„Moja walka” t.1 i t.2 Karl Ove Knausgard

Życie to kalka, powiedziała stara babka, która nie wymawiała „w”.

Prawda? Te 2 przeczytane tomy udowadniają, że życia faktycznie tą walką jest. I będzie zawsze. Niezależnie czy przeczytam za chwilę trzeci, czwarty a w końcu kolejne (bo jest ich w sumie sześć) tomy. Życie jest codziennym dobijaniem się w zamknięte czasem drzwi, czasem wpadaniem z hukiem przez otwarte, a czasem zastanawianiem się, czy aby przypadkiem nie wejść w te lekko uchylone lub też je zatrzasnąć przeklinając i krzycząc w furii.

Dla mnie te 2 opasłe tomiszcza opisujące zwykłe, najzwyklejsze życie człowieka (ojca, niespełnionego pisarza, męża, małego chłopca, nastolatka – zależy do jakich czasów autor nas przeniesie..) było cudowną ucztą. Banały opisane zostały w sposób magiczny, drobiazgowy ale z wrażliwością, celnością uwag, często z dygresjami filozoficznymi lub politycznymi, z odniesieniami do książek (norweskich czy szwedzkich, choć nie tylko, pisarzy i poetów). Mega, mega genialne ujęcie tematu, jakim jest zwyczajne przeżywanie dnia, wykonywanie prostych, nawet fizjologicznych, czynności, które nieraz rozwlekały się w nieskończoność (co innych pewnie by od razu odrzuciło). Ileż ja tam odnalazłam siebie samej. Ileż moich bliskich mi osób, ileż sytuacji z życia wziętych i podobnych do moich zachowań i przemyśleń…. Bardzo, bardzo wiele… „Świadomość własnych braków czasami mi ciążyła, bo tak bardzo chciałem być kimś, tak bardzo chciałem być wyjątkowy”. Któż z nas nie chce? Knausgard ma odwagę o tym powiedzieć, wyjąć z ust wielu z nas te wszystkie bolączki dnia codziennego i pytania o sens istnienia i chęć bycia kimś wielkim. I robi to tak po prostu. 

Codzienność z jej obowiązkami i rutynowymi czynnościami wytrzymywałem, lecz nie czerpałem z niej radości, nie przydawała ona sensu mojemu życiu ani mnie nie uszczęśliwiała. Nie chodziło o brak ochoty do umycia podłogi, czy zmienienia dziecku pieluchy, tylko o coś bardziej zasadniczego, o to, że nie przeżywałem wartości codziennego życia, lecz chciałem się od niego oderwać; tak było zawsze. Życie, które wiodłem, nie było więc moim życiem. Starałem się uczynić je swoim, toczyłem o to ze sobą walkę, bo przecież chciałem tego, ale mi się nie udawało, tęsknota za czymś innym dziurawiła na wylot wszystko, co robiłem.

Wszystkie problemy, obawy, niechęci, rzeczy, o które inni posądzają nas, że nie wypada, że nie powinno się tak – to wszystko jest tu rozbebeszone, podane na tacy i tak wyraźnie zaakcentowane, że wielu z nas pewnie nawet nie zdawało sobie sprawy ze swoich problemów w związku, pracy, dopóki Knausgard o tym głośno nie powiedział. Bo to odwaga mówić o tym, że wychowywanie dziecka, babranie się w pieluchach czy sprzątanie jest czymś co traktujemy jako zwykły obowiązek, a nie przyjemność. I że chciałoby się zniknąć czasem, zamknąć w pracowni i oddać zwykłym przyjemnościom, takim jak czytanie książek, by uciec od tej monotonii, hałasu, płaczu…  Czy ktoś o tym głośno mówi? nie… bo nie wypada przyznać się do takiej „bezduszności”. A ja akurat uważam to za normalne. Podobnie z przyjęciami, na których nudzimy się jak mopsy obserwując współtowarzyszy, których obecność nas męczy, a ich dzieci doprowadzają do szału. Idziemy na nie, bo nas zaproszono, nasze dziecko usiłuje bawić się z innymi dziećmi, które je ignorują, ale cały czas robimy dobrą minę do złej gry i godzimy się na takie spędzanie czasu. Inaczej wyszlibyśmy na egoistów zadzierających nosa, lub odludków. A Knausgard bardzo uczciwie przyznaje się do bycia egoistą. Przyznaje się, że nie zawsze akceptuje wszystkie banalne sprawy z jakimi przychodzi mu się zmierzyć, że nie zawsze akceptuje zachowanie swojej ukochanej Lindy, chociaż przez pół książki opowiada o pierwszych randkach i spotkaniach, o wielkiem miłości, oddaniu i przyjaźni jaka ich łączy. 

