„Słowa […] uwiel­biają, jak je wy­ciągnąć z sza­fy i op­ro­wadzać po pokoju”

niespodziewane„Wspaniały prezent dla wielbicieli Julio Cortazara, którzy dawno już przeczytali wszystko, co Wielki Kronopio kiedykolwiek napisał. Nigdy nie marzyli, że będzie im dane przeczytać coś jeszcze. I oto mają przed sobą teksty, które w grudniu 2006 roku w zapomnianej komodzie odnalazła Aurora Bernardez, wdowa po pisarzu.
Ona sama i Carlos Alvarez Garriga, doktor filologii, odkryte teksty pieczołowicie uporządkowali i przygotowali do druku.
Na ten tom składają się utwory pisane na przestrzeni 46 lat: trzy najstarsze pochodzą z roku 1938 (Cortazar miał wtedy 24 lata), ostatni zaś powstał w 1984 r. na krótko przed śmiercią pisarza.” (matras.pl)

Musiałam się podzielić tą informacją. Książka ukaże się w marcu. Nie spodziewałam się tych „niespodziewanych stronic” i bardzo się cieszę :)

Advertisements

152 uwagi do wpisu “„Słowa […] uwiel­biają, jak je wy­ciągnąć z sza­fy i op­ro­wadzać po pokoju”

  1. Cholera, Mera wepchnę się jeszcze ze swoim! Tyle zachwytów w tym oceanie komentarzy, tyle pięknych słów jeszcze nie czytałem! :))))
    Kuź…a, ano widzisz, ludziom trza Greya, albo oliwki w śniegu, albo stokrotki na słońcu… Kto tam się dzisiaj przejmuje Wielkoludem argentyńskim…
    Ostatnio poczytałem Wielkie wygrane Cortazia i powiem Ci Mera, oj chciałabyś aby się Tobą tak zajął jak zajmuje się słowami :) I wierz mi, nie zakończyłoby się na oprowadzaniu ;)

    No to niech ktoś się chociaż wypowie, Luiza, Jabłuszko (kto tam u Ciebie jeszcze bywa?) żeby tak smutno nie było przy takiej dobrej nowinie :))))

  2. :)) no zachwytów moich jakos póki co nikt nie podziela :( szkoda. Tylko na Ciebie moge liczyć ;-)))

    Wiesz, ja myslę, że wielu zainteresowanych będzie/jest tylko gdzies się kryją/chowają/wstydzą czy jak.. :)

    :”Wielkie wygrane” muszę sobie kiedys przypomnieć.. koniecznie, bos mi dał zagwozdkę z tym „nie kończeniem się na oprowadzaniu” ;)

  3. No właśnie ów wstyd, czy jak to tam nazwać, powoduje moje zdziwienie. Takiego Grejowatego to czytają i się nie wstydzą, a przecież i Cortazar pięknie pisze o seksie, wiadomo, to nie jest tak jak w „sellerze”, że co dwa akapity scena, która w swojej bezpośredniości opisuje tylko… marzenia (którym daleko do znamion realności). Cortazar ma wyczucie słowa i nastroju.
    A to tak se napisałem, a nóż widelec, ktoś w moim zestawieniu słów seks i Cortazar obok tego pierwszego, sięgnie też do tego drugiego… :)

  4. A w ogóle to chyba my już jesteśmy zarażeni wirusem argentyńskim, nie? ;)

  5. :))) moze to nawet nie wstyd , moze po prostu niewielu siega teraz po klasykę, w zalewie tych Greyów, Cukierni pod Amorem, wampirzych sag i innych pierdołowatych stokrotek – gdzies sie zagubiła prawdziwa dobra książka….
    Jak mówił Cortazar ‚Oba­wiam się te­go raj­fur­stwa at­ra­men­tu i słów, te­go morza języków liżących dupę świata. ‚ – nie pamiętam jaki to był kontekst ale jakos mi przypasowało.

    oczywiscie nie ma go uogólniać, bo z pewnoscią wiele osob czytuje JC ale dziwi mnie że NIKOGO nie ucieszyła ta informacja. Naprawdę…

    Wirusy w końcu sa po to by zarażać, nie? ;)

  6. Hehe, nooo, ów cytacior to nie jest może kwintesencja wspomnianego nastroju słowa, ale otóż to. Pewnie, że czytają, „Grę w klasy” dużo osób przerobiło/przeskoczyło :)

    Mera, piszę se te komentarze, bo więcej osób kliknie w notkę, duża część wzdrygnie się, pomyśli zboczuchy i odejdzie, ale jest garstka zapewne, która podejmie się posmakowania nieprzyzwoicie dobrego Cortasia :)

  7. Kurde Mera, Ty to masz jakieś wybrakowane te zapowiedzi ;)))))) U Klałdyny są Anioły i wampiry (Kerrelyn Sparks) jest nowe stare oblicze Greja, oooo! Są Dni krwi i światła gwiazd (Laini Taylor) nie mów, że nie znasz :) Oj, dzisiaj Cortasiowi trudno byłoby się przebić ;))))

  8. Nieskromnie powiem żem sam się rozbawił tym niefortunnym ale jakże zabawnym ciągiem słów i zapowiedzi :))))

  9. Mera,
    kontynuując temat notki, mogę co najwyżej zapłakać ;)

  10. Drodzy Państwo, najprawdziwsza nieprzenikniona egzaltacja, jej gwarantem (egzaltacji, nie Merki) – tylko Cortazar! Czytajcie!

    Dobry Mera jestem copywrajter, nie? Już nic nie dodawaj, Ty się postaraj lepiej o mały egzemplarz dla mnie! Z tego co pamiętam, Twe długie macki (skojarzenie z Lovecraftem na miejscu [zupełnie jak piwo w barze]) sięgają wydawnictwa MUZYcznego. ;)))))

  11. Ej no, my się po prostu z Klałdyną ścigamy na komencie :DDDD
    Czasami tak to już jest, jedna zapowiedź warta 10-ciu :)

  12. No odpowiadaj, bo jak dyskusja ma biegnąć, to musisz szybciej biegnąć niż u Klałdyny :PPP ;) Ciekawe, czy ktoś raczy dołączyć do naszej wybrakowanej sztafety :) Komuś trzeba przekazać pałeczkę… i nie mogą to być wampiry…

  13. Mera, wiary. Jutro o tej porze będzie tutaj drugie tyle komenciów, a o Cortasiu będzie mówić cała blogosfera :) Dobrej nocy…

  14. Ja się bardzo cieszę na tego Cortazara!, tylko niedawno dotarłam do domu po całym dniu wolnym od komputera i dopiero teraz radość swoją wyrazić mogę :))) Bardzo dobra wiadomość! Mnie do literatury ibero namawiać nie trzeba.

