„Wzgórze Psów” Jakub Żulczyk

Udało mi się jakiś czas temu być na spotkaniu z Jakubem Żulczykiem, którego znam jedynie z autorstwa scenariusza do serialu „Belfer”, który ogromnie mi się podobał. Książek tego Pana nie znałam w ogóle, jednak przed spotkaniem (długo przed) nabyłam „Wzgórze Psów”, które zapowiadane było jako podobne w klimacie do serialu. Zaczęłam czytać i wciągnęło mnie na maksa te prawie 900 stron. To doskonała opowieść. Autor jest bardzo sympatycznym człowiekiem, pojawił się punktualnie w spodenkach i t-shircie, a całe spotkanie przebiegło w miłej atmosferze. Opowiadał o wielu rzeczach, odnosił się do poprzednich swoich książek (których nie znam), ale też sporo mówił o „Wzgórzu Psów”.  

Dla mnie ta powieść jest kwintesencją polskiej prowincji, polskości w ogóle, a dodatkowa groza spowijająca całą opowieść, tajemnice poszczególnych rodzin zamieszkujących „mroczne” miasteczko na Mazurach – Zybork, dodają klimatu i smaku. I nie, wcale nie jest to powieść za długa. Autor podkreślił nawet, że było tej treści dużo więcej, ale musiał jednak z niej zrezygnować… (inaczej powstałaby książka na miarę „Sagi o Ludziach Lodu” :))  Dla niego wszystko w tej powieści toczy się dokładnie tak, jak ma się toczyć, tak jak sobie to wymyślił. Bohaterowie mówią takim językiem, jakim potrafią, jakim chcą, jaki do nich pasuje. Przeklinają, przeinaczają słowa, czasem szyk zdania jest dziwaczny, ale Żulczyk zastrzegł sobie, aby korekta nie dotyczyła dialogów, bo one wychodzą z postaci, z których każda jest inna. I ten wstęp, który od razu sprawił, że „poczułam” tę książkę bardzo mocno.

18221575_1900219676858157_3637508868710381574_n

Dokładnie tak jest. Wciąż to samo gówno. To samo zło, które oblepia. To samo gówno, które w każdym małym, zapyziałym miasteczku będzie zawsze. Duże miasta wcale lepsze nie są. W nich też jest pełno gówna. Z takiego właśnie dekadenckiego, dużego miasta przyjeżdża do Zyborka Mikołaj ze swoją żoną Justyną. Mikołaj ma tu ojca i brata Grześka, któremu żona przez gównianą plotkę zabiera dzieciaki i nie pozwala się z nimi widywać. Grzesiek to prosty chłopak, którego zasób słów właściwie mógłby się zawierać tylko w kilku „kurwa, chuj, spierdalaj”. Ale nie dziwi mnie to. Facet ciężko haruje, niczemu nie zawinił, a niestety obrywa od losu (świetna postać, tak w ogóle).

W miasteczku giną ludzie. Znikają, nie wiadomo dlaczego. Żona Mikołaja, Justyna – dziennikarka, uwikłana niegdyś w romans ze swoim szefem, próbuje odnaleźć się w tej zapadłej dziurze i chwyta się tematu jak tonący brzytwy, próbując zająć czymś głowę i jednocześnie spróbować rozwiązać sprawę tych nagłych zniknięć, oraz śmierci. Kogoś znaleziono w lesie, poturbowanego, ze śladami mięsa w ustach, które dziwnym trafem ma to samo DNA co ów mężczyzna, ale on nie ma na sobie większych ran, które sugerowałyby, że się ugryzł. Okazuje się jednak, że zaginął też jego syn… Mamy też pożar, zaginięcie księdza… Wszystko jest owiane tajemnicą, nikt nic nie wie, nie mówi. Co będzie dalej? 

