„Dostatek” Michael Crummey

nkxy6b9lnz_11 Kiedy zapytano Crummey’a czy potrafiłby streścić swoją powieść w kilku zdaniach, odpowiedział, że nie jest to możliwe. Podpisuję się pod tym.  Stwierdził, że spróbował w swojej książce zawrzeć folklor Nowej Funlandii, która słynie z tego, że jej 350-letnia historia przekazywana jest z ust do ust na zasadzie opowieści, przypowieści, plotek itp. Dlatego cała magia książki polega na tym, że realizm miesza się tu z czymś niedopowiedzianym, niejednoznacznym i tajemniczym. Pod tym się podpisuję również.

Książka rozpoczyna się chwilą, kiedy podczas połowów mieszkańcy osady Nowej Funlandii: Paradise Deep,  w ciele upolowanego wieloryba znajdują człowieka-albinosa, którego nazwą Juda (powinni Jonasz, ale… znajomość Biblii wśród nich była właściwie żadna).

„Podczas gdy mężczyźni dyskutowali tak nad ciałem, Mary Tryphena stała nieopodal i przyglądała się tej niesamowicie, ale to niesamowicie bladej postaci. Człowiek zrodzony z brzucha wieloryba leżał teraz bez życia na kamieniach, zapaskudzony własnymi odchodami. Wszedł na scenę i natychmiast ją opuścił. Na tym właściwie historia powinna się zakończyć, tak się jednak nie stało. Na ustach topielca pojawiły się bąbelki piany, a kiedy zwłoki zaczęły kaszleć, wszyscy poza wdową i Mary Trypheną uciekli z plaży i pognali w stronę swoich domów tak szybko, jakby po piętach deptały im ogary piekieł”.

Od tej chwili rozpoczyna się snucie opowieści o prawie 200 latach życia dwóch niewielkich, sąsiadujących ze sobą osad na wybrzeżu Nowej Funlandii: Paradise Deep i Trzewia.

„Nowa Fundlandia wydawała się zbyt sroga i groźna, zbyt prowokacyjna, zbyt ekstrawagancka, dziwaczna i przerażająca, by mogła być prawdziwa…

Jedna osada jest protestancka, druga katolicka, nie przeszkadza to jednak w grzesznym życiu większości mieszkańców. Poza tym, jak to zwykli ludzie, parają się najprostszymi zajęciami, korzystając z dóbr natury, która służy im (lub też nie) do przeżycia. Połowy, uprawy, polowania.
„Serce i wątroba zostały już odniesione na noszach na ryby do magazynów Sellersa na brzegu. Dwaj mężczyźni za pomocą siekier odłupywali kawałki fiszbinu z podniebienia zwierzęcia. Kobiety i dzieci brodziły na płyciźnie, pchając przed sobą beczki i zbierając do nich poszarpane płaty tłuszczu rzucane z góry przez mężczyzn. Babka Mary Trypheny sposępniała; podwiązała spódnicę i weszła do wody. Obrzydliwa praca trwała przez cały dzień. Na plaży zapłonęły czarne ogniska, na których wytapiano olej z wielorybiego sadła. Odór spowił całą przystań, czuli się tak, jakby pracowali w nisko zadaszonym maga zynie. Na odcinku, na którym cielsko przechyliło się na bok, białe podbrzusze wieloryba było odkryte, a błona żołądka unosiła się swobodnie w płytkiej wodzie. Gdy trojaczki Toucherów dla zabicia czasu zaczęły dźgać ogromny flak nożami i osękami, z otwartej przez nich rany wypłynęła brudna woda, struga krwi oraz ławica nieprzetrawionych kapelanów i śledzi.”

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej, poznajemy najwcześniej żyjące postaci. Wdowa po Devinie, Patrick Devine, Lizzie, Mary Tryphena (która weźmie sobie za męża cuchnącego albinosa Judę, wspomnianego wyżej), Patrick to jedna z rodzin. Druga to rodzina Królówki Sellersa: Selina, Harry, Cornelia, Absalom, Ann Hope..

