Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską

Magdalena Grzebałkowska jest reporterką. Napisała już (podobno bardzo dobrą) książkę o księdzu Twardowskim. Aktualnie na półkach z nowościami możemy znaleźć książkę o Beksińskich: Zdzisławie (malarzu, fotografiku, rysowniku) i Tomaszu (dziennikarzu radiowym, felietoniście, tłumaczu) „Beksińscy. Portret podwójny”.

Z założenia książka miała mieć tytuł „Beksińscy” ale jak sama autorka mówi wydawnictwo sugerowało dodatkowy podtytuł, stąd wziął się „Portret podwójny” – ojca i syna, chociaż ci, którzy książkę już przeczytali, a także autorka, mówią, że można byłoby słowo „podwójny” zmienić na „potrójny”, bo jakże ważną osobą / postacią była Zofia Beksińska – żona Zdzisława, matka Tomasza – kobieta podpora, kobieta opiekuńcza, zakochana do bólu w mężu, dbająca o niego, gotująca osobno dla niego i dla syna (byle im dogodzić) ale ciągle schowana w cieniu męża, bo jak sama mówiła szczęściem dla niej przeogromnym było samo obcowanie z takim geniuszem jak jej mąż. Tak naprawdę bez Zofii nie byłoby ani Zdzisława-geniusza, ani Tomasza.

Książki pani Grzebałkowskiej jeszcze nie przeczytałam, bo ciągle coś mi przeszkadza  i ciągle coś innego w drogę wchodzi,  ale wiem już czego się spodziewać. Pojawiło się kilka recenzji, które z reguły mówią, że książka jest znakomicie napisana, bo nie ma w niej autorki – jest tylko czysty portret – obserwacja – opis postaci, taki jaki powinien wyjść spod pióra reportera. Ciężko jest też recenzować czyjeś życie lub też oceniać czyjąś postawę czy charakter nie mając z tymi osobami już możliwości kontaktu, zresztą nie o to w literaturze faktu chodzi.

Ten przydługi mój wstęp to dlatego, że dzisiaj byłam na spotkaniu właśnie z panią Magdaleną Grzebałkowską (cudowną, ciepłą, sympatyczną ogromnie, żartującą często gadułą). Częstochowska Miejska Galeria Sztuki zorganizowała to właśnie spotkanie, głównie dlatego, że znajduje się w niej Muzeum Beksińskiego z kolekcją około 50 obrazów z kolekcji Piotra Dmochowskiego (marchanda i przyjaciela Beksińskiego), który również obecny był na spotkaniu. Przy okazji polecam stronę: http://www.dmochowskigallery.net, która jest kopalnią wiedzy o Zdzisławie Beksińskim.

1

Od lewej, prowadzący spotkanie polonista Tomasz Florczyk, obok autorka książki pani Magdalena Grzebałkowska, w niebieskiej koszuli pan Piotr Dmochowski oraz siedzący obok pan Dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki Czesław Tarczyński.

2

Pożegnanie pana Piotra Dmochowskiego, który musiał wyjść wcześniej ze spotkania, gdyż jeszcze jechał do Warszawy.

Poszłam na to spotkanie nie po autograf (bo książkę i tak pożyczyłam komuś) i raczej nie ze względu na Tomasza Beksińskiego, bo choć go szanuję i pamiętam, to generalnie nigdy nie fascynowałam się specjalnie jego osobą. Owszem znam, wiem, pamiętam, muzykę jaką puszczał w Trójce też, ale jednak to malarstwo Zdzisława fascynuje mnie bardziej. Ten mrok, rozkład, śmierć, dziwaczne senne koszmary przelane na płytę pilśniową (bo na tym częściej Beksiński malował, niż na płótnie) – ciekawi mnie skąd się to brało w głowie Beksińskiego. Właściwie to już chyba wiem  – Beksiński jak nikt inny miał wybujałą wyobraźnię, fascynował go taki właśnie mroczny świat, bo twierdził, że w nim więcej się dzieje. Nie interesowały go nigdy ładne pejzaże, obrazki pełne kolorów, on szukał czegoś głębszego, czegoś co za fasadą tych kolorów się kryje. Każdy z nas, choćby najpiękniejszy z zewnątrz, najlepiej ubrany, składa się przecież z kości, flaków i mięcha. Taka prawda. I to, że każdy z nas kiedyś umiera, traci tą piękną powłokę, przemienia się w kościotrupa, że każde życie zmierza do końca. Beksiński chciał to właśnie pokazać, uznawał to za dużo ciekawsze. A jak słusznie podkreśliła p. Grzebałkowska dzisiaj  – wszystko to co widzimy w telewizji, to co się dzieje na świecie jest dużo gorszym i bardziej mroczniejszym obrazem, niż obrazy Beksińskiego.

