„Zdrój” Barbara Klicka

„Myślę: trzeba mnie było zapytać, tobym jej powiedziała, że nic we mnie nie ma, tylko zwiędłe paprotki, lodowe wydmy i kra.”

Och, cóż to była za zaskakująca powieść. Z jednej strony podobała mi się bardzo, ze względu na „płynność” treści, to się tak czytało, że ach, ale z drugiej strony chyba troszkę się to przedobrzyło i zabrnęło w jakiś zaułek, gdzie nie wiadomo już było czy wrócić, czy brnąć… Jakoś trochę zachwyt a trochę rozczarowanie.

Bohaterka książki, Kama, ma bodajże 33 lata, o ile dobrze pamiętam, i zostaje skierowana do sanatorium ze względu na chorobę nowotworową, na tak zwaną pooperacyjną rehabilitację. Jest skierowanie z ZUS zatem skorzystać MUS. Sanatorium okaże się miejscem jak z piosenek o Ciechocinku. Jaki tam klimat! Kilkuosobowe sale, wiecznie gadający telewizor podwieszony pod sufitem, pod którym akurat łóżko dostaje nasza bohaterka, współlokatorki sanatoryjne nastawione na podryw, szaleństwo i złote łańcuszki zostawiane w Licheniu. Gdzieś po drodze lekko zboczony masażysta, w międzyczasie tak zwanym, dziwna lekarka, która u bohaterki wypatruje ni z tego ni z owego ciążę, a do tego „cudowne” zabiegi, kąpiele i całe to „bujne” życie sanatoryjne rodem z PRL, podobnie jak i wystrój uzdrowiska. Ploteczki i obgadywanie, kto jest skąd, kto ma dziecko, kto nie ma i dlaczego wtedy jest gorszy, a jeśli w ogóle przyjechał z Warszawy to katastrofa i niedobrze, no bo to Warszawka… Kama myśli „Myślę: nigdy w życiu nie wstydziłam się miasta. Jak się można wstydzić miasta? Co to jest wstyd za miasto? „

Gdzieś w te wszystkie obrazy z życia w sanatorium, Kama wplata swoje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to przebywała w domu dziecka, i teraz wychodzą te wspomnienia gdzieś na wierzch, snują się z nią, tak jak ona nocą po korytarzach uzdrowiska. Tak troszkę, jakby szukała jak wyleźć z tej swojej samotności, która ją dopadła. Noc staje się dobrym czasem na rozmowy, na dotyk, przykładowo ze spotkanym pod kaloryferem dziwnym mężczyzną, przesiadującym tam nie wiedzieć czemu i po co. Kama próbuje rozmawiać z kobietami, lekarzami, ze samą sobą – turnus staje się dla niej czymś w rodzaju poszukiwania sensu i głębi w „tym całym” życiu. Nie będzie to dla niej :czarodziejska góra: ale na pewno okazja do obserwacji rzeczywistości i samej siebie.
Gdyby jednak druga połowa książki (zaledwie 138 stron ma całość) była mniej zakręcona i (mam wrażenie) bez pomysłu na ciąg dalszy, mogłaby to być naprawdę dobra powieść „że tak powiem” (-> to akurat wyrażenie, którego bardzo często używa Kama w swoich wypowiedziach).

„Nie jest to środek lata, myślę, ale mimo to walizka jest za ciężka. Leży teraz w autobusowym bagażniku i niby nie należałoby się martwić jej wagą, ale jak się nie martwić, skoro nikt nie będzie czekał na przystanku, a w niej są kalosze, płaszczyk, piętnaście par skarpet, odpowiednia liczba swetrów, strój gimnastyczny, kostium, czepek, klapki, wszystko, co pensjonariuszce może być potrzebne przez trzydzieści dni pensjonariuszowania. Jesienią. Myślę: tak to właśnie będzie wyglądać, tak to właśnie jest, będą mnie okładać okładami, masować, wieszać i gnieść, a potem spakuję się, żeby wrócić, walizka będzie za ciężka, same kalosze ważą tyle, ile mi wolno unosić, ale jakoś trzeba przecież wrócić, więc się spakuję do tej walizki, a po drodze będą schody i całe trzydzieści dni, żadna perełkowa kąpiel, cała borowina świata nie wygra z moim jesiennym bagażem. Myślę: może nadam tę walizkę pocztą przed powrotem, wrócę do siebie, w skrzynce znajdę awizo, nie przestraszę się go, bo będę wiedziała, że to walizka na poczcie i nie ma się czego bać, zadzwonię do brata albo do wszystko jedno kogo, byleby miał samochód lub mięsień i trochę czasu, ktoś mi przywlecze ten bagaż na kwadrat, ja się uśmiechnę, trochę się z siebie ponabijam, że kaleka, postawię piwo albo kawę i będzie po sprawie. Autobus mnie kołysze, poprawiam dmuchaną poduszeczkę w kształcie nieco zbyt zakręconego banana, którą mam zainstalowaną na szyi, myślę: jeszcze tylko dwie godziny i będę na miejscu, świat nie jest taki duży.”

Mogło być lepiej, ale wyszło tak sobie, mimo to nie żałuję lektury. Powiew nowego, choć według mnie nie do końca dopracowany.

„Zdrój” Barbara Klicka, wydawnictwo W.A.B. 2018.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.