„Cash. Autobiografia” – Johnny Cash

cash_autobiografia_IMAGE1_313191_3„To chodząca kontradykcja, pół w nim prawdy, reszta – fikcja” – tak napisał o Cashu Kriss Kristofersson – przyjaciel z zespołu, muzyk, kompozytor, autor tekstów.

Nigdy nie interesowałam się muzyką country czy folkiem amerykańskim szeroko pojętym. Moje zainteresowania krążą wokół cięższych/innych rockowych brzmień, ale nie o tym chciałam – o Cashu chciałam, bo Johnny Cash to jednak bardzo ciekawa postać. To BYŁA właściwie ciekawa postać, bo zmarł w 2003r. trzy miesiące po swojej żonie June. Bardzo się kochali. June Carter też była artystką, występowali często razem, poznali się właściwie na scenie, zakochali, wzięli ślub (dla obojga nie był to pierwszy związek) i żyli długo i szczęśliwie, choć ich związek to była bardzo trudna praca…

Cash – ojciec czterech córek, jednego syna, dziadek dwanaściorga wnucząt, Amerykanin do szpiku kości, po przeprowadzce do Nashville – kolebki muzyki country zaczął prawdziwą przygodę z muzyką. Jego kariera muzyczna w dużej mierze uzależniona była od szczęścia. Miał je. Trafiał na ludzi, którzy mu pomagali, akceptowali jego muzykę, promowali ją. Znajdował się zawsze w odpowiednim czasie i miejscu. Nagrywał to co chciał, jak chciał. Często narzucano mu jakieś wersje utworów, jednak on tak nie potrafił… muzyka musiała wypływać z jego serca, duszy. Był zawsze skupiony, zawsze uczciwy w tym co robił, nie miał zbyt wielkiego talentu jeśli chodzi o grę na gitarze, czy aranżacje. Śpiewał jak umiał. Grał jak umiał. Muzycy z którymi grał koncerty również nie byli geniuszami, ale może właśnie sukces spowodowała ta prostota i szczerość?

Jego kariera nie była usłana różami tak do końca. Pojawiła się przygoda z narkotykami, głównie amfetaminą, którą Cash brał w ogromnych ilościach (często bywał na haju przez 3 dni z rzędu) a która to zaciążyła mocno na jego dalszym życiu (zdrowiu, szczęściu rodzinnym….)

„Z amfetaminą trudno sobie poradzić i kiedy raz się z nią zacznie, choćby w najmniejszym stopniu, szybko można się przekonać o rosnącej konieczności brania dalej. Wkrótce musiałem zacząć pić, zwykle wino albo piwo, żeby zejść z kopa , jeśli stawał się zbyt ostry, albo żeby zwalić się z nóg po kilku bezsennych nocach i dniach, niedługo potem pojawiły się też barbituriany. Nie byłem na haju cały czas. Czasami choćbym chciał, nie miałem jak brać; kiedy grzązłem na jakimś odludziu, musiałem pozostać czysty. Bałem się tego bardziej niż własnej śmierci, ale kiedy taka chwila nadchodziła, po dwóch czy trzech dniach bez prochów czułem się nieźle. Wtedy jednak, zwykle w poniedziałek, wracałem do domu, a stres związany z małżeństwem okazywał się tak duży, że wpadałem do apteki, kupowałem dwieście albo trzysta tabletek i jechałem na pustynię swoim wozem kempingowym i zostawałem tam – na haju – tak długo, jak miałem na to ochotę. Bywało, że kilka dni”.

Lata sześćdzisiąte to był dla Casha okres bardzo kreatywny. Utwór „Ring of fire” stał się tak zwanym evergreenem, a koncertowy album nagrany w Folsom Prison (czyli w więzieniu przepełnionym buntownikami, outsiderami i łajdakami) stał się bardzo popularnym krążkiem – na którym zawarte emocje nadal powodują wśród fanów ciarki. I choć Cash przez amfetaminę bardziej skrzeczał niż śpiewał (bo narkotyk ten mocno wysusza gardło) to jednak starał się ogromnie i wyszło mu całkiem nieźle.

Potem powstało jeszcze wiele innych albumów (chętnych i zainteresowanych odsyłam do książki, bądź też dyskografii) m.in. concept albumów, płyt w stylu gospel (bo Cash był mocno wierzącym człowiekiem, podobnie jak jego żona), pojawiły się kolaboracje m.in. z Bobem Dylanem, Rayem Charlsem, U2, ale to już lata późniejsze… W tych wcześniejszych oczywiście był Elvis Presley, którego Cash poznał i którego nawet supportował kilka razy, John Lee Hooker czy Roy Orbison.

