„Spiski. Przygody tatrzańskie” Wojciech Kuczok

Czasem wystarczy mi tytuł książki, by po nią sięgnąć. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale jednak. W tym przypadku zadziałało jak magnes i nie zawiodłam się. Jak na okładce pisze Jan Gondowicz „Niewykluczone, że Kuczok długo nie będzie mógł się pokazywać na oczy polskim góralom”. Nie dość, że góralom się tu nieźle dostaje, to dostaje się również troszkę księżom, a także poniekąd nam, zwykłym ludziom, którzy grzeszymy tak zwanym „polactwem”, czyli narzekaniem, marudzeniem, byciem anty wobec wszystkiego oraz ogólnym naburmuszeniem, zwalaniem winy na system, a kiedy system upada („przeklęta komuna”) to kolejny powód do narzekania się pojawia („zgniły kapitalizm”). Wszystkie te cechy posiada ojciec autora, który jest tu jedną z ważniejszych postaci.

Składająca się z 5 mini-opowieści książka prowadzi nas przez lata 1982 – 2000.

Mamy zatem opowieść, na przykład, o tatrzańskim futbolu. To czasy kiedy mamy słynny mundial 1982 roku, w którym Polska, mająca w składzie Latę i Bońka, bierze udział, a ludzie siedzą murem przed telewizorem, bo to przecież ważne kibicować naszej reprezentacji. Ci co nie mają telewizorów, skupiają się u sąsiadów, którzy mają. Chłopak (autor) z rodzicami wyjeżdża w rejony tatrzańskie, aby u przyjmującej ich rodziny góralskiej spędzić wakacje i obejrzeć mecze. Tam jednak ważniejsze staje się nawiązywanie kontaktów z równie małoletnimi i stworzenie własnej drużyny futbolowej na stromych stokach gór, gdzie piłka w ogóle nie trzyma się boiska, a drużyna woli się napieprzać po głowach, zębach, kopać po tyłkach, rzucać w siebie krowimi kupami, aniżeli grać. Miejscowi stawiają na rozróby, chlanie i cielesne uciechy. Ojciec zostaje wciągnięty w tzw. góralską gościnność, czyli picie na umór. W sali parafialnej organizuje się oglądanie transmisji meczów, sala ta zostaje szczególnie wyrychtowana na mecz z Rosją, znienawidzoną przez naród polski, życzący podłym Ruskom upokorzenia a najlepiej śmierci. Emocje piłkarskie połączone z nienawiścią do ruskich, to niemal spazm w otoczeniu ścian upstrzonych dewocjonaliami i symbolami patriotycznymi.

Kolejne opowieści wiążą się z różnymi etapami dojrzewania młodego bohatera. Pierwsze kontakty erotyczne zabarwione nieco groteską, historie miłosne niejakiego Józusia i Feli, nagłe pojawienie się pewnej Szwedki lubiącej paradować bez stanika po góralskiej wiosce, dziwne orgie cygańskie w lasach tatrzańskich, śpiący rycerze w jaskiniach, kradzież krzyża z Giewontu w ramach prowadzonej przez ojca akcji „Wielka Korekta”.

Sporo tu też opowieści górali o turystach (ceprach), którzy naładowani wypasionymi bagażami i w drogich kurtkach z goretexu paradują po górach, jest więc krytyka szpanu i takiego naszego polskiego „zastaw się a postaw się”, ale też … mocna krytyka samych górali: odwieczne kłótnie o granice terytorium między Podhalanami a Spiszakami, nieznajomość górskich szlaków, wynikająca z czystego lenistwa i zarozumialstwa, zdzieranie kasy z turystów, nabijanie ich w butelkę, chlanie i zbereźne zachowania. To dlatego Jan Gondowicz napisał na okładce to, co wyżej zacytowałam, niemniej jednak gdzieś mi mignęło, że Kuczok z powrotem w góry większych problemów po napisaniu tej książki nie miał. I bardzo mnie to cieszy, bo z tego co wiem, autor jest miłośnikiem gór, speleologiem i po prostu kocha te rejony. A że napisał nieco prawdy? Cóż, świat nie jest idealny i trzeba o tym mówić.

Podobnie jeśli chodzi o Kościół. W naszym społeczeństwie i realiach, odważnym jest napisanie: „zbiorowy rytuał modlitewny w niedzielnej ciasnocie, zamykał moją duszę, zamiast ją otworzyć na święte tchnienia. Na domiar złego z czasem zacząłem dostrzegać niehigieniczny wymiar mszy. Dusiłem się w kościele pełnym nieświeżych oddechów i wykasływanych modlitw; zrezygnowałem z przyjmowania sakramentu, bo bałem się chorób zakaźnych na komunikantach wkładanych jedną księżą dłonią do dziesiątek gęb, niby tylko na język, niby z rutynową zgrabnością, lecz przecież przypadkowych dotknięć uniknąć nie sposób, a już zwyczaj masowego korzystania z kropielnicy był z hipochondrycznego punktu widzenia skandalem najwyższej miary – woda święcona zdawała mi się prawdziwym koktajlem wirusów. O, albo to, jak się w Wielką Sobotę bogobojna gawiedź garnie do całowania stóp Zbawiciela, jak na nich zostawia wilgotne ślady, jak się podpisuje ślina,cóż za ohyda…”

Cóż, dla jednych będzie to przesada, może nawet coś obrazoburczego, dla innych zwykła uwaga, o której się nie mówi, bo nie wypada.

