„Cztery pory roku Heleny Horn” Wanda Majer-Pietraszak

cztery-pory-roku-heleny-horn „Duże szczęście, to własne zdrowie, ale i bliskich, miłość, umiejętność dawania, spokój serca, a to małe, codzienne, nie zawsze zauważalne czy zapamiętane na dłużej, to szczęśliwość czy zminimalizujmy nawet – szczęśliwostka, bo zakwitło drzewo, słuchamy muzyki, która nas porusza, zachwyt na tym obrazem, który do nas mówi, słońce, nasz ostrożny krok, żeby nie rozdeptać pasikonika, motyl, który pomylił naszą dłoń z rośliną, nasz przyjazny gest wobec kogoś drugiego, smak, dotyk i wzrok i mogłabym snuć i snuć, bo przykładów mam na kilometry, byle je zauważyć i zatrzymać w sobie na dłuższą chwilę. A bywa, że i na czarną godzinę…”

I tak się ta powieść snuje. Niespiesznie i w niezwykle ciepłym klimacie. Okładka kompletnie nie pasuje mi do treści, sugeruje jakiś romans, a tu nie o romans chodzi. Chodzi o proste i spokojne życie dojrzałych ludzi. O to, by w spokoju ducha i serca BYLI – ISTNIELI. Niekoniecznie chodzi mi tutaj o związek między kobietą a mężczyzną, ale bardziej o to, by każdy człowiek odnalazł w życiu własne miejsce. Dobrą przystań, w której odnajdzie przyjaciół, radość chwili, może nawet miłość, jeśli jeszcze do tej pory jej nie zaznał, lub też wcześniej utracił. Ta opowieść podzielona na 4 rozdziały o nazwach pór roku i pokazuje jak ważne jest BYCIE i rozmowa. Jak ważne są uczucia i to co nienazwane czasem. Pokazuje jak ważna może być bliskość między matką a córką, i że ta bliskość w konsekwencji może uratować coś jeszcze, nie tylko relację między matką a dzieckiem.

Główna bohaterka to Helena Horn, aktorka, która nagle zerwała z pracą w teatrze i wyjechała do Milanówka do starej willi, w której mieszka razem ze swoją przyjaciółką – suflerką, Henryką. Jest już starszą kobietą, która jakiś czas temu pochowała ukochanego i najwspanialszego na świecie męża Jaromira. Ma dorosłą córkę Julię, która wyszła za mąż za dyplomatę i jeździ po świecie gubiąc gdzieś po drodze najprostrze zdolności do radości życia. Helena ma również ukochanego wnuka Bruna, który cierpi bardzo w tych wszystkich wojażach z rodzicami, bo najbardziej jest przywiązany do swojej ukochanej babci i jej pięknego ogrodu. Z willą w Milanówku sąsiaduje dom niejakiego Tomasza, lekarza, który po rozwodzie,  żyje tylko z ukochanym psem Maksem i bardzo głęboko ukrywa swoje uczucie do pani Heleny, choć przy niej jest beztroski i niezwykle przyjacielski oraz pomocny.

Losy tych wszystkich osób przeplatają się i zmieniają niczym pory roku. Wiosną coś rozkwita, latem dojrzewa, jesienią obumiera, a zimą…?

To piękna książka, która daje nadzieję na to, że w dojrzalszym wieku, kiedy wydawałoby się, że już nic nas nie spotka, dzieje się samo DOBRO. Niby banały : cieszenie się chwilą, docenianie jej, spokój, ale czy nie o tym tak naprawdę marzy każdy z nas? Czy nie chcemy na starość mieć przy sobie bratnią duszę, która poda nam rękę przy wejściu po schodach lub zrobi pyszną kolację?

I co chyba najważniejsze w tej książce, to fakt, że uczymy się cały czas. Nawet na starość. Uczymy się zrozumienia, wybaczenia, leczymy się z uraz i żalu… To bardzo trudne, ale im jesteśmy dojrzalsi i im bardziej pielęgnujemy w sobie te szczęśliwostki, o których było wyżej, im lepsi jesteśmy, tym łatwiej nam potem żyć. Bo życie zawsze jest PRZED nami…

Bardzo polecam, bo i w ładnym stylu napisana.

„Jest jesienne piękne popołudnie. Helena wyciąga dłoń, na którą delikatnie opada listek brzozy. Żółte serduszko z brzegami w ząbki. Już niepotrzebny, bezbronny, „przeminięty” i porzucony przez drzewo pod którym stoją… „

„Cztery pory roku Heleny Horn” Wanda Majer-Pietraszak, wyd. Muza 2016

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s