    Krzysiu, więcej wiary w ludzi! Choćbyś nie wiem jak się starał być ostatnim na tym łez padole czytelnikiem klasyki literackiej, przyjdzie mi złudzenia Twoje z satysfakcją rozwiać: nie jesteś, niestety, sam ;):) Graya, czyta się, owszem, ale bez przesady: są jeszcze tacy, którzy go nawet w dłoni nie trzymali :)

  15. Jest, jest, jest! Widzisz Jabłuszko, zostałaś dzisiaj moim małym, intymnym Jezusem!
    Uratowałaś cały naród wybrany(ch) czytelników!

    Cieszy mnie to, bo jak zauważyłaś w tych oparach ironii powoli zaczął się skraplać absurd ;) Niebezpieczne to miejsce, zupełnie jak proza Cortazia… Powtarzam się? ;)

  16. Merka, egzemplarz dla Jabł(uszka)! ;D

    No, teraz to wiem, widzisz Mera trzeba było napisać zapowiedź i to, że będziesz miała egzemplarz do rozdania, zobaczyłabyś jakby wszyscy rzucili się miłością piekielną do Cortazara! ;)

  17. ej no ja nie mam takich mozliwosci zeby kazdemu egzemplarz brac, w tym natloku ksiazek od wydawnictw ;DDDDD to ja sama sie gubię, nie wymagaj ode mnie niemozliwego ;)))))))))) (pojechałam ironia jakby sie ktos nie skapnął) ;)

    ps a to że mój blogasek jest niebezpieczny to fakt:) zgadzam sie :d

  18. Ano podzielam, nie mogło być inaczej :)

    Sama wróciłam dziś do domu z kolejnymi książkami jednego z ulubionych pisarzy, Henry’ego Jamesa, którego staram się skompletować całego, więc radość mi się we krwi kotłuje, a u Ciebie taka miła wiadomość :) To w ogóle był dobry dzień! Udało mi się w Matrasie kupić za kilka złotych „Miasto odkupienia” Josepha O’Connora, którego zatrącającą o pean dziękczynny recenzję widziałam kiedyś na jednym z blogów (nie pamiętam już u kogo), a na którego przeczytanie bardzo się napaliłam. Tymczasem dziś wchodzę do Matrasa, a tam taka niespodzianka! No, zobaczymy, z czym to się je. Poza tym, dotarło do mnie z Allegro „Święto kozła”, a że nie można już ZNAK-owskiego wydania kupić w normalnej księgarni i na stronie wydawnictwa też nie, to sobie na aukcji kupiłam – nie po okazyjnej cenie wprawdzie, ale go nareszcie mam, bo już chora byłam z powodu niemożliwości dostania.

  19. Nie wiem, czy się powtarzasz, bo aż tak wnikliwie Cię nie czytam ;):)
    Cortazar niebezpieczny? Chyba tylko dla ludzi małej wiary w jego talenta ;)

  20. Kurcze, no to gratuluję udanych zakupów. Ja własnie na Swieto Kozła po Twoich peanach poluję i własnie tez zauwazyłam ze w Znaku niedostępne ani w zadnej innej ksiegarni. To chyba Ty mi sprzatnelas z allegro ten egzemplarz, który widziałam, kurka wodna ;)))

  21. Mary, nie kryguj się: dla Ciebie wydawnictwo nawet spod ziemi wyrwie ;):)

  22. Oj, Jabłuszko, Jabłuszko, odnośnie Twoich dzisiejszych przygód ze zdobyczami, ewidentnie chcesz awansować u mnie na samego Boga!

    A Llose na pewno wznowią, dam sobie głowę uciąć jak kurze, która znosi złote jajka (to o Nobliście) :)

  23. Krzysiu, nie bluźnij, bo Cię ktoś po pleckach święconą pokropi i kapotka Ci się nadpali nieco ;) Llose pewnie i wznowią, tylko ja nie z tych, co by w czekaniu wytrzymali ;):)

  24. Jabłuszko, oj nie wiesz co mówisz chyba ;))))))
    Ja jestem mały pikus w porównaniu … do… innych blogasków które jadą miszmaszem pelną parą ;)) (ups ale nieco sarkazmem znów zajechało) ;D

  25. Jabłuszko,
    a propos „spod ziemi” to dobrze, celnie trafiłaś, Mera zna różne okolice, Hades nie jest jej obcy :)

    No ja jeszcze niestety zachowałem resztki cnoty zwanej niegdyś cierpliwością, choć z tym się w dzisiejszych praktykach handlowo-społecznych ciężko żyje :)

  26. Mary, bo u Ciebie jest ten problem, że Ty bierzesz, recenzujesz, ale pod recenzją już nie wspominasz, komuś wdzięczność dozgonną winna, bo Ci dobrodziejem na życie całe został ;) :) Żarty, żarty: wiem, że Ty taką współpracę z wydawnictwami uprawiasz co płacić za nią musisz w księgarni i na własnych plecach do domu tomy, bo nawet Krzysiek-dżentelmen nie raczy dopomóc :))))

  27. Sława Ci za to i chwała, Krzysiu, boś cnotliwy wielce w iście pensjonarskim stylu ;):)

  28. He, he…Najlepsze jest to, że na tylnej okładce „Święta…” czytam sobie ni mniej, ni więcej, że główna bohaterka miała 19 lat, kiedy Dominikanę opuszczała i po 30-tu latach na nią wraca… Jezu, jak już w ZNAK-u książek przez się wydawanych nie czytają, to Armageddon blisko (jak przeczytacie, to będziecie wiedzieli o co mi chodzi)! Aż mi coś w środku jęknęło.

  29. To prawda… bo wszakże prawdziwy dżentelmen nie stroni od Gombrowicza, a i nie raczy wspominać wszystkich kart na stole, a tym bardziej w plecaku Panny Merki. Tajemniczość to jest coś co doskonale znasz Jabłuszko ;)

  30. Tak, tak, znamy, znamy, ZNAK się ostatnio przy dużych obrotach (nie tylko wokół własnej osi) niefortunnie zniekształca.

  31. Krzysiu, toś mnie napiętnował! I do tego publicznie! Gore, gore! ;)

  32. Szkoda. Zawsze uważałam, że to jedno z nielicznych wydawnictw, które ceni swoich czytelników i szanuje swoich autorów, oszczędzając i jednym i drugim żenujących wpadek wydawniczych. No, ale niedawno i u MUZY zaczęłam natykać się na błędy w bezbłędnej do tej pory przeszłości redakcyjnej tego wydawnictwa. Smutne. Czytelnik i Wydawnictwo Literackie jeszcze mi wiary w fach wydawniczy, na szczęście!, nie odebrały.

