„Mój Michael” Amos Oz

„W zimie Jerozolima zna jasne, słoneczne soboty. Niebo przybiera odcień, który nie jest błękitem, lecz intensywnym, głębokim indygo, jakby morze wzniosło się i dnem ku górze zawisło nad miastem. Ta jaskrawa przejrzystość, wyszywana chórami rozswawolonych ptaków, skończenie świetlista. Odległe budynki, gaje, wzgórza zdają się drżeć nieprzerwanie. Przyczyną tego zjawiska jest parująca wilgoć, tak mi wyjaśnił Michael. W takie soboty jemy wczesne śniadanie i wychodzimy na długi spacer. Opuszczamy ortodoksyjne dzielnice i wędrujemy daleko, do Talpijot, do Ein Kerem, do Malchy, do Giwat Szaul. W południe odpoczywamy w jakimś lasku, zjadamy to, co wzięliśmy na drogę. Wracamy do domu pod wieczór, pierwszym autobusem po zakończeniu szabatu. Są to spokojne dni. Chwilami wyobrażam sobie, że Jerozolima otwiera się przede mną i wszystkie jej zakamarki zalewa światło. Nie zapominam, że niebieski blask to złudzenie. Ptaki odlecą. Ale ja przecież już umiem się wyrzekać. Unosić na wodzie. Nie sprzeciwiać.

Chana, młodziutka studentka literaruty hebrajskiej przypadkiem poznaje Michaela, studenta geologii na uniwersytecie w Jerozolimie. Ich pierwsze spotkanie, obopólna fascynacja i chęć bliskości prowadzą w krótkim czasie do małżeństwa. Wydaje się, jakby ten ślub był zawarty w pośpiechu, bez większego zastanowienia, chociaż niby oboje tego chcą i zależy im na sobie. Porozumiewając się krótkimi, często dziwnie niezrozumiałymi dla siebie zdaniami, próbują ze sobą rozmawiać, ale cały czas ma się wrażenie, że nie potrafią się zrozumieć. Coś ich ku sobie popchnęło, narodziło się gdzieś przecież uczucie, ale wspólne życie staje się totalnie zwyczajne. Rodzi się dziecko, Michael skupia się na pisaniu swojej pracy doktorskiej, wydaje się być podobny do jednej ze skał, których erozję bada. Jest spokojnym, dość przeciętnym człowiekiem, trzymającym się swojej pasji, natomiast Chana zaczyna pragnąć czegoś więcej. Pragnie, by się coś działo, by życie było jak pożar, jak lawina uniesień, by nie polegało tylko na oglądaniu telewizji, na marzeniach o pralce elektrycznej czy większym mieszkaniu, na oglądaniu bezpłciowych ubrań swojego nijakiego męża (bo tak go odbiera). Czasem wydaje się, jakby chciała zatracić się w rozkoszy, bólu, takim do krwi i mięsa, a dostaje jedynie przelotne muśnięcie ręki, albo oschłą odpowiedź.

Jej nastawienie do życia, pesymistycznej, szukającej nie wiadomo czego i wiecznie narzekającej kobiety doprowadzało mnie do ogromnej irytacji. I teraz, albo Amos Oz ma totalną zdolność tworzenia bohaterów denerwujących i męczących (co byłoby w pewnym sensie sztuką), albo uczynienie kobiety narratorką stało się ponad jego siły. Nie dawałam rady, czytałam tę książkę bardzo długo, bo musiałam odpoczywać od ciężkiego stylu autora. Na okładce napisane jest, że Oz „mistrzowsko maluje postępujący rozpad małżeństwa”, jednak według mnie to przerost formy nad treścią. Nie znam jego poprzednich książek, więc też kompletnie obcy mi jest styl jego pisania, ale już wiem, że się z Amosem Ozem nie polubimy.

Niektóre fragmenty były piękne i były to takie fragmenty, w których Chana opisywała codzienność, spotkania z rodziną, z teściem, opisy Jerozolimy lat pięćdziesiątych chwytały mnie gdzieś za serce:

„Jerozolima to smutne miasto, ale w każdej godzinie i porze roku jest smutne innym smutkiem”.

„Labirynt prowizorycznych budynków, magazynów, baraczków i płotów, które z tłumioną wściekłością wspierają się o szare kamienne domy, kolorem zbliżone chwilami do błękitu, chwilami do czerwieni. Pordzewiałe blaszane rynny. Szczątki ścian bez domu. Zacięta, niema walka między kamieniem a upartą roślinnością. Puste posesje pełne śmieci i ciernistych krzaków. A zwłaszcza szaleńcza gra światła: wystarczy, że chmura na moment rozdzieli zmierzch i miasto, a już Jerozolima jest inna”.

I tu faktycznie widzę, jak Amos Oz maluje słowem. Takie opisy mogłabym czytać cały czas. I jest ich tu więcej, z tym, że to nie książka o mieście, a o małżeństwie, których na świecie jest przecież wiele. Bardzo podobnych zapewne, w których albo jedna, albo obie strony się nie odnajdują, próbują wzajemnie się poniżać, nie potrafią się zaspokoić w żaden sposób. Tak jak w małżeństwie Chany i Michaela, w którym każdy dzień jest taki sam, albo przynajmniej podobny. „Mój mąż i ja jesteśmy jak dwoje obcych ludzi wychodzących razem z przychodni po nieprzyjemnym zabiegu: oboje zażenowani, czytają w swoich myślach, czują zawstydzającą i niewygodną bliskość, ze znużeniem szukają odpowiedniego tonu, w których będą odtąd z sobą rozmawiać”. Faktycznie Oz pokazuje tę destrukcję związku, ale nie jest to łatwe w odbiorze. Przynajmniej dla mnie nie było, już pomijając tę wnerwiającą kobietę, która często ucieka też w jakieś wyimaginowane historie, marzenia senne…. I pomyśleć, że pod koniec książki ma ona 25 lat!!? a ma się wrażenie, jakby była już mocno sterana i zmęczona życiem…

Gdyby ta powieść w całości była napisana prościej, bez tego (według mnie) często przerostu formy nad treścią, byłabym może zachwycona. A tak … jestem zmęczona, poirytowana i zła, że zajęło mi to tyle czasu. Nie wiem, normalnie bym tę książkę odłożyła, ale jest to egzemplarz do recenzji, który sama sobie wybrałam, więc czuję się zobowiązana, by jednak coś napisać.

Powiem krótko: pomijając już charakter i podejście do życia głównej bohaterki, zamysł dobry, podobało mi się wybiórczo, końcówki nie zrozumiałam w ogóle, a kompleksowo całej powieści mówię zdecydowane: nie.

„Mój Michael” Amos Oz, tłumaczenie Agnieszka Jawor-Polak, wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis, 2020

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.