„Płyń z tonącymi” Lars Mytting

454480-352x500 To dobra powieść. Nie rewelacyjna, ale dobra. Czyta się szybko, momentami się nieco dłuży, czasem śmieszą frazy a la Paolo Coelho, ale ogólnie jest dobrze. Lars Mytting napisał powieść o odkrywaniu przeszłości, poszukiwaniu tożsamości, rozwiązywaniu zagadki, której charakter jest  miejscami lekko kryminalny.

„[…] moje życie było wydrążone przez pytania, których nigdy nie zadałem”. Edvard – główny bohater żyjący na farmie w Saksum w Norwegii, po śmierci swojego dziadka Sverrego, postanawia dowiedzieć się dlaczego i dlaczego aż we Francji zginęli jego rodzice. Jest to jak do tej pory owiane tajemnicą rodzinną i dość niejasne. Sam, mimo, że brał udział w wypadku samochodowym, niewiele pamięta, bo w tym dniu miał zaledwie 3 lata, a do tego na kilka dni gdzieś zniknął i nie wiadomo, gdzie przebywał. Znaleziono go 100 km od miejsca wypadku. Edvard próbuje ze wspomnień złożyć portret rodziców, wstępnie pięknie przedstawiony:

„MATKA BYŁA DLA MNIE ZAPACHEM. Była ciepłem. Była nogą, którą obejmowałem kurczowo. Powiewem czegoś niebieskiego – sukienki, w której, zdaje się, chodziła. Powtarzałem sobie,że wystrzeliła mnie wżycie jak z łuku, i kiedy przywoływałem o niej wspomnienia, nie wiedziałem, czy są właściwe lub zgodne z prawdą, odtwarzałem ją po prostu tak, jak zdawało mi się, że syn powinien wspominać swoją matkę. To o niej myślałem, wystawiając swoją tęsknotę na próbę. Rzadko o ojcu. Czasem tylko zadawałem sobie pytanie, czy byłby taki, jak inni ojcowie we wsi. Mężczyźni, których widywałem w mundurach obrony cywilnej, w korkach na piłkarskich treningach old boyów, ci, którzy wstawali wcześniej w weekendy, żeby zdążyć na czyn społeczny Związku Myśliwych i Wędkarzy w Saksum. Ale bez żalu pozwoliłem mu zniknąć. Przez wiele lat uważałem po prostu, że dziadek próbował robić wszystko, co robiłby ojciec, i że to mu się udawało”.

Aby poznać historię życia swoich rodziców i rozwiązać zagadkę ich śmierci musi wyjechać najpierw na Szetlandy, z którymi mocno związany był brat jego dziadka – Einar. Tam na malutkiej wysepce, znajdzie malutki domek, w którym Einar tworzył swoje dzieła sztuki, a mianowicie drewniane, wysokogatunkowe trumny. Jedną z takich trumien otrzymał jeszcze na długo przed swoją śmiercią, dziadek Edvarda – Sverre. Kiedy przyszło załatwiać sprawy pogrzebowe, okazało się, że zakład pogrzebowy już od dawna przechowuje ten „prezent” z zaleceniem, aby właśnie w niej pochowano zmarłego Sverrego. Dość dziwny to upominek. Dlaczego akurat taki? Wiadomo, że Lars Mytting ma lekkiego hopla na punkcie drewna (którego zawarł w swojej książce „Porąb i spal” -> nie czytałam), dlatego i tutaj zostały zawarte dość szczegółowe opisy rodzajów drewna i sposobów jego obróbki, może lekko nużące ale opisane z pasją. Drewno, drzewa orzechowe i brzozy płomienistej są poniekąd drugoplanowym bohaterem tej książki.

Edvard zacznie drążyć i powoli odkrywać kolejne karty tajemnic swojej rodziny. Musi bo jak mówi: „Całe życie słyszałem szelest dochodzący z zagajnika, gdzie rosły brzozy płomieniste. Pewnej nocy w 1991 roku ten szelest przeszedł w wycie wiatru, który wszystkim zachwiał. Bo coś w historii o matce i ojcu ciągle żyło, ruszało się i wiło niczym tłusta żmija w trawie.”

Życie osobiste trochę mu się pogmatwa, bo najpierw zawróci w głowie przyjaciółce z dawnych lat: Hanne, a potem na Szetlandach zakocha się w dość pulchnej (jak to on określił) Gwen, która również będzie mieć swoje tajemnice i okaże się być kimś innym, niż się podaje.

W tle będą wspomnienia z I wojny światowej, głównie z koszmarnej dla żołnierzy brytyjskich, krwawej i tragicznej w skutkach bitwy nad Sommą we Francji, która pochłonęła ponad milion ofiar. Wojna rozdzieli dwóch braci: Sverrego i Einara. Jeden walczył w norweskim ruchu oporu, drugi w szeregach pro-nazistowskich. Z tych wszystkich wspomnień Mytting utkał dość zgrabną historię, która połączy wiele wątków. Do tego dołożył piękne opisy. Na przykład ten:

„HIRIFJELL LEŻY NA TYŁACH SAKSUM. Duże, bogate gospodarstwa pobudowano po drugiej stronie rzeki, tam gdzie wcześnie topnieją śniegi, a promienie słońca pieszczą drewniane ściany i mieszkającą w nich szlachtę zagrodową. Ta strona wsi nigdy nie jest nazywana „tą właściwą”, czasami tylko „słoneczną”, ale najczęściej w ogóle nie nazywa się jej w żaden sposób, jedynietyły wsi mają nazwę odpowiadającą temu, gdzie się naprawdę znajdują. Pomiędzy nami płynie rzeka Laugen. Wilgotna granica, którą przekraczamy, kiedy mamy zacząć naukę w gimnazjum albo musimy się wybrać do centrum na zakupy.”

Warto przeczytać, bo mimo, że takich książek jest już na rynku sporo, to jednak jeśli czyta się dobrze i daje to czytelnikowi pewną radość z obcowania z lekturą – to znaczy, że jest ok. Jedyne co mnie drażniło to lekko „górnolotny” miejscami język i brak tłumaczenia niektórych wtrąceń po angielsku. No i może zbyt wydumana historia.. Ale poza tym jest nieźle.

„Płyń z tonącymi” Lars Mytting, wyd. Smak Słowa 2016.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s