  33. Mam tylko nadzieję Jabłuszko, że w takiej atmosferze maniakalno-pozytywnej :)

  34. Nic się nie martw, dobrze jest :) Tylko mi jeden komentarz do Cię zjadło gdzieś (zaraz go odtworzę).

  35. Do Krzyśka (zjedzony komentarz): szkoda, że się ZNAK tak opuszcza. Do tej pory bardzo temu wydawnictwu ufałam, tak jak i Muzie, u której również ostatnio kilka błędów w jej książkach znalazłam. Czytelnik i Wydawnictwo Literackie jeszcze moją wiarę w rzetelność roboty wydawniczo-redaktorskiej podtrzymują – mam nadzieję, że się nie zawiodę. Muza miała fantastyczną przeszłość redaktorską, no i coś tu nagle kruszyć się zaczęło :(

  36. Twój komentarz mi wpadł do spamu ale już się pojawił wyżej. Wydawnictwa trochę schodzą na psy, że tak powiem, wydając co popadanie i nieuważnie, W Muzie trafiają się literówki też czasem, Nie wiem jak w innych w sumie, bo słabo rozeznana jestem we wszystkich wydawnictwach, Jakichs rażących błędow nie widzę, poza cenami :D

  37. Mary, to jak Ty tam sobie tymi guziczkami sterujesz, że moje rozważania natury moralno-egzystencjalnej do spamu Ci wpadają?! OLABOGA! Czuję się znieważona jako komentator tego czytelniczego przybytku, z dość krótkim stażem komentatorskim wprawdzie, ale z ogromnie wielkim ego, datującym się od zarania dziejów! ;):)))))))

  38. Przy zmniejszającym się rynku książki papierowej takie kumulowanie się kapitału (fuzje) jest, niestety, naturalnym procesem, podobnym właśnie do kruszenia. Widać to już – jaka sama zauważyłaś – coraz bardziej w rzetelność wydawniczo-edytorskiej. Muza? Jeszcze starają się cenowo trzymać w ryzach, choć to też pozostało raczej kwestią czasu.

    Dla mnie jeszcze słowo/obraz terytoria pozostało wydawnictwem o niezmiennie jasnym punkcie na firmamencie wydawniczym :) Ale też trzeba jasno sobie powiedzieć, że najczęściej działają w pewnej „niszy wydawniczej” i być może to jest wskazówka dla małych wydawnictw, chcących się utrzymać na rynku.

  39. A bo on zawsze wszystkiemu winien! Graya też niby nie czyta, ale jakoś dziwnie zorientowany w zawartości dzieła ;):)

  40. Ja tylko mam nadzieję, że temu sławetnemu prawu rynku nie wszystko ulegnie. A przynajmniej nie w takim stopniu, żeby priorytety inne poświęcić w imię zarobkowania przede wszystkim. Wiem, wiem, naiwna jestem, ale tli mi się jeszcze w duszy ten ogień, który każe mi wierzyć, że nie wszystko jest na sprzedaż itp. itd. Od zawsze miałam umiłowanie do szlachetnych postaw i krystalicznych charakterów ;)

  41. To muszę Was dziewczyny rozczarować, to nie ja. Dzisiaj pada dużo wyrażeń zogniskowanych wokół „seksu”. Tak więc, komentarzowo-spamowe systemy internetowe wykazują się nadgorliwością i nader dużą aktywnością w dziedzinie prawości. Mnie się ostały resztki inteligencji, a więc jak same się domyślacie – prawości nie zostało nic ;-)

  42. Eee, to seks już do spamu system wrzuca?! O tempora, o mores! ;)

  43. Tak, typowe dla kobiet, lubią krystaliczność – szczególnie diamentów ;) A to mi się przypomina dyskurs o wydawnictwie „Świat Książki”. Seria wpisów, wielkie powroty wspomnień, a jeszcze nie widziałem żeby ktoś w tak nagminny sposób wspominał o zniszczonym PIW-ie czy Ossolineum. Ale to temat dotyczący nie tylko samych wydawców, ale też blogosfery.

  44. O, pardon! Nie rozpoznałam tak (że użyję ulubionego zwrotu polskiej blogosfery książkowej i nie jest ważne, że używanego często w wypowiedziach bez pojęcia o właściwym jego znaczeniu) ZACNEGO pióra :))))

  45. No, jak zauważyłaś, łapiemy dzisiaj z Merą czytelników na seks… w sensie zachęcania do Cortazara ;)))) Podobno działa w marketingu :)))) Żeby nie wspomnieć osławionego Grejowatego :)

  46. O, przepraszam, sama widziałam kilka wpisów (podkreślam: kilka) o Ossolineum, gdzie dziewczyny ubolewały nad faktem. Mnie ŚK ani ziębi, ani grzeje: ludzi mi tylko szkoda, bo sytuacja na rynku pracy jaka jest, każdy widzi. Samo wydawnictwo ma swoją kartę w historii wydawania książek w Polsce, bo że się do jakości wydawania przykładali i kilka tytułów oczekiwanych wydali – ja nie zaprzeczę. Na krucjatę obronno-dziękczynną na Fejsbuku nie ruszyłam, bo z tłumem iść nie lubię. Ale jak komuś szkoda i apeluje, nie moja sprawa. PIW-u i Ossolineum żałuję szczerze, bo to prawdziwe giganty rynku literackiego.

  47. Mary, to jest nas dwie. Mnie diamenty też do szczęścia niepotrzebne.

  48. He, he, he… To się Krzyś rozpisał! A miał już iść spać i „dobranocą” komentował ;)

  49. Mnie też ŚK niespecjalnie interesuje. Nigdy jakos nic tam nie kupiłam, może ze dwa trzy tytuły na promocji ale nie mieli dla mnie przynajmniej ciekawej oferty. Owszem masz rację, zapisali się w historii, sama pamiętam jak miałam katalog i zamawiałam będąc młodsza dla mamy jakies ksiązki. Szkoda ludzi, to fakt. Te wszystkie fejsbukowe akcje czy blogowe nie wydaje mi się aby miały cos zmienić.
    CO do PIWU czy Ossolineum, nie widziałam nigdzie żadnych wpisów, dlatego przyznałam rację Krzyskowi. Wydawało mi się że tak przeszlo to bez echa..
    No ale giganci literatury to prawda… Sama ubolewam nad Piwem bo wiadomo, Hesse…
    :)