Żyłem w przekonaniu, że wszyscy ludzie mają taką samą wartość, a wewnętrzne zalety człowieka są ważniejsze niż zewnętrzne. Innymi słowy, byłem za głębią, a przeciwko powierzchni, za dobrem, a przeciwko złu, za miękkością, a przeciw twardości.

W pierwszym tomie pięknie choć wydawałoby się beznamiętnie, przedstawia swoje relacje z ojcem. Wspomina, że jako dziecko, nastolatek, nie bardzo umiał się z nim porozumieć, potem okazuje się, że tak naprawdę go nie znał, bo ojciec był niezwykle skrytym człowiekiem. A potem kiedy ojciec umiera, Karl Ove zajmuje się wszystkim co potrzeba do pogrzebu i najzwyczajniej w świecie płacze, czasem nie mogąc tego uczucia żalu opanować. I właściwie to Knausgard mimo tego płaczu przekazuje nam coś, co zaskakuje. On chciałby, aby jego ojciec żył nadal, ale jednocześnie pragnął jego śmierci dla własnej wolności. Trudne to bardzo uczucie, ale sama wiem dobrze, jak bardzo może być prawdziwe, i to wcale nie świadczy o tym, że jest się wyzutym z uczuć…

Wszystko w opowieści Knausgarda do siebie pasuje. Proste, wnikliwie opisane zwykłe czynności idealnie łączą się z rozmowami o literaturze czy filozofii. Nie wiem, jak on to zrobił, ale od tego się nie można oderwać. Nawet głupie wyjście do sklepu jest opisane tak, że najchętniej wskoczyłabym do kieszeni Knausgarda i obserwowała, co jeszcze wrzuci do koszyka, albo jaką książkę w antykwariacie kupi. Bo on dużo czyta, („…życie czasami wydawało się wręcz nie do życia i spokój zapewniały mi wyłącznie książki – opisywały innych ludzi, inne miejsca i czasy, w których byłem nikim i nikt nie był mną.„) notuje, próbuje to potem wszystko poskładać, aby stworzyć własną powieść. Nie idzie mu to zbyt dobrze, choć chce bardzo być wielkim twórcą. Jeździ na odczyty dotyczące jego wcześniejszych książek, ale nie cieszą się one zbyt dużą popularnością, a Knausgard przypłaca to nerwicą, bo nienawidzi publicznych wystąpień. Z tym pisaniem jednak najlepiej mu pójdzie, kiedy zacznie pisać o sobie… (w domyśle chodzi o „Moją walkę”.)

W drugim tomie Knausgard kończy 40 lat. Piękny wiek. „Koło czterdziestki owo życie dotąd tymczasowe, stawało się prawdziwym życiem, a to kładło kres marzeniom, wszelkim wyobrażeniom o tym, jak będzie wyglądało prawdziwe życie, do jakiego człowiek jest przeznaczony, jak będzie wyglądała ta wielkość, którą ma osiągnąć. W wieku czterdziestu lat człowiek zaczynał rozumieć, że prawdziwe życie jest tutaj, w tej małości i codzienności, gotowe i ukształtowane, i że na zawsze takie pozostanie, jeśli się czegoś nie zmieni. Jeśli nie zrobi się ostatniego zwrotu.” Skupia sie na swoich uczuciach, na relacjach z przyjaciółmi, opisuje zgrabnie swoje dalsze życie ale też wraca do wspomnień.

I tak, można byłoby pisać i pisać… ale lepiej wrócić do jakiegokolwiek fragmentu książki i po prostu sobie tam pobyć. Uwielbiłam te jego wynurzenia.

„Jak można przyjmować oklaski za coś, co się zrobiło, ze świadomością, że to nie jest dostatecznie dobre? Karl Ove, przyjmij moje oklaski. To jest MEGA dobre.. z niecierpliwością sięgnę po tom trzeci…

knausgard2

autor

„Moja walka” tom 1 (2014), tom 2 (2015) Karl Ove Knausgard , wyd. Wydawnictwo Literackie

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s