Cash cudownie pisze – nie tylko o swojej karierze – ale też o rodzinie. O tym jak wzrastał na farmie i pomagał ojcu w zbiorach bawełny, o swoich pierwszych zajęciach, przyjaźniach, problemach, o Jamajce na której stworzył swój drugi ważny dom – rezydencję Cinnamon Hill, o tym dlaczego lubił ubierać się na czarno i dlaczego nagrał utwór „Man in Black” a potem „Man in White”…, o żonie, córkach, synu, rodzeństwie.. pięknie, z ogromną czułością, wrażliwością. To był bardzo dobry człowiek.

1957, Memphis, Tennessee, USA --- Johnny Cash

1957, Memphis, Tennessee, USA — Johnny Cash

Odkryty na nowo przez wytwórnię Ricka Rubina zaczął nagrywać piosenki, które wypływały prosto z jego serca, ale z tej najgłębszej głębi. Rubin powiedział mu, że ma mu zaśpiewać wszystko co chciałby zaśpiewać, tylko on i gitara, a potem się z tego coś wybierze, takiego co rozwali wszystkich, pokaże duszę Casha i sprawi, że zdobędzie on nowych fanów (ponieważ jego kariera w pewnym momencie była już nieco na włosku). I to był strzał w 10tkę. Płyta „American Recordings” sprzedała się bardzo dobrze…

Bo na niej jest ten najprawdziwszy Cash, ten najszczerszy – taki jak jego książka. Polecam ogromnie.

 I hurt myself today,
To see if I still feel.
I focus on the pain,
The only thing that’s real

[…]

What have I become
My sweetest friend
Everyone I know
Goes away in the end

And you could have it all
My empire of dirt
I will let you down
I will make you hurt

„Cash. Autobiografia” Johnny Cash, Wyd. Czarne 2014.

Advertisements

10 uwag do wpisu “„Cash. Autobiografia” – Johnny Cash

  1. Elenoir, tak wiem. Powinnam była to zaznaczyć.. Ale tekst bardzo pasuje to Casha i śpiewa to tak jakby śpiewał o sobie .. Poza tym wolę jego wykonanie i stąd akurat ten utwór.

  2. Ja mam podobnie z prawie całą serią „American Recordings” – jest wspaniała, a wiele utworów lepsze i prawdziwsze niż oryginały, żeby wymienić tylko genialne „Hurt”, jeszcze piękniejsze „One” U2 (oryginał mógłby dla mnie nie istnieć), albo „I Hung My Head” Stinga.

  3. Wow, ale żeś recenzję napisała… Czasami mam wrażenie, że mogłabyś pisać coś więcej, albo publikować gdzieś indziej niż na blogu. Uwielbiam jak tak piszesz. Wspaniale wyciągasz wnętrze książki na wierzch, sprawiasz, że czytelnik już poprzez Twój opis znajduje się we wnętrzu książki, że czuje co w niej jest. Piękna recenzja. Johnny Cashem nigdy się nie interesowałam, ani muzycznie, ani inaczej. Może tę książkę przeczytam :).

  4. Gia – oj.. no dziękuję :) miło mi ale ja naprawdę nie uważam żebym pisała inaczej od innych. Fakt, że piszę może bardziej emocjonalnie, po swojemu, ale takich recenzji jest wiele… :)
    Też się Cashem nie interesowałam, nie słuchałam, poza coverami jakie zrobił.. ale książka naprawdę jest warta uwagi – on tak emocjonalnie ją napisał, że inaczej też zrecenzować się nie dało

  5. Bibliomisiek – dokładnie tak, covery jakie zrobił są genialne. Zupełnie jakby on sam je stworzył, napisał… a przecież to tylko interpretacje. Tylko i AŻ, bo te kawałki stają się JEGO kawałkami.. :)
    Te które wymieniłeś uwielbiam..

  6. Mary, mały offtopic, ale książek w świetnych cenach nigdy dość :)
    W księgarni dawnego Świata Książki (www.weltbild.pl) – obecnie ravelo.pl większość książek jest -30%, do tego do jutra, na hasło: rabat12, dają dodatkowe -12% w koszyku – sam kupiłem dwie książki z łącznym rabatem -42%. Zajrzyj tam, bo warto !!
    pozdrawiam.

  7. :) dzięki tommy – właśnie też dostałam info z newslettera, że na zamknięcie Weltbild właśnie rabaty :) lecę patrzeć :)))) Pozdrawiam

  8. To ja polecam film biograficzny „Spacer po linie” z J.Phoenixem w roli Casha i Reese Witherspoon, która za rolę June Carter dostała Oskara.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s