    No nic, uciekam spać, do „pogadania” ewentualnie jutro i dobrej nocy wszystkim.
    Fajnie że jestescie :)

  50. Dobrej nocy dziewczyny, (ale nie omieszkam pociągnąć wątku ŚK) zatem do poczytania…

  51. O, bywały przed laty czasy, kiedy na pewnym forum rozmawiało się do samego rana, i tylko budzące się za oknem ptaki i pierwszy nieśmiały poblask dnia wyganiał od komputera do łóżka na kilka godzin snu :))) I nawet kilka małżeństw się z tych pogaduszek – o książkach i nie tylko – zawiązało :)

  52. No to wiesz, jakie w takich okolicznościach bywały dystanse :) O północy to się dopiero od godziny rozmawiało, a nie „dobranocami” dzień kończyło. Ale to inne czasy były, inne obowiązki się miało i innym koniecznościom się podlegało :) Fajnych ludzi wtedy poznałam, zżyliśmy się ze sobą, a z jednym z nich nawet ślub wzięłam :)

  53. :))) super!!!!
    teraz każdy zagoniony ale jak się chce to można chwilkę wygrzebać na nocne pogaduchy tyle że czesto zmęczenie bierze górę.. Też bym chetnie dłużej nieraz posiedziała, ale nie daję rady…
    Ale pamiętam takie dni, noce.. pamiętam… nie zawsze konczyło się to dobrze/miło ale jednak wspomnienia fajne :) Zresztą zawsze mówię, że więcej znajomych mam poznanych przez neta (i sa to trwalsze relacje) niż w realu/normalnie

  54. Fajne :))) Zawsze mi się podobały ewolucje tych rozmów: zaczynało się od jakiegoś tam tematu, zupełnie przypadkowego, a potem meandrowało się w różniastych kierunkach, by zakończyć w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. I tak dzień po dniu, bo spotykaliśmy się regularnie. Prawie cztery lata mi zeszło na tych pogaduchach.

  55. :)) noooo, jednak sieć to fajne miejsce, Nie zawsze złe i pełne fałszywych ludzi jak mówią stereotypy, Zreszta popatrz tutaj, niby zwykły blog niby się nie znamy a gadamy se na luzie, o różnych rzeczach,Przyjemnie :)

  56. Wiesz, przyznam szczerze, że jestem Tobą przyjemnie zaskoczona. Zupełnie nie spodziewałam się, że kiedyś będę z Tobą w ten sposób rozmawiała. Lubiłam czytać Twoje wpisy, bo są inteligentne, ciekawe, soczyste, emocjonalne, barwne, bardzo wyraźnie Twoją osobowością nabrzmiałe. A jednak kojarzyłaś mi się zawsze z kimś pełnym dystansu, kontry, nie przepadającym za nawiązywaniem z ludźmi bliższych relacji i potrafiącym szybko, zdecydowanie wskazać delikwentowi jego miejsce. To nie są dla mnie złe skojarzenia, bo ja poklepywania się po pleckach nie lubię, picia sobie z dzióbków, tiutania, miziania, czułego połechtywania i tych wszystkich słodkaśnych serdeczności. Nie sądziłam tylko, że tak mi jakoś dobrze będzie się tu pisało, że w obcej mi osobie odnajdę tyle z siebie :) Bez urazy ;)

  57. ;))) kurcze, no miło mi że tak mówisz. Zawsze byłam ciekawa jak mnie tu ludzie odbierają, tak szczerze, bez słodzenia.
    I ja tak naprawdę chyba wybieram sobie ludzi z którymi lubię/chcę rozmawiać/przebywać. Generalnie masz rację, mam w sobie dystans i trochę bezkompromisowa bywam ale jesli trafiam na osobę, z którą można poROZMAWIAĆ to od razu wpadam w jakis trans/amok/lubienie…

    W każdym razie chciałam powiedzieć, że (bez lukrowania, a szczerze), że jestes jedną z nielicznych osób odwiedzających to miejsce, która je ożywia i wiem, że jednak to moje pisanie gdzies tam ktos lubi :) I uwierz, gdybym nie miała ochoty z Tobą gadać, to na pewno pokazałabym Ci gdzie Twoje miejsce ;DDDDD heheh

  58. W to nie wątpię, he, he, he, he… :)))))))

    Uwierz mi, jest wielu, którzy lubią to Twoje pisanie tutaj. Czasem natknę się na jakieś zdanie o Twoim blogu i o Tobie w komentarzach na innych blogach i nigdy nie zdarzyło się, żeby nie były to opinie życzliwe. Ludzie lubią Twoją bezkompromisowość i jędrny styl pisania. Bardzo się nim wyróżniasz na tle monotonnej i często nudnawej masówki innych blogów. Wole Twoją opinię o książce, bo wiem, że piszesz prawdę, że swoich wrażeń z lektury nie ujmujesz w żadne karby, a jedyną ramą jest Twoje własne widzimisię. Dobierasz fajne, ciekawe cytaty, wskazujesz te aspekty książki, które mocno dają do myślenia. Do mnie to trafia, bo lubię szczere, autentyczne pisanie, odrzuca mnie natomiast pisanie pod dyktando wszelakiej poprawności w myśleniu.

  59. No dobra, dosyć tego dobrego, bo się spaskudzisz i zaczniesz pisać długaśne elaboraty, pełne encyklopedycznych biogramów, odwoływania się do wspólnoty życiowych doświadczeń (to te teksty typu: „któż z was nie zna…”, „co byście zrobili, gdyby…”), karkołomnych zwrotów w rodzaju „kiedy miłość kwitła, szaleniec grasował a napięcie rosło” albo „po prostu popłynąłem oczami wyobraźni autora i dałem się ponieść jak nigdy wcześniej” czy „autor doskonale żongluje czytelnikiem, wprowadzając go w doskonały nastrój” (autentyki!). I przestaną te Twoje notki świadczyć o tym, że „autora wyróżnia duży potencjał inteligencji, co jest uwydatnione w przekazie” ;):))) A w podsumowaniu przyjdzie mi przeczytać: „cieszę się, że takie książki wychodzą poza biurka ich autorów” :))))

  60. Szczególnie to o kwitnącej miłości i grasującym szaleńcu radziłabym zapamiętać, bo Takiej wielbicielce kryminałów jak Ty, fraza rzeczona przyda się na pewno w jakiejś recenzyjce z gatunku ;):)

  61. P. S. Lubię sobie pozbierać co smakowitsze kąski z naszych blogów książkowych :)

  62. Tarara, a dzisiaj przeczytałem, że Muza też się rozbija na „marki” (Akurat).
    Hmmm… czy mam nie przeszkadzać w słodzeniu??? :)

  63. :))) grasujący szaleniec…czy to nie o Krzysiu przypadkiem? ;)) (hehe zaraz mi tu dowali pewnie, ej żartuję sobie tylko no!)

    wiesz no, nie każdy pewnie ma dryg do pisania, nie mówię że ja robię to lepiej, bo też piszę raczej emocjonalnie, z głębi duszy itp, nie mam jakichs polonistycznych osiągnięć ;)) ale fakt że nieraz czytajac pewne recenzje można się usmiechnąć…..