Mikołaj nie cieszy się z pobytu w Zyborku. Spędził tu dzieciństwo i młodość, potem wyjechał do Warszawy, by zostać kimś, napisał nawet książkę, ale teraz pisanie mu nie idzie, potrzebuje pieniędzy, jest na rozdrożu. Czy coś osiągnął w życiu? Ma trzydzieści lat i co? „Gdy w wieku trzydziestu lat wraca się do punktu wyjścia, to znaczy, że zmarnowało się życie. Że jest się trupem. Miałeś, kurwa, tyle czasu.” W Zyborku spotyka tych, którzy zostali, ale czuje, że nie jest już wśród swoich. „Ludzie znikają nawzajem ze swojego życia. Tak ma być. To naturalne. Z jakiegoś powodu się skasowaliśmy, więc teraz nie udawajmy, że się znamy, rozumiemy i mieszkamy na tym samym świecie, że mówimy tym samym językiem.” A kiedyś mówili. Świetne w tej książce są retrospekcje Mikołaja, który pobranewspomina czasy szkolne, swoją wielką miłość do niejakiej Darii, która ginie tragicznie. Tamte czasy to też beznadziejna rzeczywistość, beznadziejna, ale bardziej beztroska, choć do pewnego momentu. Do momentu śmierci Darii. Ważne są też inne postaci, jakie poznamy w retrospekcjach m.in. Gizmo, który stoczył się i ćpa co popadnie, a w gruncie rzeczy byłby dobrym człowiekiem, tylko ta dziura, ten brak perspektyw go przytłoczył za bardzo. „Jest moment, gdy chce się na poważnie, gdy chce się, by sytuacja, w której się jest, do czegoś prowadziła. Pragnie się mieć przynajmniej złudzenie kontroli; czuć, że zaciśnięte pięści są czegoś pełne, nawet żwiru”.

W retrospekcjach przenosimy się do roku 2000, nostalgicznie przedstawionego przy pomocy muzyki (Kaliber 44 i album „Księga Tajemnicza. Prolog”: „Podaj mi dłoń i podaj mi rękę… Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma, Czemu oczywiste dla mnie jest, że Ciebie nie ma, Bądź a klęknę!”; Nomeansno, The Doors, Cocteau Twins etc…), Jak sam powiedział na spotkaniu, często muzyka w książce jest niesamowitą dekoracją przedstawionych czasów. Od razu łapiemy tamten klimat, przypominamy sobie pierwsze papierosy przy punkowej muzyce, dyskoteki, nagrywane kasety, słuchanie ich wspólnie z dziewczyną – zupełnie jak bohaterowie. 

Mogłabym pisać o tej książce i pisać, ale nie umiem tak jakbym chciała… Powiem po prostu to, co mi do głowy przychodzi po lekturze: jest w niej wiele o nas samych, o naszej rzeczywistości, mentalności, charakterach, o tym całym gównie, którego udajemy, że nie widzimy, a jeśli widzimy, to przez chwilę i potem wracamy do naszego hermetycznego świata, w którym otulamy się kocykiem, a na obiad przygotowujemy wege-eko-dietetyczne-zdrowe jedzonko, potem biegniemy na fitness, basen, squasha, lub winko tudzież sushi i pierdzielimy całą resztę, bo co nam zostało. Ale to gówno i tak jest.. i będzie. Nie łudźmy się, że zniknie. Żulczyk umie to dosadnie pokazać. Dodatkowo świetnie obrazuje relacje rodzinne, małżeńskie, relacje sąsiedzkie, bywa brutalny i wkurwiony. Przedstawia miasteczko, które po prywatyzacji stało się ruiną, jako sfrustrowane i pesymistyczne, jako miejsce bez przyszłości i nadziei. To może doprowadzić do tragedii. I tylko komiksowy Punisher może tu coś zdziałać –  bo przecież prawo już nic. Pozostała tylko sprawiedliwość wymierzana przez społeczeństwo. A władza? „.. człowiek może rozpierdolić władzę, którą wybrali mu nieżyczliwi, kurwa, sąsiedzi i stare, kurwa, baby!”

I jeszcze ta czwarta część, w której przenosimy się na chwilę do 1930r.

Inni pewnie napiszą o tej książce dużo lepiej, lub też już napisali. Mnie się podobało, po prostu. Starałam się z niej wynieść jak najwięcej dla siebie. Przetrawiać będę jeszcze długo.

Jakub Żulczyk, „Wzgórze psów”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s