„Chata na krańcu świata” Paul Tremblay

91703940_2819088941473881_7229989530512654336_o

Książka miała trzymać w napięciu, a tak naprawdę to miałam ochotę ją pod napięcie włożyć, żeby coś w tę opowieść weszło. Nie wiem, może ja jestem za stara, albo za głupia na takie historie, ale nie czułam tu ani grozy, ani żadnego klimatu nadchodzącej apokalipsy, która w założeniu miała być głównym tematem tej książki. Podobało mi się za to coś innego, a mianowicie przedstawiona tu w bardzo normalny sposób rodzina, która składa się z dwóch tatusiów i adoptowanego dziecka. To bardzo rzadki przypadek, by w książkach pojawiały się rodziny homoseksualne, w dodatku z adoptowaną dziewczynką, i to z Chin!

Mała Wen wraz ze swoimi tatusiami właśnie wyjechała na kilka dni na obrzeża stanu New Hampshire, do chatki, która znajduje się na całkowitym uboczu, by tatusiowie mogli się zresetować, odpocząć od pracy, pobyć na tak zwanym „biwaku” bez dostępu do internetu, bez zasięgu – słowem jak najdalej od miasta, ludzi i obowiązków. Wen jest spokojną dziewczynką, kocha obu tatusiów: Erica i Andrew. Oni obaj też się kochają, lubią ze sobą przebywać, szanują się i pasują do siebie. Pewnego dnia, kiedy Wen łapie do słoika swoje ukochane pasikoniki, zaczepia ją młody mężczyzna, który pojawia się znikąd. Leonard wydaje się sympatyczny i niegroźny i choć Wen wie, że nie powinna rozmawiać z nieznajomymi, zaczyna się z nim bawić i przekomarzać. W pewnym momencie Leonard mówi dość tajemnicze rzeczy o tym, że tatusiowie Wen muszą podjąć ważne decyzje, by ocalić świat, i że koniecznie muszą wpuścić go do domu jego wraz z  jego przyjaciółmi, którzy zaraz przyjdą. Po prostu nie ma innej opcji. Tak musi być. Inaczej stanie się coś bardzo złego. 

Wen ucieka do domu. Zaczyna się bać, chce ostrzec tatusiów. I o ile do tego momentu napięcie rosło, i będzie rosło jeszcze przez chwilę, dopóki Leonard i jego znajomi, (których jak się okaże, tyle co poznał na portalu społecznościowym) nie wedrą się do chatki, to potem to napięcie kompletnie oklapnie, a akcja przetykana jakby na siłę jakimiś retrospekcjami i wspomnieniami, stanie się byle jaka i trochę moim zdaniem niedopracowana. Ciekawiło mnie w sumie jakie to decyzje muszą podjąć Eric i Andrew, co się dalej wydarzy (a krew lała się gęsto) i o co w ogóle chodzi z tą apokalipsą -przyznaję jednak, że się zmęczyłam czytając tę książkę i właściwie nie wiem, po co powstała.

Zamysł jest ciekawy, jednak wizja końca świata, jeśli nie zrobimy tego czy tamtego, poświęcenie dla dobra ogółu, by ocalić innych to już bardzo dobrze ograne tematy i tutaj nie zrobiły na mnie wrażenia. Bardziej śmieszyły. Porównanie czterech nieznajomych do czterech jeźdźców apokalipsy byłoby może udane, gdyby nie nijakość tych postaci i niewyjaśnione do końca motywy ich zachowania, oraz dziwnych rytuałów, do jakich zaczyna dochodzić w chatce. Przybysze twierdzą, że wcześniej mieli takie same wizje, że zmuszono ich do przekazania pewnych informacji właśnie Ericowi i Andrew, ale dlaczego akurat im? Skąd te wizje, czy to od Boga, czy nie, czy to Bóg ich zmusił i dlaczego akurat wybrano ich? To wszystko jest dziwne, choć może takie miało być? Nie wiem. 

To książka, którą nie wiem nawet jak określić, bo ani to horror, ani thriller, ani powieść grozy… Jedyne co czułam podczas lektury, to obojętność, choć początek był całkiem niezły. Nic mi ta książka nie dała. Już nawet nie pamiętam zakończenia.

„Chata na krańcu świata”, Paul Tremblay, tłumaczenie Paweł Lipszyc, Wydawnictwo Vesper 2020

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.