  64. Nie przeszkadzasz w słodzeniu, bo słodzenia nie ma – tylko szczera prawda, która, jak wiadomo, nas wyzwala ;):) A co o Muzie piszą w „Akcencie”?

  65. Tak sobie myślę, że jakby tak jeden czy drugi przeczytał przed opublikowaniem to, co napisał, zastanowił się trochę w trakcie, zamiast przelewać ciąg swojej świadomości na ekran jak leci, to byłoby dobrze. Nie o „dryg” tu chodzi, tylko o powściągnięcie egzaltacji i trzeźwe spojrzenie na swoje umiejętności. Krytycyzm. Polonistycznych osiągów nie wymagam :)))

  66. To nawiązanie do wczorajszego wątku dotyczącego wydawnictw.
    Szaleniec, widzę, że dziewczyny jeszcze w szampańskim nastroju :)

  67. Ale co z tą Muzą? Na jakie „marki” ma się niby rozbijać?

  68. Nooo jak Znak, jakieś tam lieranova, wydawnictwa Otwarte etc. W tym kierunku chyba to idzie… może się mylę…

  69. Aha. Pewnie chce każdy rodzaj wydawanej przez siebie literatury podporządkować oddzielnej marce. Ma być przejrzyście i klarownie. No, zobaczymy. Póki co, nic nie słyszałam.

  70. No ale to się wpisuje w trend, który powiem szczerze mnie nie odpowiada. Tak jak dzisiaj się uśmiechnąłem, na stronie Znaku kategoria „Literatura dla wymagających”, mój mały umysł nie może pojąć tej kategorii (jej przeznaczenia) :)))

  71. W ogóle to ja chyba jestem jakiś anty-trendy, bo uważam, że powinno być miejsce dla >>państwowego<< wydawnictwa, czyli takiego jakim był PIW.

  72. Może nam to nie odpowiadać, ale zatrzymać się nie da. Wydawnictwa, do niedawna jeszcze nastawione na konkretnego czytelnika, zaczynają wychodzić poza te ramy, poszerzać ofertę, interesować się innymi grupami odbiorców słowa pisanego, czyli potencjalnymi klientami. Stąd chyba ta tendencja do kategoryzowania oferty: żeby każdy mógł łatwiej poruszać się w gąszczu wciąż nowych tytułów. A „literatura dla wymagających”? Może chodzi o tych wymagających mniej ;)

  73. No takie dzielenie ludzi na kategorie lekko jest chore. To tak jakby powiedzieć książka dla mądrych i dla głupich. Są te tzw „czytadła” (znienawidzone przeze mnie słowo), i książki ambitniejsze. Ale bez przesady. Wydaje mi się, że (podobnie jak mówią w reklamie pewnego sklepu, że „nie dla idiotów”) to jest nieco przykre. Jeden ludź lubi pomysleć nad książką, inny ją „przekartkuje” i powie że nie dla niego, albo że głupia. Niech se tam wydawnictwa robią podziały, ale kurcze nie takie.. no takie moje zdanie.

  74. A powinno. Ale, jak się okazało, nie ma. Mnie też to boli.

  75. A sądzisz, że nie ma książek dla mądrzejszych i głupszych? Ja myślę, że są.

  76. No właśnie mnie się ciężko odnaleźć w tych poszerzonych horyzontach wydawniczych, nie jestem idealistą i wiem, że aby wydać coś dobrego potrzeba wydać 10 pozycji o – nazwijmy to – mniejszym kalibrze, ale ja mam mocno konserwatywne podejście do wydawania książek :)

  77. Są, oczywiscie że są, książki lżejsze w odbiorze… Własciwie rynek książki w większosci składa się z takich ‚pierdoletów’. Tyle że mnie trochę uwiera takie wyrażne akcentowanie podziału na ludzi lepszych/mądrzejszych i głupszych. No ale może tak trzeba? Może to jakas metoda? nie wiem

  78. Ja to rozumiem – Twoje podejście znaczy. Nawet e-książek za książki nie uznaję, tylko za pliki tekstowe :) To samo audiobooki – pliki dźwiękowe. Boleć mnie mogą różne rzeczy, ale postępu nie zatrzymam. A tam, gdzie najbardziej zysk się liczy, to już w ogóle nie ma nad czym biadać.

  79. Jabłuszko, nie ma państwowego, ale tylko ze względów politycznych. To nie jest tak, że w czasach socjalizmu kochanego PIW wydawał tylko lit. lepszą, to był zaledwie ułamek masówki propagandowej, ale już w wolnej Polsce, oferta była – mówiąc delikatnie – odróżniająca się od pozostałych. Nie wspominając jeszcze o tradycji, która nie opierała się na 20 latach ŚK, a sięgała trochę dalej i czasowo, i w świadomości (zainteresowanych).

  80. Z e-bookami to będzie taki problem, że będą chcieli wpakować do nich mnóstwo treści. Pojawia się reklamy, pojawią się multimedia, tylko jakoś sam akt czytania ucierpi na tym. Pomijając fakt, że w tej chwili nie mam możliwości złożyć ebooka w taki sposób jakie składa się klasyczne wydania książek.

  81. Mam podobnie, audiobooki, ebooki, czytniki – kompletnie mnie to nie rusza. Ale cóż. Produkcja masowa/modna. Teraz zresztą każdy może sobie w prosty sposób zapewne wydać książkę (w formie ebooka, czesto bez żadnej korekty bo i o takich przypadkach słyszałam). Zysk napędza całą tą machinę chorą.
    weźmy tą ksiązkę Grey – na jej kanwie już jest milion tworów podobnych, co rusz widzę nowe tytuły – ale… gdyby nie było na takie rzeczy zapotrzebowania, nie powstawalyby. To tak jak z zegarkami za 50 tys. Są chętni do kupowania, to i się takowe produkuje. Bo i czemu nie. Dużo by gadać.