Dodatkowo pojawia sie pastor Phelan, który jest nadmiernie rozbuchany seksualnie i gdyby mógł to nie darowałby żadnej kobiecie.. na szczęście skupia się na jednej – wdowie po panu Gallery’m, którego duch siedzi w kuchni przy piecu i rozpacza, widząc swą żonę i pastora w kopulacyjnych konwulsjach.
Druga część natomiast to już inni bohaterowie, kolejne pokolenia. Z jednej strony dzieci Judy i Mary Tryphene: Patrick, Druce i kolejno ich dzieci: Amos, Eli, Martha oraz Abel (wnuk Judy i Mary). Z drugiej strony rodzina Absaloma Sellersa i Ann Hope: Nancy, Levi, Florence, Adelina.
Jest też Newman, lekarz, do którego, jak do uzdrowiciela będą lgnąć mieszkańcy:

Zamieszkał w opuszczonym domu nieopodal szkoły publicznej. Gabinet i salę zabiegową założył w pomieszczeniach od frontu, sam zaś spał na piętrze. Połowa mężczyzn z wybrzeża przez całe lato pracowała na łowiskach Labradoru, w pierwszych miesiącach doktor przyjmował więc głównie kobiety, dzieci i starców. Nastawiał złamane kończyny, wyrywał zęby, leczył obrzęki gruczołów, apopleksje, dury brzuszne, gangreny, astmy i zapalenia płuc. We wrześniu, gdy rybacy wrócili z Labradoru, musiał zajmować się skręceniami i zwichnięciami, czyrakami, otarciami podrażnionymi przez słoną wodę, kośćmi pożeranymi przez gruźlicę czy ranami, które zaczęły jątrzyć się pod parszywymi kataplazmami z melasy i chleba. Odwiedzający go pacjenci byli w zasadzie niezdolni do wyartykułowania swoich problemów i przedstawiali mu jedynie najogólniejsze, najbardziej dziecinne opisy trapiących ich dolegliwości. Coś w boku, mówili. Coś w nogach. Włazi we mnie taki ból. Niedobrze z głową, niedobrze z plecami. Niedobrze z brzuchem, co czasami oznaczało kłopoty z oddychaniem. Nawet przy szczegółowym wywiadzie mieli kłopoty z określeniem najprostszych objawów, przez co czasem można było odnieść wrażenie, że byli po prostu zgrają hipochondryków – jednak w rzeczywistości symulanci zdarzali się bardzo rzadko. Mieszkańcy wybrzeża nie potrafili odróżnić objawów chorób od zwyczajnych skutków codziennego trudu i znoju, dopóki dolegliwości nie zrobiły z kogoś kaleki. Tylko najbardziej zdesperowani decydowali się na wizytę w klinice, wyczerpawszy uprzednio cały dostępny zasób znachorskich wywarów i domowych lekarstw. Nikt nie miał dość pieniędzy, żeby wydawać je na leczenie. Za pomoc płacili doktorowi ziemniakami, kapustą, solonymi rybami, naręczami porąbanego drewna na opał, golonkami, śledziami, koszykami świeżych jagód i moroszek, dniami pracy na dachu lub przy kopaniu studni, świerkowym piwem, kozim mlekiem, jajkami, kuropatwami, nurzykami i żywymi kurami.”

Mnogość postaci ogromna. Ciężko jest momentami zrozumieć poszczególne dzieje, bo w gęstości zdarzeń nie ma możliwości śledzenia jednego wątku dokładnie. One się przeplatają niczym sieć rybacka. W tą sieć wpadają dodatkowe sytuacje i zdarzenia, co sprawia, że powieść Crummeya jest misternie utkana i wymaga nie lada skupienia.

Cały czas obserwujemy życie mieszkańców dwóch osad, ich problemy, niecne występki, towarzyszymy w biedzie i dostatku. Ale niezależnie od wszystkiego, to Juda, mężczyzna albinos przybyły z wielorybem, niemowa i dziwak, jest spoiwem. To dzięki niemu bohaterowie cierpią dostatek, ale też przez niego cierpią nędzę. To ktoś, kto jest przybyszem, obcym, nie wiadomo po co się pojawił, nie wiadomo czemu zniknął, ale to on jest winien wszystkiemu. Odpowiedzialnym za całe zło (ale też chyba i dobro) świata, bo przecież łatwiej zrzucić brzemię na kogoś, niż szukać winy w sobie. Tak sobie myślę…

Trzeba przyznać, że Crummey świetnie oddaje ludzki tragizm. Pokazuje, że czasem losami ludzi rządzą jakieś irracjonalne przypadki, przeznaczenie, ale jest to też książka o przemijaniu, śmierci, strachu przed utratą. Mądra, wartościowa powieść. Polecam.

„Dostatek” Michael Crummey, wyd. Wiatr od Morza, 2009

2 thoughts on “„Dostatek” Michael Crummey

  1. Mary pisze:

    giera :) noo moje również. Niebawem przeczytam kolejne bo „Pobojowisko” i „Sweetland” :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s