„Templanza znaczy umiar” Maria Duenas

templanza-znaczy-umiar „Zgiął prawy łokieć, a ona przyjęła pomoc jako rzecz naturalną. Mimo ubrań wyczuwał jej puls, domyślał się gładkości jej skóry. I wtedy, niesiony porywem, którego nie potrafiłby nazwać i któremu chyba nigdy dotąd nie uległ, położył swoją spracowaną rękę na okrytej giemzową rękawiczką dłoni, jakby chciał chronić tę kobietę – i tę dziewczynkę, którą kiedyś była – od wszelkiego niebezpieczeństwa. Albo jakby pragnął ją zapewnić, że mimo iż odarł jej córki ze schedy, mimo iż wygląda na dziwaka zza oceanu, na nieszczerego, oportunistycznego Amerykańca, jest człowiekiem godnym zaufania. W milczeniu zeszli na dół, stopień po stopniu. Rozdzieleni przez dekady doświadczeń i przez sprzeczne interesy, a połączeni bliskością ciał. Sol Claydon podziękowała cicho; on mruknął ochryple, że nie ma za co. I patrząc na jej smukłą, oddalającą się postać, na jej spódnice szorujące po ziemi, uznał z całą pewnością, że w duszy tej świetlistej kobiety zalegają głębokie cienie. I pomyślał też, z ekscytacją, że gdzieś pośród tych cieni pojawił się on.”

Pięknym językiem ta książka jest napisana. To taka historia (o dziwo) mężczyzny, który uwikłany w problemy finansowe z wizją bankructwa, wyjeżdża z Meksyku, gdzie wstępnie przecież dorobił się niemałej fortuny, najpierw pracując jako zwykły górnik w kopalni srebra, a potem już posiadając kilka kopalni na własność. Wyjeżdża, bo musi zaryzykować. Zdobyć pieniądze na spłatę długów. Ma na to niewiele czasu. Inaczej straci wszystko, kopalnie, piękny dom, a przede wszystkim reputację z której znany jest w całej meksykańskiej śmietance towarzyskiej. Nade wszystko jednak, nie chce wyjść na przegranego w oczach swoich dorosłych dzieci: córki Mariny, która niebawem ma urodzić jego pierwszego wnuka / wnuczkę, oraz syna Nicolasa, który świętuje w świecie ostatnie chwile wolności przez ślubem z kobietą, która ma mu dać dość dobry posag i zapewnić bogactwo w przyszłości. Czy on ją kocha – to już inna kwestia, ale jego ojciec Mauro Lirrea – bohater książki – wcale nie musi o tym wiedzieć. Być może dowie się w odpowiednim czasie, gdy chłopak zmądrzeje, wyszumi się i dojrzeje…

Mauro wyjeżdża na Kubę, do Hawany, gdzie w pojedynku bilardowym wygra podupadłą winnicę w Hiszpanii, w mieście Jerez, dziedzictwo pewnej pięknej Soledad Mantalvo, która z kolei męczy się w związku z chorym psychicznie i starszym od siebie o 30 lat mężem.  Tajemnicza kobieta zawładnie sercem Mauro, wplątując go początkowo w kłamstwo i intrygę mającą zapewnić jej i jej córkom przyszłość. Dlaczego Mauro stanie do takiego dziwnego pojedynku? Czy uda mu się wyjść z długów, zrobić jakieś interesy i wyjść z twarzą? czy może całkowicie zmieni swoje życie ? Więcej nic nie powiem.

Książka przeniosła mnie w XIX wiek a autorka nie dość, że wymyśliła dobrą i romantyczną w pewnym sensie historię, to jeszcze ujęła mnie opisami. Dla przykładu opis Hawany:

„Wszędzie panowała ludzko-architektoniczna gmatwanina: stoiska z suszoną rybą mieściły się w podcieniach najpiękniejszych budowli, a targi ze starzyzną i ubogie sklepiki bezpośrednio sąsiadowały z dumnymi siedzibami najznamienitszych rodów. […] Tu i w innych miejscach pachniało morzem i kawą, niedojrzałymi pomarańczami i potem setek przechodniów, a także rybą, saletrą i jaśminem. Powietrze było tak gęste od lepkiej wilgoci, że można by tu je chyba krajać nożem, a z rogu na róg, z powozu do powozu i z balkonu na balkon niosły się tysiące pokrzykiwań i śmiechów. Daszki nad wejściami do sklepów – płachty różnobarwnego materiału rozwieszone wzdłuż ulic – filtrowały bezlitosne światło, dając przyjemny cień. Klucząc po rozmaitych zaułkach, Larrea przeciskał się wśród ludzkiej wielokolorowej masy, złożonej z dzieci, tragarzy, posłańców, ulicznych handlarzy owocami i starzyzną oraz sprzedawców, którzy wybiegali ze swych lokali, by usłużnie podać towar pasażerkom wysokich kariolek i wolantów – paniom i pannom niezadającym sobie trudu, aby przy robieniu zakupów postawić stopę na ziemi”.

 Ileż obrazów w tym tekście!  Albo tu w teście o mieście Jerez:

„Pogrążony w swoich myślach, niemal nie zwracał uwagi na panujące wokół spokój i atmosferę zamożności. Minął dwie cukiernie, trzy zakłady krawieckie i pięć fryzjerskich, wiele pięknych domów, dwie apteki, rymarza oraz kilka przyjemnie wyglądających sklepików z butami, kapeluszami i żywnością. U witryn przystawały dystyngowane damy, tu i ówdzie pojawiali się też ubrani z angielska dżentelmeni, chłopcy na posyłki i służące, uczniowie i najrozmaitsi przechodnie zmierzający do domu na obiad. W porównaniu z szalonym ruchem panującym w zamorskich miastach, z których Larrea przybywał, Jerez mogło jawić się jako senna mieścina. Jednakże Larrea ledwie to zauważał. Zwrócił za to uwagę na unoszący się wokół zapach: uparty, ani ludzki ani zwierzęcy, wiszący między domami i wciskający się chyba nawet przez misternie kute kraty w oknach. Woń ta nie miała nic wspólnego z wszechobecnym w Meksyku aromatem pieczonej kukurydzy ani z morskim powietrzem Hawany. Towarzyszyła Larrei aż na ulicę Lenceria, gdzie było trochę więcej ludzi: tutaj, jak się zdawało, biło handlowe serce miasta”.

Podobały mi się te klimaty, historia jest może lekko banalna, ale dzieje się w ciekawych czasach. W Ameryce to przeddzień wojny secesyjnej. Nadal zatem mamy panów i niewolników, co i w tej opowieści pojawia się dość często. Poza tym jest to czas przemian, a zatem trudny dla biznesu, ten kto ma pieniądze – lada dzień może je stracić. Musi ryzykowac, knuć szemrane interesy, inwestować w brudne pieniądze, by przeżyć. Nie wszyscy znają umiar. Mauro również nie należy do takich osób. A umiar jest podstawą, by zacząć wieść spokojne i dojrzałe życie. Umiar to po hiszpańsku „templanza” – a tak też będzie nazywała się podupadła winnica, jaką przejmie Mauro. Cóż za zbieg okoliczności.

 To opowieść w której w pewnym momencie „trafił na miejsce każdy z elementów tej układanki, złożonej z kłamstw i prawd, namiętności, klęsk, intryg i zawiedzionych uczuć, których nawet lata i odległość nie zdołały osłabić”. Bardzo mi się podobało, polecam.

Książka ma premierę 12 października.

„Templanza znaczy umiar” Maria Duenas, wyd. Muza 2016.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s