  82. Mary, podział i tak powstaje sam – chociażby przez to, jakich wyborów czytelniczych ludzie dokonują. Rynek się tylko dostosowuje do potrzeb swoich konsumentów: dlaczego z książką ma być inaczej, skoro jest ona najpierw towarem, a dopiero potem artykułem estetycznej potrzeby, orędowniczką wiedzy, poznania, krzewicielką zasad itp. Kiedyś pracowałam w pewnej sieciowej księgarni: pasja i misja to sprawy drugiego planu. Ma się przede wszystkim sprzedać i być odpowiednio wyeksponowane. Po dwóch miesiącach sama się zwolniłam, bo już nie mogłam zdzierżyć tych wszystkich sztywnych wytycznych handlowych. Teraz rozmawiam czasami z kierowniczką innej tego rodzaju księgarni, którą odwiedzam. U nich jest to samo. Miłość do książek, rozmowy, dyskusje, propagowanie czytelnictwa? Zapomnij. Klient ma kupić. To najważniejsze. A wystrój w księgarni ma go do tego zmusić.

  83. Zysk sam w sobie nie jest problemem, największy zysk najszybszym sposobem już może być. Jabłuszko, wiesz doskonale, że gros wyborów to są wybory pozorne.

  84. Krzysiu, jak kiedyś w takim jak Ty tonie gdzieś napisałam, to mnie od romantyczek napiętnowano, co w lamusie siedzieć powinny żeby psuć ludziom radości obcowania z nowinką cywilizacyjną. I, przyznaję, było w tym trochę racji. To już przebrzmiałe sentymenty: te wszystkie zapachy, szelesty kartek, czytanie jako akt intymnej rozmowy z autorem. Poczułam się trochę jak dinozaur, a trochę jak sklerotyczny starzec, którego bajanie tylko śmiech na sali rodzi.

  85. Ale Mera, kanwą też jest kryminał, nie ma co się wyżywać na grejo-erotycznej literturze.

  86. Odpowiem Ci na to brutalnie, po prostu: to już łabędzi śpiew. Dlaczego? Piszę o tym w innych komentarzach.

  87. Pozorne? Nie sądzę. Każdy swój gust i temperament zna i na tej kanwie książki wybiera. Jeszcze się nie spotkałam z takim przypadkiem, żeby miłośniczka harlekinów nagle zapragnęła Manna czy Dostojewskiego czytać, Że o kupowaniu nie wspomnę.

  88. Jabłuszko, ja dostrzegam zalety nowych technologii, nośników, ale w moim przekonaniu – jako czytelnika – największym beneficjentem nowych nośników (ebooki) będą podmioty wydające je (tak, to też są i będą sami autorzy).
    Są różne zagrożenia, masowość to dla mnie taka ułuda wyboru, już teraz jest za dużo wszystkiego, do czego to doprowadziło? Ot choćby do dezawuowania kanonu literackiego (to jeden z przykładów).

  89. To stałe zjawisko: jak jest na coś szał, to zaraz klonów miliony powstaje. Tak było z wampirami, z postapokalipsą, z romansem historycznym, z kryminałem skandynawskim. To jest i z pisaniną erotyczną.

  90. No tak, Pani z „Harlekinów” będzie w niebie, a ja dostanę depresji, spoglądając na półki :DDD

  91. Oj, z tym kanonem to bym nie przesadzała: pisze się różne rzeczy, ale ludzie nadal świadomość mają co nim jest, a co na pewno nie. Myślę, że jednak się nie zdezawuował. Przestał być po prostu interesujący i pożądany, bo jego znajomość przestała być również wyznacznikiem przynależności umysłowej. Prościej: dziś nie jest wstydem nieznajomość podstaw kultury. Wstyd to jest mieć starszy niż dwa lata model komórki.

    A z tymi technologiami to, wydaje mi się, nie masz racji. Ludzie chętnie sięgają.
    Zobacz: prawie na każdym blogu już się odsłuchuje i na czytniku czyta. Mało kto go nie ma, audiobooki są coraz tańsze, często darmowe. Rozleje się to jeszcze bardziej. Tak myślę.

  92. No tak, przynależności przez kanon nie, a przez komórkę owszem ;D Temat rozległy, o co mi w skrócie chodzi? Że kultura musi mieć pęd. Kanon, oprócz (s)krojenia go na potrzeby „snobizmu”, daje okazję do wprawienia kultury w ruch. W moim przekonaniu kultura ma wtedy moc, kiedy zderza się nie tylko na linii czytelnik-autor, ale przede wszystkim czytelnik-czytelnik. I tu wychodzi bardzo praktyczny wymiar rzekomo skostniałego kanonu. Bo dzisiaj już tak jest, mnóstwo czytelników czyta mnóstwo książek i ciężko się spotkać po drodze czytelniczej. Kanon jest jakimś rodzajem szlaku, a więc też odniesienia na mapie (kulturalnej).

  93. Powiem tak, Krzysiu: ciężej jest się spotkać czytelnikom na tym szlaku właśnie, niż na drodze czytelniczej, o której piszesz. Bo jednak większość czyta, mimo wszystko, to samo spoza kanonu, a sam kanon czyta już mało kto. I w większy ruch wprawiają kulturę (przynajmniej tę tzw. popularną) te pozakanoniczne lektury. Kanon literacki to już dzisiaj tylko snobizm (w pozytywnym znaczeniu). Dotyczy nielicznych, tych, którzy chcą podjąć pewien wysiłek intelektualny. Tutaj zderzenie czytelnika z czytelnikiem to jak trafienie szóstki w totka. Smutna prawda jest taka, że kultura wysoka gdzieś tam sobie istnieje stale, ale ten „pęd”, o którym piszesz ma jedynie ta niższa. Obawiam się, że w tym kontekście kanon stracił swoją moc. Bo, jak już napisałam, jego znajomość nic ze sobą nie niesie, poza przynależnością do wąskiej grupy snobów :) i możliwością orientowania się w pewnych płaszczyznach życia intelektualnego. Do tzw. życia nie jest on potrzebny. Raczej do supremacji własnych ciągot umysłowo-duchowych.

  94. Pożegnam się również na dzisiaj. Jutro odpowiem, jakby co. Dobre nocy :)

  95. No tak, ale jest dużo powiązań, odwołań w lekturze masowej do lektury kanonicznej, może po prostu źle, że została wykreowana (jest podkreślana) taka sytuacja stawiania lektury masowej w opozycji do lektury kanonicznej.
    Masz rację, stara pierdoła jestem, dzisiaj Ty grasz pierwsze pesymistyczne skrzypce ;)

  96. Pisz Merka następna notkę, trza ukrócić te dywagacje ;) Dobrej nocy dziewczyny.

  97. Dzisiaj, wyjątkowo, nie patrzę na temat przez różowe okulary :) Wiem, jakbym chciała żeby było, ale widzę, jak jest i na rzęsach mogę stawać, a nie poradzę. Odezwał się we mnie albo trzeźwy analityk-realista, albo (znów) ten dinozaur, co już tylko ryknąć sobie może, odwrócić się na pięcie i odejść wprost w zachodzące słońce (zawsze lubiłam westerny :) ).

