„Morderstwo przy Rue Dumas” Mary Lou Longworth

622716-352x500„Miasto świętowało. Jeden z miejscowych piekarzy w podziękowaniu stworzył cukierki zrobione z pasty migdałowej i kandyzowanego melona, pokryte polewą cukrową – nazwał je calisson. Ten cukierek w kształcie migdała miał dla rodziców Marine i wielu mieszkańców Aix z ich pokolenia szczególne znaczenie. W mieście nie ustawały dyskusje, który z cukierników produkuje najlepsze”. 

Zaczęłam od tego fragmentu, ponieważ sentyment się we mnie obudził, kiedy czytałam tę książkę. Jakiś czas temu byłam na obrzeżach Prowansji we Francji i próbowałam tych cukierków, które ogromnie mi posmakowały i przypomniały klimat tamtego regionu. W kryminale M. L. Longworth, która mieszka od lat w Aix-en-Provence, jest taka francusko-włoska atmosfera – część dzieje się właśnie w Aix, a część w regionie Umbrii w Toskanii. Kryminał to dla mnie dość nietypowy, nie ma tu mroku i tajemnicy, do których przyzwyczaiły mnie skandynawskie książki. Przyznaję, że nieco mi tego brakowało i jakoś nie mogłam się dobrze wciągnąć w akcję. Koniec końców czytało się w miarę dobrze, ale nie zachwyciła mnie ta książka jakoś specjalnie. Może to wynika z nieznajomości pierwszego tomu? 

„Morderstwo przy Rue Dumas” jest tomem drugim serii z sędzią Antoine’m Verlaquiem i Bruno Paulikiem, komisarzem policji. Duet ten dopełnia dziewczyna Verlaque’a – Marine Bonnet, której matka pracuje na Uniwersytecie w Aix, na Wydziale Teologii. Dziekan tegoż właśnie wydziału, profesor Moutte, z francuskiego zwany „doyenem”, zostaje zamordowany w swoim gabinecie tuż po ogłoszeniu, iż nie zamierza jednak, jak wcześniej planował, wybrać się w najbliższym czasie na emeryturę, co jest dla wszystkich (zarówno pracowników wydziału, jak i studentów) sporym zaskoczeniem. Ktoś miał przecież zostać jego następcą, na pewno już wielu szykowało się na objęcie ciepłej, dobrze płatnej posadki i na zamieszkanie w niezwykłym apartamencie z basenem. Cóż, dziwnym trafem, okazuje się, że profesor Moutte nagle zmienia zdanie. Dlaczego?

Podczas przesłuchań, ani Verlaque, ani Paulik nie mogą znaleźć żadnego punktu zaczepienia a trzeba przyznać, że przesłuchania te są bardzo skrupulatnie prowadzone, oboje zadają dość konkretne pytania, są spostrzegawczy, co mi się podobało -nie ma tu jakiejś rozlazłości, czy niepotrzebnych dywagacji. Owszem są domysły, jak zawsze, ale w miarę szybko analizowane.

Dziekan Moutte przed śmiercią nie zdążył również ogłosić nazwiska zdobywcy prestiżowego stypendium Dumasa, co było najbardziej wyczekiwanym momentem przez dwóch studentów: Yanna i Thierry’ego (choć jak się okaże później, nie tylko przez nich). Gdyby nie oni i ich niecierpliwość oraz chęć zdobycia teczki z nazwiskiem laureata –  śmierć Moutte’a nie byłaby tak szybko odkryta. Ale przez to, oni też staną się podejrzanymi. Czy słusznie?  

Sama intryga kryminalna zaskakuje zarówno swoim rozwojem, jak i zakończeniem. To mi się podobało. Podobały mi się te wszystkie „okołośledcze” detale, czyli jakie, by tu wino kupić na kolację, opisy kolejnych słodyczy np. „canelés” – „Rozerwał opakowanie i wgryzł się w miękki środek przysmaku, zrobiony z rumu i wanilii. Ciastka były doskonałe, z wierzchu chrupkie i karmelizowane, wewnątrz chrupkie i karmelizowane”, a także dokładne opisy miejsc i architektury miasta, co mnie nie dziwi skoro autorka mieszka od 1997r. w Aix-en-Provence. Postaci też są dobrze opisane. Verlaque ma jakieś tajemnice  z przeszłości, Paulik z kolei fajną żonę i córkę, a Marine jest piękną, dobrą, kochającą ludzi kobietą. 

Irytowały mnie trochę fragmenty, w których studenci debatowali na temat kościoła klunickiego i kościoła cystersów (co było dla mnie dość nudne i ciężkie do ogarnięcia), ale rozumiem, ze teologia łatwą nauką nie jest. Brakowało mi troszkę tłumaczeń niektórych francuskich słów (ja akurat znam dobrze ten język, mam z nim na codzień do czynienia w pracy), ale dla kogoś kto nie orientuje się w słownictwie francuskim problemem może być choćby „le psy”, „rillette” czy „prépa”. 

Ogólnie zadowolona jestem z lektury, choć nie pieję z zachwytu. Niemniej jednak polecam, bo to zawsze coś innego, niż te mroczne kryminały ze Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. Krew się tu nie leje, psychopatów nie ma, ale jest ciekawie, trochę „luźniej” i inaczej. Warto spróbować. Pierwszy tom nosi tytuł „Śmierć w Chateau Bremont” i również ukazał się w tym roku.

„Morderstwo przy Rue Dumas” M.L. Longworth, tłum. Małgorzata Trzebiatowska, wyd. Smak Słowa 2018.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “„Morderstwo przy Rue Dumas” Mary Lou Longworth

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s