„Bar na Starym Osiedlu” Sabina Waszut

indeksBardzo przyjemna to była lektura. O ludziach, o Śląsku, o relacjach międzyludzkich, rodzinnych, o tęsknocie za szczęśliwym domem i kochającą się rodziną, o strachu przed czymś nowym, co może odmienić życie, i o odwadze do tej zmiany, o poszukiwaniu swojego miejsca do życia.

Ola Kieś z Warszawy pewnego dnia zostaje zwolniona z pracy. To katalizator dla jej następnych poczynań, bo od pewnego czasu gryzła się z myślą, czy przyjąć spadek po zmarłej babci z Chorzowa, czy nie. Z babcią nie miała kontaktu, nie była nawet na jej pogrzebie i choć sama pochodzi ze Śląska, ciężko jej się zebrać by tam wrócić, by ogarnąć te wszystkie sprawy spadkowe i dowiedzieć się, co tak naprawdę zapisała jej babcia. Chorzów jest dla Oli rodzinnym miastem, z którym wiąże się wiele wspmnień i w miarę dobre dzieciństwo. Jest jednak rzecz, która nie daje Oli spokoju: dlaczego jej matka stamtąd wyjechała, zabierając ją ze sobą i czy w jakiś sposób zawinił ojciec, po którym od tamtej pory słuch zaginął, a o którym matka mówić nie chciała? Nieobecny w życiu Oli od lat, nagle pojawi się w jej myślach i dziewczyna zapragnie go odszukać. Przyjazd do Chorzowa okaże się dla niej powrotem do domu. Prawdziwego domu. Do siebie. Do swoich korzeni. Czy Ola zapuści je na nowo? 

„Na ulicy spory ruch, choć to już po godzinach porannego szczytu. Na pierwszy rzut oka dzielnica, w której się znajduję, nie różni się niczym od warszawskiej Pragi czy Woli. Odpoadające tynki, cuchnące bramy, tramwaj przemykający środkiem ulicy. Wszystko znajome, ale jakby bardziej swojskie, bardziej moje. Nie wiem, skąd to  uczucie, przecież te miejsca nie istniały dla mnie przez większość życia. A jednak coś takiego unosi się w nasyconym od spalin powietrzu, że oddycha się lżej”.

Okaże się, że w spadku po babci Ola odziedziczyła bar. Osiedlowy, z pysznym domowym jedzeniem przygotowywanym przez trzy prawdziwe śląskie baby, z abonamentem obiadowym dla emerytów, uczniów… Niby staromodnie, ale z klimatem. Na nic wprowadzanie do menu warszawskich przekąsek lunchowych. Tu liczy się tradycja. Jak na całym Śląsku, który słynie ze swojej dumy i honoru. Tradycyjny obiad to kluski, rolada i modro kapusta. Są i naleśniki, pierogi i fantastyczny rosół. Wszyscy pamiętają babcię Oli,  Stanisławę i na początku nie są do końca przekonani czy wnuczka z Warszawy, która nawet nie była na pogrzebie powinna zajmować się tym, istniejącym od lat barem. Ola jednak powolutku zyskuje ich zaufanie. Towarzyszymy jej w codziennych problemach, ale nie tylko tych „barowych”. Więcej uwagi autorka poświęca jej zmaganiom się z emocjami związanymi z poszukiwaniem ojca i tym samym, powodu dla którego rozstał się z matką. Czy Oli uda się rozwiązać zagadkę z przeszłości?

„Wchodzę w boczną uliczkę i jak gdyby nigdy nic, po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat, staję naprzeciwko klatki schodowej prowadzącej do mieszkania mojej babki. Nie pomyliłam się. Trafiłabym tu z zamkniętymi oczami. Zerkam w ciemne okna. Pierwsze dwa od prawej. To kuchnia i pokój. Przez osiem lat dzieliłam go z mamą i ojcem. Babcia mieszkała w tym, którego okna wychodzą na drugą stronę domu. Gdy byłam całkiem mała, większość czasu spędzałam w babcinej części mieszkania. Chowała mnie u siebie. Przechowywała. Może sądziła, że brak plączącego się między nogami dziecka pomoże moim rodzicom w poukładaniu spraw i siebie. Gdy zaczęłam rozumieć, wybrałam kuchnię. Na dużym stole rozkładałam zeszyty i książki. Malowałam obrazki, lepiłam plastelinowe figurki. Babcia gotowała obiad, a potem testowała na mnie wszelkie zabawy, które następnego dnia miały poznać przedszkolne dzieci.

Czasem dołączała do nas mama. Siadała przy mnie i palcem rozcierała kolory na obrazkach. Nadawała im miękkości. Ona cała była miękka, jakby nie do końca istniała. Ojciec przemykał. Pamiętam jego półprzytomny uśmiech, dotyk dłoni przygładzającej moje wiecznie rozczochrane włosy. Schylał się do lodówki, wyciągał kilka butelek piwa i z powrotem schodził do piwnicy. Przez te wszystkie lata był dla mnie jedynie mignięciem. Chwilą. Ciężkie wojskowe buty, stojące na baczność przy drzwiach, dawały mi więcej poczucia bezpieczeństwa niż ramiona, które obejmowały. Zbyt rzadko.”

No właśnie. Takie dzieciństwo miała pewnie nie tylko Ola. Są sprawy przyjemne, o których chce się mówić, ale są też takie, które bolą. Czytałam tę książkę z ogromną przyjemnością, troszkę odnajdując w niej siebie. Choć nie jestem Ślązaczką, to dziedziństwo lat 80tych było bardzo podobne, chyba w całej Polsce. Na przykład ta cała ceremonia mycia okien, która długo wyglądała i u mnie w domu bardzo podobnie. Pajda chleba z cukrem, zabawy na dworze. Poza tym, opisy tego życia w małej osiedlowej społeczności, gdzie wszyscy sąsiedzi wszystko o sobie wiedzą, a ksiądz z parafii budzi postrach, bo pamięta, kto nie był niedzielę na mszy – to niezwykłe zjawisko. Teraz mamy coraz więcej anonimowości, zamknięte osiedla  i obojętność. Sami się odcinamy, a czasem warto wejść głębiej w relacje międzyludzkie, bo nikt nie powinien zagłuszać samotności telewizorem.

Bardzo polecam.

„Bar na Starym Osiedlu” Sabina Waszut, wyd. Muza 2016.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s