  98. Prześledziłem Waszą dyskusję o jakości literatury /popularnej?/ i dodam swoje trzy grosze. Mianowicie znam szkoły, w których polonistki zachwycają się trylogią Greja i polecają ją nie tylko swoim koleżankom i kolegom po fachu, ale również zdolniejszej /czytaj – wrażliwej literacko/ młodzieży. Horror !

  99. :)Tommy, mnie to akurat nie dziwi.. Dużo czynników się na to składa. I to że ksiegarnie promują nachalnie pewne książki bo taką pewnie umowę mają z wydawnictwami, i to że ludziom łatwiej i wygodniej czytać prostsze rzeczy, i to że wciska im się do głowy że Grey to literatura wysokich lotów. Zresztą nie wiem. Podobał mi się dialog dzisiaj w ksiegarni zasłyszany, ekspedientki i klienta.
    Ekspedientka: Greya druga czesc dostalismy pare dni temu sprzedała się na pniu,
    Klient: mój Boże… jedyne co ta ksiązka spowoduje to większy przyrost naturalny ;)))) (smiech)
    Ekspedientka: A Bator „Ciemno prawie noc” – rewelacyjna powiesc, zalega pólki… bo tego sie nie łyka, tym się trzeba delektować, no ale widzi Pan, 50 zł prawie… leży. A szkoda.

    No i tak.

  100. Taa, promują często – za przeproszeniem – chłam, a to, co ambitne zalega, później trafia do taniej książki, a wydawnictwom nie opłaca się już więcej takich autorów wydawać.

  101. A dlaczego, Tommy, te polonistki mają propagować wśród uczniów i kolegów coś innego, skoro same tylko to czytają i uważają za świetną, wartościową lekturę?! Sama jestem po studiach polonistycznych i powiem Ci tyle, że u nas na roku mało kto zadawał sobie trud czytania w ogóle, a już czytania książek mądrych, wybitnych czy klasyki chociażby, w szczególe. I to nie była prywatna uczelnia, a uniwersytet państwowy z wieloletnią tradycją kształcenia. Jak trzeba było zdawać egzaminy, to się robił tumult: wszyscy ci ludzie biegali przerażeni, czytając na wyścigi i na chybcika, prosząc o streszczanie lektur, na gwałt poszukując różnych opracowań czy materiałów krytycznych. Czytający sami z siebie, nie dla wymogu egzaminacyjno-zaliczeniowego byli wtedy w wielkiej cenie! Piszesz, że horror… To prawda, ale większym horrorem jest dla mnie postępujący wśród ludzi (także studentów) zanik jakichkolwiek aspiracji intelektualnych: dzisiaj wykształcenie zdobywa się z czysto praktycznych pobudek, a nie dla umysłowej ambicji poszerzenia horyzontów. Stan wiedzy dzisiejszego studenta jest fatalny, nie orientuje się on w ogóle w podstawowych zagadnieniach własnej kultury. Wiedzę, jaką chce dysponować ogranicza jedynie do wąskiego wycinka rzeczywistości, najczęściej tej, która akurat współgra z jego przyszłymi planami zawodowymi. Ludzie nie znają najprostszych faktów, dat, nie potrafią umiejscowić w czasie zdarzeń z własnej historii, nie kojarzą nazwisk, kontekstów najgłośniejszych nawet wydarzeń, nie są w stanie formułować wniosków, przeprowadzać najłatwiejszych dowodów., nie znają dzieł kanonicznych własnej kultury. Przeraża brak samodzielności i niezależności w myśleniu. Pamiętam ze swoich studiów opowieść jednej pani profesor: na wydziale chemii mojego uniwersytetu postanowiono przeprowadzić pewien eksperyment. Studentom pokazano rzeźbę przedstawiającą głowę Piłsudskiego (i nie była to, bynajmniej, wersja abstrakcyjna dzieła). Na pytanie kto to, padały różne odpowiedzi, czas mijał, a pytani zgadywali. Że Lenin (?), że Wałęsa, że Dzierżyński, że inni. W końcu ktoś nieśmiało pisnął, że MOŻE to Piłsudski. Kim był Piłsudski? Odpowiedź studentów: pierwszym prezydentem Polski.
    Czytam wiele wspomnień znanych i mniej znanych, którzy kończyli edukację przed wojną – także tę uniwersytecką, ale nie tylko. Nieodmiennie podkreślany jest w nich przez wspominających wysoki standard kształcenia przedwojennych polskich placówek oświatowych. Abiturienci czy absolwenci mieli rozległą, usystematyzowaną wiedzę, co przy naszych obecnych abiturientach czy absolwentach czyni z nich erudytów w pełnym tego słowa znaczeniu. Poza tym, wskazywane są silne tradycje SAMOKSZTAŁCENIA: za punkt honoru uważano swobodne orientowanie się w kulturze wysokiej, bezstresowe poruszanie się w jej orbicie. Podwaliną było środowisko rodzinne, domowe, gdzie się czytało, chodziło do teatru, opery, do filharmonii, DYSKUTOWAŁO, bo każdy wiedział o czym się mówi. A te rozgorączkowane dyskusje wśród studentów, to żarliwe spieranie się we własnym gronie kolegów, roztrząsanie, dociekanie, umiejętność formułowania argumentów, tez, hipotez, syntez!!! W życiu się z tym nie spotkasz teraz! Nie był ważny kierunek studiów, wydział, konkretne zainteresowania. TRZEBA było się orientować w kulturze i tradycji w ogóle, bez względu na to, czy było się matematykiem, prawnikiem, polonistą, lekarzem czy biologiem. Człowiek wykształcony miał coś do powiedzenia na każdy temat, bo się po prostu czytało i poszukiwało. Wiem, wiem, dziś warunki są inne, brak czasu, tysiące zobowiązań zawodowo-życiowych, brak odpowiednich środków skutecznie ograniczają wszelką inicjatywę intelektualną. Trzeba sobie radzić jak tylko się da. Rozumiem to, bo tak jest, ale… to tylko część prawdy. Bo można. Jak się ma aspirację bycia częścią inteligencji (a tak jest w przypadku studentów), to należy zdawać sobie sprawę z tego, że nie każda przeczytana książka (czy sama umiejętność pisania i czytania – ze zrozumieniem, to już inna kwestia) automatycznie kwalifikuje człowieka jako kandydata do umysłowej awangardy narodu. Ja się, tak jak Mary, naprawdę nie dziwię tej opisywanej przez Ciebie polonistce. Bo fakt, że tą polonistką jest i (teoretycznie) ukończyła studia wyższe nie jest dowodem na nic: co najwyżej pozwala wysnuwać nieśmiałe założenie, że POWINNA coś sobą jednak reprezentować.