Lubię książki, w których w zwykłej, czasem nieco onirycznej i groteskowej, czasem wręcz dziwacznej opowieści, pojawiają się elementy prawdy. Subiektywnej, odważnej, dającej czytelnikowi nieco inne wrażenie niż ten zwykle uładzony i piękny obraz naszej polskiej rzeczywistości wciskany nam do głowy. Sielsko i czarodziejsko bywa tylko w słodkawych romansach i nowo-odrestaurowanych przez paniusie z miasta pensjonatach.

W „Spiskach” podobało mi się również opisywanie przez autora uczuć między jego rodzicami, totalne wypalenie, skutkujące wieczną krytyką dziecka, uwagami w jego stronę „Takoż u moich rodziców jednoczesność wzajemnego znużenia była, jak to mówią, szczęściem w nieszczęściu, jednak wspólne spędzanie z nimi czasu stało się już dla mnie na tym etapie wykluczone”. Chyba mamy wiele wspólnego.

Niezmiernie wzruszyła mnie także opowieść o dziadku i babci i o ich stopniowo wygasającym ( a może wygaszanym celowo) uczuciu. Emocjonalne i pięknie opisane.

Zresztą Kuczok w tej książce pokazał chyba dobrze swój kunszt literacki, umiejętnie (i zrozumiale dla przeciętnego „cepra”) wplatając również w swoje opowieści gwarę góralską.

Spiski napisałem z myślą o wszystkich tych, którzy jeszcze nie mieli okazji przedzierać się ze mną przez chaszcze. Tam, gdzie misiołaki zimują”.

Przedarłam się i bardzo mi się podobało, to co zobaczyłam. Nie tylko ta niesamowita białczańska mgła.

Wojciech Kuczok, Spiski. Przygody tatrzańskie, W.A.B., Warszawa 2010, s. 278

Advertisements

4 uwagi do wpisu “„Spiski. Przygody tatrzańskie” Wojciech Kuczok

  1. No i wyprzedziłaś mnie z tą książką. Bo od dawna mam ją na uwadze i chcę przeczytać. Tyle, że w bibliotece nie ma, a jestem skąpa i książki rzadko kupuje. ;))
    Ale nie ważne moje skąpstwo. I tak „Spiski” Kuczoka są w mojej głowie, że przy najbliższej okazji i chwili uległości pewnie ją kupię. Po „Senności” Kuczoka bardzo lubię, bo „Gnój” jako tako też był dobry.
    Napisałaś świetny i zachęcający tekst! :)) Fiu, fiu! :)))

  2. :) „Spiski” naprawdę bardzo mi się podobały. Nigdy wczesniej nie czytałam Kuczoka, więc cięzko mi się wypowiadać. Wydaje mi się, że widziałam kiedys w kinie „Sennosć”, ale głowy nie dam – tylko pamiętam, że srednio mi się podobało, ale może dlatego, że nie lubię Żebrowskiego, a tam chyba grał.
    Wiesz, rzadko czytam polskich autorów, nadrobić to trochę muszę, a tutaj nie dosć że fajne mądre opowiesci, nieco może dziwne, to jeszcze z górskim tłem, więc sama rozumiesz :)

  3. kocham tę książkę, uwielbiam, przepadam. znam ją prawie na pamięć.
    a ta scena miłosna opisywana nazwami tatrzańskich przełęczy i szczytów – przepiękna.
    trafiłam gdzieś na recenzję miażdżącą, bo książka hermetyczna, bo tylko dla górołazów, bo to, bo tamto. trochę pewnie tak. ale ta lektura jest przy okazji niezłym przewodnikiem po Podhalu; udowadnia, że Tatry to nie tylko balony na Krupówkach, ale też Spisz (stąd i tytuł chyba uroczo dwuznaczny, i spiski na marginesie, i spiski chłopak…). I ten realizm magiczny góralski, mgła i żywiołaki, no koooocham :)

    poczytaj sobie jeszcze „Bedzies wisioł za cosik” – doskonałe reportaże o Podhalu – i „Sklep potrzeb kulturalnych” Kroha, który też w Bukowinie pomieszkiwał, a wyrósł na jednego z najświetniejszych etnografów w Polsce.

  4. oj tak… o tej scenie nie wspomniałam, ale faktycznie niesamowita. Atmosfera tej ksiazki jest cudowna, i faktycznie masz rację, ze to niezły przewodnik po Podhalu, po tamtejszych mieszkańcach.. Spiski – tak tytuł dwuznaczny, bo własnie i Spisz i spiski – notatki rękopisy ,…

    Na ten pierwszy tytuł poluję sobie bo czekam na jakis tanszy egzemplarz, ten drugi Kroha mam. Czasem nie ogarniam, chciałabym wszystko naraz przeczytac ale tak sie nie da :)

    A Kuczok wg mnie w Spiskach stworzył genialną atmosferę. I ta gwara, wtrącenia, opisy gór, mgła, i jeszcze te teksty ojca o górach w ostatniej opowiesci… cudne!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s