„Dom orchidei” Lucinda Riley

258301-352x500Ależ mi się ckliwe czytadło trafiło! To oczywiście nie znaczy, że źle! Czasem trzeba poczytać o wielkiej i dość cukierkowo opisanej miłości, a jak to mówi któreś z bohaterów (nie pamiętam które) „ból można uleczyć wyłącznie miłością”. Tak też właśnie się dzieje w „Domu orchidei”.

Lucinda Riley popełniła jeszcze dwie książki „Dziewczyna na klifie” i „Tajemnice zamku”, porównuje się ją z pisaniem Kate Morton, chociaż osobiście uważam, że pani Morton jest o niebo lepsza, bo może nie aż tak ckliwa…

Schemat w „Domu orchidei” jest również podobny, jak w  książkach Morton.

Niejaka Julia, światowej sławy pianistka, traci w wypadku męża i synka. Powraca do ukochanego z dzieciństwa miejsce, posiadłości Wharton Park, miejsca, które pokochała wiele lat temu, w którym jej dziadek, w niedalekiej szklarni uprawiał egzotyczne orchidee. Posiadłością aktualnie zarządza, lub też bardziej chce sprzedać i jej się pozbyć niejaki Kit Wharton. Został dziedzicem z przypadku i właściwie to sam nie wie, czy jest gotów objąć taką wielką posiadłość, w momencie kiedy ta ma tylko same długi. Julia spotyka Kita przypadkowo, no i oczywiście rozbłysk pioruna (w przenośni) powoduje, że obydwoje zakochują się w sobie. 

Na jaw wychodzi rodzinna tajemnica, zupełnie przypadkiem przenosimy się w czas II wojny światowej, cofamy w przeszłość, po to by śledzić losy Olivii i Harry’ego Crawfordów, które nie ukrywam skradły sporo mojego czasu i wciągnęły. Nieszczęśliwa miłość  Harry’ego, którego małżeństwo jest bardziej z rozsądku niż z wielkiego uczucia, do pewnej Tajki rozkwita i niestety jest pełna bólu. No i tak właśnie sobie akcja płynie.. powoli poznajemy losy rodzin i odkrywamy ich sekrety. Niby zwykła obyczajowa historia z romansem w tle.

Jak zwał tak zwał, książka zapewniła mi dwa czy trzy miłe wieczory. Chętnie przeniosłam się w czasie, dość szybko przewracałam strony, bo Lucinda Riley ma swoisty talent w „ciągnięciu” historii, tak by nie nudziła. Oczywiście, mogło by to wszystko być bardziej ambitne, bo czasem ten Kit podnosił mi ciśnienie swoim nieodpartym urokiem i  cukierkowatością, a z drugiej strony lekką „ślimakowatością”. Julia z kolei – taka skrzywdzona bidulka, nagle odnajdująca wielką miłość – niczym księżniczka z bajki, też mnie mocno irytowała momentami. Noo… niech będzie. Czytało się w sumie fajnie i miło. Czy zawsze trzeba jakieś przemądrzałe książki czytać? nie zawsze. Czasem można wkroczyć w taki tajemniczy, nazbyt idealny świat, pełen pasji i namiętności  polany różowym lukrem happy-endu. Ot tak. Chętnie sięgnę kiedyś po kolejne książki Lucindy Riley. Dla odstresowania – bardzo fajne.

„Dom orchidei” Lucinda Riley, wyd. Albatros 2012.

2 thoughts on “„Dom orchidei” Lucinda Riley

  1. tommyknocker pisze:

    Lubię powieści Kate Morton, a dzieła pani Riley w pewnym stopniu je przypominają. Są tylko miejscami zbyt melodramatyczne. „Dziewczyna na klifie” też niezła, „Tajemnic zamku” jeszcze nie czytałem.
    pozdrawiam :)

  2. Mary pisze:

    tommy – tez lubię, teraz obie panie w sumie, chociaż KM bardziej, ale i tak po kolejne książki LR sięgnę prędzej czy później. Pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s