[o ksiazkach]

„Wracam z epoki kamiennej” Heinrich Harrer

Wracam-z-epoki-kamiennej-238x360„Byliśmy prawie w komplecie i nasza wyprawa do epoki kamiennej mogła się już rozpocząć; czekało nas wejście na szczyt – dokładnie trzysta trzydzieści dziewięć lat po odkryciu go przez Jana Carstensza. Wyruszyliśmy do środka drugiej pod względem wielkości wyspy na kuli ziemskiej, gdzie ludzie są pierwotniejsi, dżungla bardziej zwarta i rzeki niebezpieczniejsze niż gdziekolwiek na świecie. Przekroczyliśmy bramy największego muzeum historii naturalnej, jakie w ogóle istnieje. Weszliśmy na arenę, na której fałszywy krok czy nieprzemyślana reakcja mogła znaczyć śmierć. Skulony w namiocie, siedząc na bloku skalnym lub opierając się o wielkie drzewo w dżungli, wypoczęty i zmęczony, głodny i przejedzony, zdrowy i z pękniętą rzepką, w dzień i w nocy na miejscu opisywałem kolejne etapy mojej awanturniczej wyprawy. Tak powstał ten dziennik z epoki kamienia”.

Tak napisał w grudniu 1962r. Heinrich Harrer, austriacki alpinista, podróżnik, nauczyciel Dalajlamy XIV, autor książki „Siedem lat w Tybecie”, oraz „Biały Pająk” o której pisałam TUTAJ. Książka „Wracam z epoki kamiennej” opisuje wyprawę do Papui i Nowej Gwinei w celu m.in. zdobycia Piramidy Carstensza, zwanej inaczej Puncak Jaya, lub po prostu Jaya. Jest to szczyt w Górach Śnieżnych, najwyższy szczyt Indonezji, całej Australii i Oceanii, a także najwyższy szczyt świata leżący na wyspie; ma wysokość 4884 m n.p.m. Ekipa Heinricha Harrera, w której skład wchodzili: Bert Huizinga, Russel Kippax i Philip Temple, zdobyła go w dniu 13 lutego 1962r. Pierwszym Polakiem, który zdobył Puncak Jaya był Jerzy Kostrzewa (12 lipca 1999), który zresztą napisał wspaniały (choć zdradzający wiele z treści książki) wstęp do książki „Wracam z epoki kamiennej”.

Ale nie jest to tylko relacja ze zdobywania tej jednej góry. W Nowej Gwinei jest ich wbrew pozorom wiele i Harrer wraz ze swoją ekipą zdobyli w sumie trzydzieści jeden szczytów, a na wszystkich oprócz pierwszego wymienionego powyżej, byli pierwszymi ludźmi. „Doświadczyliśmy też, razem i każdy z osobna, nieskończonej samotności gór. Gdy stałem na szczycie, ogarniał mnie zawsze wielki spokój. Te ciche chwile pozostawiają najgłębsze i najtrwalsze wrażenia. W takich momentach poznaje się siebie”. 

Książka Harrera to cudowny zapis półrocznej niemal przeprawy przez wyspę, pełen niezwykłych obserwacji (kreślonych w pośpiechu i w wolnych chwilach, bo przecież to dziennik). Niewiele tu może osobistych przemyśleń, ale składam to, podobnie jak i autor później, na karb zmęczenia, zbyt szybko dziejących się wydarzeń, czy też po prostu braku możliwości i skupienia. Wszystkie miejsca jakie odwiedził Harrer są praktycznie nietknięte ludzką „współczesną” ręką. Papuasi żyją zgodnie z rytmem natury, ich warunki życia reprezentują zupełnie coś innego, co znamy my. Nazywa się ich „dzikimi” ale jak mówi autor „nie wolno używać tego pojęcia, nadając mu negatywny sens, poniżający. Tak zwany „dziki” jest przecież człowiekiem i mając zdolność wczuwania się, miałem dobre kontakty ze wszystkimi. Oni myślą o życiu inaczej niż my. Czy to znaczy jednak, że myślą źle?”. Rzeczywistość, w jakiej znalazł się Harrer może być przez nas postrzegana faktycznie jako ta z epoki kamienia łupanego, ale to, co najważniejsze chyba w tej książce, to próba przywrócenia świadomości, że taka rzeczywistość i takie miejsca jeszcze istnieją, i że należy je uszanować i pozostawić w takiej formie w jakiej jest, nie niszcząc i nie burząc życia ludziom, którzy są niezwykli w swojej prostocie, a jednocześnie niesamowici w ich pracowitości, dumie i przywiązaniu do własnego plemienia. Ich zachwyt i pokora po wykrzesaniu ognia, ich radosne okrzyki wa-wa-wa i pukanie w tykwy nałożone na męskie przyrodzenia wzbudzać mogą pewnie ironiczny uśmieszek u nas, cywilizowanych ludzi, niemniej jednak to w nich jest ta pierwotna prawda. 

Plemię ludu Dani, jakie towarzyszyło Harrerowi podczas wyprawy, zarówno tragarze, jak i ich rodziny, są teraz zapewne bardziej obyci z turystami, ale w tamtych latach byli mocno przerażeni, zaciekawieni czy też skonfundowani obecnością „innego” niż oni człowieka. Szokowały ich dziwne przedmioty (przykładowo długopis), oficjalną monetą dla nich były muszelki kauri, a stalowa siekiera, mimo iż lepsza, uznawana była przez nich za coś zbędnego (po co im stalowa, skoro mają swoje, kamienne, mimo, że ich produkcja zajmuje im mnóstwo czasu), natomiast za pomocą drewnianego patyka potrafili użyźnić pola na wzgórzach, tak, że z czasem zaczynały wyglądać jak najlepsze alpejskie winnice. Z kolei mężczyźni plemienia Wano stroili się w kolorowe pióra by okazać szacunek, jedli surowe myszy wraz z sierścią, a kobiety nie wiedzieć czemu smarowały się tłuszczem. I pewnie czynią to do tej pory, jeśli jeszcze nie dopadła ich cywilizacja. 

Książka Harrera to bardzo dobre świadectwo przepaści, jaka dzieli cywilizację od pierwotności. Dziewicza natura wkomponowana w to wszystko dopełnia obrazu, a przeżycia Harrera, którym ledwo uszedł z życiem dodają szczypty grozy. W Niemczech książka wydana została w 1963, u nas w 2015, więc z naszej perspektywy ta wspomniana przepaść może wydawać się jeszcze głębsza. Polecam.

Heinrich Harrer „Wracam z epoki kamiennej” wyd. Stapis, 2015r.

(zdjęcia pochodzą z różnych stron www)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s