Ale dość… Samo spotkanie trwało dwie godziny. Na początku pojawił się film z wywiadem przeprowadzonym przez p. Czesława Tarczyńskiego ze Zdzisławem Beksińskim w jego domu. Uch, co za pracownia – malusi pokoik przepełniony farbami, pędzlami i pan Zdzisław na starym prlowskim fotelu – ogromnie sympatyczny, uśmiechnięty i zadowolony opowiadający o swoich rysunkach przedstawiających seksualne zboczenia :) Bo każdy z nas, kurczę, ma przecież jakieś seksualne fantazje, różnego rodzaju, Beksiński o tym mówił głośno i nie wstydził się swoich, przez co był początkowo postrzegany jako naczelny zboczeniec w Sanoku :) Filmik nie był długi, ale bardzo ciekawy.

Potem p. Grzebałkowska opowiadała o procesie powstawania książki, o rozmowach jakie przeprowadzała ze znajomymi, z kobietami i Nadkobietą Tomasza, o tym jak ciężko było nie przekroczyć w pisaniu granicy pewnego rodzaju intymności, o trudnym momencie, kiedy z różnych źródeł dochodziły różne informacje na temat obydwu bohaterów, o przekopywaniu się przez korespondencję (głównie Zdzisława), jego notatki. Jednym słowem, żadna z tych postaci nie okazała sie jednowymiarowa / jednoznaczna. P. Grzebałkowska porównała dość ciekawie tworzenie „podwójnego portretu) do układania puzzli. Zdzisław – to pudełko z puzzlami, które dość trudno było ułożyć, ale po wielu rozmowach, weryfikacjach jakoś się udało. Tomasz – to pudełko puzzli, które rozsypane w zamiarze miały stworzyć portret, ale często jakiś kawałek okazywał się zupełnie nie z tego pudełka, często kawałków brakowało (głównie z powodu ochrony intymności Tomasza). Wiele stereotypów na temat postaci Tomasza obalonych zostało w książce. np. to że spał w trumnie. A pamiętacie co miał na sobie w słynnym programie „Wywiad z Wampirem” u Wojciecha Jagielskiego? Tak – przyszedł w tej swojej słynnej czarnej wampirzej pelerynie, ale jak ją zdjął miał na sobie koszulkę (spraną) z Tomem i Jerrym i jakieś stare dresy – to właśnie p. Grzebałkowska wspomniała. Tomek, ten sławny dziennikarz radiowy- guru co poniektórych i człowiek mający wielu fanów a nawet wyznawców (jest nawet kościół czczący Tomasza Beksińskiego), który tak naprawdę tej sławy nie chciał, był poza radiem zwykłym człowiekiem chodzącym w zwykłym dresie, a że cierpiał najprawdopodobniej na ciężką depresję, która w końcu doprowadziła go do samobójstwa…..no to już inna rzecz. Nikt tak naprawdę nie wie dlaczego Tomasz się zabił, dlaczego miał dość życia – czy wynikało to z jego samotności, czy też z chęci zaistnienia w pamięci ludzi właśnie w taki sposób, czy też z zupełnie innych powodów – tego p. Grzebałkowska nie ocenia. Powiedziała, że chciała jak najlepiej opisać Tomasza, jak nalepiej opisać Zdzisława, pokazać ich relacje, tak jak to powinien zrobić reporter, bez osądzania, bez grzebania im w „duszach”. Czy to jej wyszło? podejrzewam, że tak, skoro jest tak wiele pochwał. Padło dzisiaj też wiele ciekawostek i smaczków, żartów, zabawnych historii z życia Beksińskich, bo ich życie to nie tylko śmierć i mrok i wampiry…  ale o tym przy okazji recenzji książki, jak już uda mi się ją przeczytać.

Ciekawie opowiadał również pan Piotr Dmochowski, wspomniany powyżej. Człowiek znający Paryż jak własną kieszeń, sprzedający obrazy Beksińskiego zagranicą, posiadający własną galerię sztuki w Paryżu – wspominał spotkania z malarzem i relacje z nim, rzucał anekdoty, opowiadał o swojej pracy z tym swoim uroczym francuskim akcentem. Miło się go słuchało. Kupiłam nawet jego książkę „Zmagania o Beksińskiego”.

DSCF0004

Są to notatki spisane w latach 86-87, w których opisuje swoje zmagania dotyczące upowszechniania sztuki Beksińskiego na Zachodzie.

Spotkanie uważam za bardzo udane, cieszę się, że udało mi się pójść, frekwencja była niezła, choć samo spotkanie słabo rozpromowane w moim mieście, a szkoda.

