„Ani złego słowa” Uzodinma Iweala

DSC06654

„Tamten ja w lustrze, czerwone oczy pływają w cieczy, wyłażą mu z twarzy. Co za straszliwie brzydka twarz, z tymi otwartymi ustami i wielkimi, rozchylonymi wargami, z których cieknie ślina. Zamknij usta, nie bądź Bambo, mawia ojciec, nie bądź Bambo z wielkimi warami, ale nie wiem co to ma znaczyć. Brzmi słodko i milusio, ale kiedy widzę się w lustrze, wiem już, co to znaczy, i nie mogę na to patrzeć. Idiota. Obrzydliwość. Nie ja. Nie syn mojego ojca. Nic. Nikt dla nikogo. Zbok”.

Tak Niru widzi siebie. Obrzydliwie, powiecie? Chłopak nie ma wiary w siebie? Nie. On ją dopiero w sobie budował, ale nie udało mu się. Dlaczego? Odkąd Niru zrozumiał, że nie pociągają go w ogóle dziewczyny i że jego orientacja seksualna jest inna niż „normalnie” przyjęta, życie chłopaka zmienia się w jeden wielki chaos emocjonalny, w którym najmocniejszym uczuciem, jakie okazują mu rodzice staje się wstyd. Pada dużo słów. Za dużo złych słów, które ranią, bolą i zmieniają jego postrzeganie siebie.

Cała rodzina Niru pochodzi z Nigerii, ale od dawna mieszka w Stanach. Niru jest ambitnym studentem college’u, chce iść na Harvard. Zdolny, pracowity, sumienny. Ma koleżankę Meredith, z którą się przyjaźni. Dziewczyna jest w nim zakochana, ale pewnego dnia poznaje prawdę, że Niru jest gejem. Jest w szoku, ale nie zostawia go, chce mu pomóc. Nadal będzie dla niego oparciem, ale jednak coś się zmieni, co w konsekwencji doprowadzi do tragicznego finału. Niemniej jednak, ten finał mimo, że tragiczny i niesprawiedliwy z jednej strony, dla mnie oznaczał pewnego rodzaju wyzwolenie Niru. Pomyślałam sobie, że on teraz czuje się już lepiej. Swobodniej. Może być wreszcie sobą. Uwolnił się od stłamszenia, od krytyki, od wstydu i niechęci okazywanych przez własnych rodziców, od swojego rozchwiania emocjonalnego między tym, kim jest, a tym, kim mógł być, kiedy poszukiwał tożsamości i błądził po omacku gdzieś po imprezach z Meredith i po nowojorskich klubach.

Ojciec Niru, który jest tu jedną z ważniejszych postaci, to bogaty przedsiębiorca, który nie może pozwolić sobie na to, by inni powiedzieli „Jak to, Twój syn jest gejem??” Jego głęboka wiara w Boga i tradycyjne, konserwatywne poglądy nagle zostają postawione wobec tak szokującego obrotu sprawy. Ojciec za wszelką cenę chce wyleczyć syna z homoseksualizmu, wypędzić z niego zło i zespsucie. To dlatego zabiera go do Nigerii, do  swojego dawnego domu, gdzie przy pomocy nigeryjskiego pastora i jego „czarów” ma nastąpić „odnowa duchowa”. Ale to tak nie działa. Natury człowieka nie oszukasz. Sam Niru mówi „Mogłem pójść do kościoła w niedzielę i błagać o wybaczenie za to, że na chwilę uległem zbłąkanym myślom, i prosić o siłę, bym mógł oprzeć się zawsze obecnej pokusie. Nikt by się nie dowiedział. To nie byłoby tchórzostwo. To nie byłaby ucieczka. To byłby podręcznikowy przykład wybrania trudnego dobra, a nie łatwego zła”. To bycie sobą jest złe? Owszem, często. We współczesnych czasach nawet bardzo złe (to mnie przeraża, szczerze mówiąc, taka nienawiść ludzka i obrzydzenie wobec osób „innych”…).

Ta książka jest bardzo odważna i mocna. To nie tylko opowieść o braku tolerancji wobec osób o innej orientacji seksualnej, ale również o nietolerancji w ogóle: czarnych wśród czarnych, czarnych wśród białych, wierzących wśród niewierzących. Tyle tu jest różnych niuansów, detali, które pokazują, jak ciężko jest w ogóle żyć w społeczeństwie mając takie czy inne pochodzenie, naturę, kulturę, pieniądze lub ich brak. To również książka o tym, jak trudno jest być dzieckiem i jak ciężko jest być rodzicem. Najsmutniejszym zdaniem, jakie wypowiedział Niru w tej książce jest dla mnie to zdanie: „Czasem zastanawiam się, czy moi rodzice mnie lubią”. Zostawię bez komentarza, bo to mnie rozwaliło na kawałki. Mówi też: „Czasami gapię się na rodzinę, która mnie posiada, i marzę o tym, żeby być kimś innym, mieć białą skórę i możliwość bezkarnego powiedzenia matce i ojcu, żeby się odpierdolili”. Wzruszające są sceny finalne z ojcem Niru, który próbuje walczyć o sprawiedliwość i odnaleźć się w tym wszystkim, co się wydarzyło. I tutaj ważna okazuje się potęga słów. Bo te, najpierw niszczą życie Niru, ale potem mogłyby je, metaforycznie choćby, uratować.

Dodatkową, ważną kwestią poruszoną w tej książce jest brutalność policji amerykańskiej i jej niechęć wobec czarnoskórych, którzy są, według nich, z gruntu źli i na pewno są przestępcami. Wszystko to na zaledwie 262 stronach.

Uzodinma Iweala jest młodym, nigeryjskim pisarzem, mieszkającym w Nowym Jorku, skończył Harvard i otrzymał szereg prestiżowych nagród za debiutancką powieść „Bestie znikąd”, którą również chciałabym przeczytać. „Ani złego słowa” ma premierę 18.09 nakładem Wydawnictwa Poznańskie – bierzcie i czytajcie, bo warto.

„Ani złego słowa” Uzodinma Iweala, tłumaczenie Piotr Tarczyński, Wyd. Poznańskie 2019.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.