast rodzynek?

„Można tylko było twierdzić, że życie jest trochę jak ta jarzębina w czekoladzie, którą zajadaliśmy się podczas degustacji pierwszego wina. Niby smaczna i pachnąca, ale w rzeczywistości namiastka, podróbka czegoś czym na pewno nie była”. A to dlatego, że niektórzy ze znajomych pana Jakuba za bardzo żyli złudzeniami. O tym, też możemy sobie poczytać.

Ogólnie wniosek wysnuwam taki : czy to PRL czy nie PRL życie nie jest łatwe, należy sobie radzić, żyć w miarę szczęśliwie według własnego pojęcia szczęścia a nie stereotypu. A to co nadchodzi, niezależne od nas, przyjmować na klatę, a czasem dać życiu z „bańki” jak trzeba i już.

W każdym razie, książka mi się podobała, takie powroty do starych czasów są bardzo przyjemne w odbiorze i dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za udostępnienie egzemplarza.

Advertisements

26 uwag do wpisu “„Chłopaki w sofixach” Jakub Porada

  1. To nie moje czasy, ale lubię słuchać jak dorośli wracają do tego okresu, wtedy czuję, że moje dzieciństwo ani trochę nie było tak fajne, jak te rocznika.
    Z przyjemnością przeczytam. :)

  2. Coś się samo wysłało w połowie:) Sofixów też nie pamiętam, ale konserwy z mielonką, szprotki w pomidorach, krajankę, pudrowe cukierki, dropsy i gumy kulki już tak. I historyjki z gumy balonowej Donald. I – chyba galaretki w proszku – jedzone „palcem”. I wyroby czekoladopodobne. Sporo tych delikatesów pamiętam. To były czasy::)

  3. Ja też musiałam sprawdzić, co to były te sofixy, ale dropsy, od których opakowanie nigdy nie chciało się do końca odkleić, pamiętam doskonale. Przypomniałaś mi, Mary, o cukierkach pudrowych, które kiedyś uwielbiałam (zresztą wyboru wielkiego nie było). Rozejrzę się za nimi w najbliższym czasie:).

  4. :) jedzenie palcem oranżadyw proszku albo właśnie vibovitu, chociaż ja wolałam visolvit :D

    Elenoir cukierki pudrowe mają u mnie w sklepiku, ja co prawda za nimi nie przepadałam, ale pamiętam dobrze:)

  5. Ech, stare, dobre czasy dzieciństwa i wczesnej młodości… :) Z największym sentymentem wspominam chyba jeansy, które „dżinsami” nie nazywano, tylko „teksasami” :) Albo, przedmiot tysięcy westchnień, jeansy „piramidy” :)

  6. Jako rocznik 76 pamiętam i sofixy, i relaxy, i żarówiaste sznurowadła :) prosto z Turcji, ale te już trochę później. Tęsknię do napojów w woreczkach (to dopiero musiał być syf!), ciepłych „lodów”, pestek w gazetowych rożkach, i wstyd mi za syf jaki robiliśmy wokół przyblokowych ławek. Ech… krótko mówiąc pewnie sięgnę po tę książkę :)

  7. Jak mogłam zapomnieć o napojach w woreczkach i malutkiej rurce do tego?! Szał szkolnych sklepików:)A na skrzyżowaniu niedaleko szkoły stał pan z saturatorem, czerwonym sokiem (nie wiem z czego) i szklaneczkami:)
    I faktycznie tym palcem to chyba jednak oranżada w proszku była (nawet zapomniałam o takim wynalazku – pamiętałam tylko, że proszek był słodki i kolorowy). No i obowiązkowo vibovit i visolvit – ale myślałam, że to koloryt lokalny, bo w rodzinie farmaceutka:)

  8. Ja jestem z nieco późniejszego rocznika,ale tez pamiętam napoje w woreczkach, ciepłe lody, przesiadywanie wokół trzepaka i vibovit. Czyli jednak niewiele się na świecie zmienia;)
    A książkę chętnie przeczytam:)

  9. Właśnie sobie podczytuję, też wiele moich wspomnień wraca z lat szkolnych.

    Ale małe sprostowanie – on raczej nie jest rocznik 63, według Wiki – 1969r. – i to jest raczej bliższe prawdy (zwłaszcza patrząc na niego – na pewno nie wygląda na prawie 50 lat!).

  10. faktycznie zrodla podają 69, zmienilam w notce chociaz pewności nie mam, bo z kolei wydawnictwo na okładce podaje 63.
    A ja wczesniej przyznaje nie szukałam w innych źródłach.

  11. Oranżadę w proszku uwielbiałam. A na trzepaku spędziłam połowę dzieciństwa – drugą połowę grałam w gumę – byłam mistrzynią. :))

  12. To nie jest książka o PRLu tylko o tęsknocie, marzeniach i smutku ogromnym. Takie moje odczucie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s