Dla zainteresowanych link do strony Muzeum Beksińskiego w Częstochowie: http://www.galeria.czest.pl/wystawa-2004-1.html

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską

  1. O! Ciekawie spędziłaś te dwie godziny! Sama, jak tylko będę miała taką możliwość, zamierzam posłuchać pani Grzebałkowskiej. Książek wprawdzie, podobnie jak Ty, nie przeczytałam jeszcze, ale ktoś, kto podjął trud zaświadczenia o takich jak jej bohaterowie ludziach, na pewno ma wiele do powiedzenia – szczególnie w „sferze pozaksiążkowej”.
    Tak mi się wydaje, że w przypadku księdza Twardowskiego pani Grzebałkowska miała jednak łatwiej, a w każdym razie przyszło jej pracować w zupełnie innym klimacie spraw niż w przypadku rodziny Beksińskich. Ale to bardzo interesujące doświadczenie móc zestawić i przybliżyć czytelnikom tak dwa odrębne światy – niesamowita rozpiętość tematyczna, emocjonalna, estetyczna i żadnych punktów stycznych. Również na podstawie wypowiedzi innych mogę przypuszczać, że chyba się udało.

    Tak sobie czytam Twój wpis i, przyznaję, zaskoczyły mnie Twoje słowa o sympatycznym, zadowolonym, uśmiechniętym Zdzisławie Beksińskim. W ogóle nie kojarzy mi się on z takimi określeniami. Wierzę Ci oczywiście, że na filmie jest właśnie taki, na pewno miał – jako człowiek – również i tego rodzaju cechy, ale… jakoś mi do nich nie pasuje i już :) Zapewne zbyt mocno sugeruję się jego obrazami i relacjami tej rodziny. Chociaż przyznaję, że największy smutek odczuwam, kiedy pomyślę o żonie i matce.

    Polubienie

  2. Jabłuszko – p. Grzebałkowska ma to szczęście przyjaźnić się z Małgorzatą Szejnert (jak sama wczoraj przyznała) więc jeśli chodzi o warsztat podejrzewam, że wszystko jest jak najbardziej na plus. Co do Beksińskich ciężko jest pisać o kimś kogo się nie znało, a tylko czerpać z opowieści innych. Tym bardziej że nawet Tomka w Trójce nie słuchała (choć lubiła muzykę puszczaną przez niego) bo jak twierdzi jego audycje były zbyt póżno a ona wolała spać :)

    Aaaaha, co do Zdzisława, właśnie wczoraj padło kilka takich opinii że jak to – on takie mroczne malarstwo, ta śmierc wszędzie a jednak że sympatyczny i wesoły. Właśnie tak – p. Dmochowski który go przecież bardzo dobrze znał, mówił że to był przemiły, przesympatyczny, uśmiechnięty człowiek…To co miał w wyobraźni to jedno + kilka jego fobii dziwacznych (nie lubił wychodzić z domu, nie znosił ludzkiego dotyku, stąd ten „brak przytulania” syna) ale drugą sprawą był jego charakter właśnie – umiał żartowac, umiał być straszliwą gadułą i plotkarzem (!). Ponoć obgadywanie ludzi w jego wykonaniu to było mistrzostwo świata, poza tym miał genialny dystans do siebie i te wszystkie listy jakie pisał, korespondencja o której jest mowa w książce i na stronie www Dmochowskiego świadczy o jego bardzo dużym poczuciu humoru , często ironicznym (w stylu Gombrowicza). Taki człowiek zagadka trochę….
    Relacje między synem a ojcem też wbrew pozorom nie były takie złe – oni się wszyscy ogromnie kochali ale przez swoją nadwrażliwość i pewnego rodzaju fobie i brak umiejętności emocjonalnych poniekąd – nie potrafili sobie zbytnio tej miłości okazać.

    Żona natomiast wcale nie była ofiarą i jakąś sierotą.. fakt że o niej jest niewiele, właściwie p. Grzebałkowska mówi że absolutnie nikt nie miał o niej zbyt wiele do powiedzenia ale nie dlatego że ona była jakaś okropna tylko po prostu była strasznie zamknięta i nie lubiła się zwierzać…..

    Narazie tyle mogę powiedzieć.. jak przeczytam książkę, coś wiecej mi sie na pewno „urodzi”

    Polubienie

  3. Czyli wychodzi na to, ze na spotkaniu z autorka mozna bylo zaczerpnac nowa garsc informacji, a nawet wiecej, bo doszly glosy kolejnych osob. Takie spotkania sa jednak nie do przecenienia :)

    P.S. Znakow polskich brak, bo z telefonu nadaje.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s