„Słońce nad Tiricz Mirem” Tadeusz Piotrowski

a9bf11f61ba07828a9f8dcbb23624811 „Ponad Tiricz Mirem zawsze świeci jasno słońce”.

Takie zdanie kończy książkę. Można zatem od razu uznać, że opisana w niej wyprawa na ten szczyt w Hindukuszu się powiodła. I tak faktycznie było.

Tadeusz Piotrowski, nieżyjący już himalaista i taternik, znany z wielu wypraw wysokogórskich oraz osiągnięć w Himalajach, Pamirze, Alpach i oczywiście Tatrach, opisał tutaj losy ekspedycji polsko – jugosłowiańskiej (jeszcze wtedy) na Tiricz Mir w 1978r. Kiedyś nie było przecież to takie proste jak teraz zapewne jest. Samo uzyskanie zezwoleń na przekroczenie granic, przemieszczenie się z bagażem błotnistymi, często całkowicie zniszczonymi przez ulewy drogami, które na miejscu trzeba było prowizorycznie odbudowywać, by przejechać jeepem – wymagało niezwykłego samozaparcia. No i koszty! Wtedy wyprawy w tak zwane Góry Indyjskie stawały się bardzo drogie, prawie tak jak w Karakorum czy Himalaje. Hindukusz leży natomiast na trasie, która wiedzie przez Afganistan, a który w roku 1978 przeżywał niespokojne dni po kwietniowej rewolucji, panowała godzina policyjna, więc cała wyprawa musiała odbyć się idealnie na czas, mimo bardzo trudnej i skomplikowanej topograficznie trasy. Koszt przejechania przez Afganistan i dalej był bardzo duży, do tego dochodził koszt tragarzy, a niestety przed ekipą Piotrowskiego, wyruszyła na podbój Tiricz Miru ekipa japońska, która niefortunnie dla Polaków i Jugosłowian zawyżyła stawki dla tragarzy. Potrzebne były bardzo solidne negocjacje, by je obniżyć. 

„Byliśmy dla nich przedstawicielami bogatszej części świata i jedną z nielicznych okazji dobrego zarobku. Chcieli więce wykorzystać do maksimum nadarzającą się sposobność. Skąd mogli wiedzieć, że tak z pozoru bogato i zasobnie wyglądający cudzoziemcy gonią w piętkę. Ich rozumowanie było zapewne bardzo proste – ludzie, którzy przyjechali tutaj aż z tak daleka i chcą, gnani niezrozumiałym dla nich kaprysem, zdobywać góry, muszą być bogaci, bo tylko takich stać na ekstrawagancje. Dla nich, mieszkańców tej ziemi, pokryte lodem szczyty były zawsze jedynie złem koniecznym, nie budziły żadnych tęsknot, nie były też rzuconym przez naturę wyzwaniem. Góry odstraszały swoją surowością i niedostępnością. Były groźne i niebezpieczne. Odwiedzali je jedynie przemykający się dolinami myśliwi i kroczący za stadami owiec i kóz pasterze. Świat skalnych turni i skutych wiecznym lodem szczytów nie budził zainteresowania tubylców”.

Mimo wszystko negocjacje się powiodły i ekipa mogła ruszyć już w kierunku szczytu. Pierwszym do zdobycia był Bindu Ghul Zom (6350m) a potem Tiricz Mir Wschodni (7692m).

tirich-mir-1479323

TIRICZ MIR

Ekipa, w której był Tadeusz Piotrowski składała się z 16 osób : 11 Polaków i 5 Jugosłowian.

„Kierownikiem ekspedycji był Stanisław Rudziński, a jego zastępcą do spraw sportowych Jerzy Kukuczka. Zespołowi Jugosłowian przewodził Slavc Sikonja, Anna Teresa Pietraszek, która miała udokumentować na taśmie filmowej przebieg wyprawy, a Eugeniusz Kołodziejczyk czuwał nad zdrowiem jej uczestników. Reszta to byli ludzie bez stałych funkcji, każdorazowo wyznaczani przez kierownictwo do wypełniania przeróżnych zadań, które sprowadzały się głównie do prac przeładunkowych. Ekipę polską uzupełniali: Jan Jankowski, Bernard Koisar, Jan Mojchrowicz, Jerzy Ożóg, Paweł Pallus, Tadeusz Piotrowski i Michał Wroczyński, a Jugosłowian: Vinco Bercic, Miro Stebe, Janez Sustersic i Matjaz Veselko”.

Wszyscy chcieli pokonać górę nową drogą. Należało więc się dobrze zintegrować i skoncentrować na celu, bez oglądania się na interes narodowy czy też grupowy, chodziło o to by nie rozbić grupy na dwa obozy rywalizujące ze sobą (Polacy vs Jugosłowianie), bo bywało, że w historii himalaizmu dochodziło do fiaska, kiedy rywalizacja w zespole i kłótnie brały górę. A wtedy mogą być już tylko: gorycz porażki i wzajemne oskarżenia o nielojalność.

Oczywiście nie obyło się bez małych sporów, ale sama wyprawa przebiegała dość spokojnie. Szczyt udało się zdobyć. Była oczywiście walka ze słabościami takimi jak: niemożebny upał, bo gorące słońce odbijające się od białego śniegu pali wręcz skórę, były ciężkie przejścia przez lodowiec pełen szczelin, były również męczące poręczowania, wytyczanie szlaku i noce spędzane w towarzystwie wiatru huczącego poza namiotem. Jak to zwykle w wysokich górach.

Sam Piotrowski pisze dość sucho, bez specjalnego rozrzewniania się i emocji, co mi troszkę przeszkadzało, ale przecież nie o to w takich książkach chodzi, by „przeżywać”. Zresztą nie ma co dramatyzować, skoro wszystko przebiegło świetnie, dopisała pogoda i dzięki Bogu nikt nie zginął ani w drodze na szczyt ani w drodze powrotnej, która może być czasem dużo trudniejsza.

imagesDodam tylko na koniec, że Tadeusz Piotrowski zginął w 1986r. na K2, który zdobył razem z Jerzym Kukuczką.

„Podczas zejścia – zwykłą drogą, na której niżej znajdują się obozy innych wypraw – w pogarszającej się pogodzie musieli jeszcze dwukrotnie biwakować, na wysokości ok. 8300 i 7900 m, mając już tylko cienką płachtę biwakową, w dodatku pozbawieni jedzenia i picia. Niedługo po wyruszeniu z drugiego biwaku, wskutek awarii raków (bądź też niewłaściwego ich założenia, prawdopodobnie w wyniku zmęczenia), na zalodzonym odcinku tuż poniżej zwieńczenia Żebra Abruzzów Piotrowski spadł wprost na partnera, który nie był w stanie go zatrzymać przed dalszym upadkiem w przepaść” (wikipedia).

„Słońce nad Tiricz Mirem” Tadeusz Piotrowski, wyd. Sport i Turystyka, 1988r.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s