  102. A, i żeby nie było, że jestem przeciwko kulturze popularnej, czy literaturze popularnej. Bo nie jestem. Sama czytam książki, których autorów próżno szukać pośród Wielkich Nazwisk Literatury. Ale i literatura popularna ma swoje poziomy, półki. Na tych najniższych, nadających się tylko na magazyny papieru toaletowego, stoją książki, na których robi się największe interesy. I po które najchętniej sięga tzw. masa. Później pozostaje tylko biadolenie nad kondycją czytelnictwa: bo czyta się sporo, pytanie tylko, czego najwięcej!

  103. No tak, system kształcenia został zredukowany do instytucji, a nie do pewnego sposobu bycia. Tutaj się zgadzamy, mnie te „szczucie na siebie” humanistów i ścisłowców brzydzi. Tworzy się jakiś absurd. Czasami mam jakieś nieodparte myśli, że to o to chodzi, żeby przypadkiem ścisłowiec nie pytał podczas wykonywania swojego „rzemiosła” o sens tego, co robi. I się z biednych humanistów drwi, że bez przyszłości, a jest to jakieś kuriozum. U nas jest kult wykształcenia, ale wykształcenia składającego się tylko z rytuałów i nic poza tym. I se tak brniemy w tej mgle udając, że nic się nie dzieje złego. Cokolwiek jest tym system, to też niebagatelną rolę odgrywa.
    Jabłuszko, wiedza staje się coraz rozleglejsza (większy jej przepływ), coraz więcej jest szumu informacyjnego, ale uważam podobnie, że jak już nie ma się tak rozległej wiedzy, jaką mieli ludzie przed wojną, to choć niech ten student czy człowiek ma wiedze wąską, ale rzetelną i uformowaną tak, aby ja mógł praktycznie wykorzystywać, a dzisiaj eksperci może i są obeznani w temacie, ale często wykazują się dużą IGNORANCJĄ w pozostałych tematach. Samo w sobie nie jest to złe, ale jest to ten rodzaj ignorancji, który zamyka się na drugiego człowieka (czytaj: wiedzę). Tupetem często się dzisiaj zakrywa swoje braki. Brakuje auto-dystansu, auto-ironii, ale jak to powiadał Gombrowicz „im głupiej tym mądrzej” i miał chyba rację.

  104. A Bator wcale nie jest gruba! Wypraszam sobie, mnie się tam podoba ;)

  105. Jabłuszko : trafne spostrzeżenia, rzeczywiście tak jest – np. studenci drugiego roku politologii nie wiedzą, kto jest premierem Wlk. Brytanii.

  106. W przeciwieństwie do Ciebie, Krzysiu, uważam, że ograniczanie się absolwenta studiów czy specjalisty w danej dziedzinie tylko i wyłącznie do wiedzy z tej akurat dziedziny, nie jest dobre. Chwali się fachowość, znajomość rzeczy w teorii i praktyce również, umiejętność posługiwania się zdobytym wykształceniem. Ale jedno drugiego nie wyklucza. Można być rzetelnym w swoim fachu i być obeznanym z innymi dziedzinami nauki czy kultury: może nie w tak szerokim zakresie jak w dziedzinie macierzystej, ale jakieś pojęcie mieć się powinno. O takiej erudycji właśnie pisałam, taka była charakterystyczna dla przedwojennego wykształcenia. Bez względu na ukończony kierunek studiów, człowiek inteligentny powinien czytać, dowiadywać się, otwierać na nowe horyzonty. Być umysłowo aktywnym w wielu kategoriach kultury. To mam na myśli pisząc o samokształceniu. Ta ignorancja, o której wspominasz, jest właśnie sama w sobie zła, bo rodzi wtórny analfabetyzm: ma się niby te studia, a funkcjonuje się TYLKO w bardzo wąskim zakresie kultury – jeżeli w ogóle. U nas nadal kończy się uniwersytety nie dla siebie, a dla dyplomu: bo posiadając go, jest się o krok dalej przed innymi w wyścigu szczurów. Grupa ludzi, którzy idą na studia z autentycznej potrzeby rozwijania swoich pasji, jest – jak wynika z moich obserwacji i rozmów z dzisiejszymi studentami – zatrważająco niewielka. Zawsze przy takich rozważaniach przychodzi mi na myśl Antoni Słonimski: nie ukończył żadnego uniwersytetu, a umysł miał chłonny, analityczny, potrzebę poznawania nowego – nieograniczoną, niezaspokojoną. Albo Boy-Żeleński: przypomnij sobie, kim był z wykształcenia, a kim okazał się dla polskiej kultury.

  107. Tommy, na takie rewelacje to mi ręce opadają, chociaż nie powiem, że jestem jakoś szczególnie zaskoczona. Jak rozmawiam czasami ze swoimi znajomymi, absolwentami studiów wyższych sprzed wielu już lat, też zdarza mi się usłyszeć niejedną tego typu historię. Ludzie nie maja pojęcia o najbliższej im rzeczywistości, jeżeli rzeczywistość ta nie jest im niezbędna do codziennego, prywatnego funkcjonowania. Dalej niż czubek własnego nosa się nie patrzy, bo to strata czasu i wymiernych korzyści nie ma. Najważniejszą troską jest, jak się ustawić w życiu.

  108. Ale tu gorąco… wybaczcie że narazie się nie wypowiem ale trochę niespecjalnie się czuję i nie mam głowy jakos. Przeziębienie jakies dopadło.. Ale cieszę się, że tak się rozkręciła dyskusja. Od prostej notki z zapowiedzią ksiązki przechodzimy przez tyle kwestii, ze aż mnie to szokuje! ;D Rzadko zdarzają się takie rozmowy, przynajmniej tu u mnie. I ogromnie mnie to cieszy..:)
    Powiem tylko, że miałam do czynienia z ludźmi pod studiach, nie potrafiącymi włączyć drukarki, wysłać maila albo nie wiedzącymi, że Pink Floyd to nie pop. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s