„Houston lecimy!” Paul Dye

Jestem dziś w trakcie oglądania transmisji na kanale Youtube NASA ze spaceru kosmicznego Kate Rubins i Victora Glovera, którzy wyszli z ISS w przestrzeń kosmiczną, by ulepszyć (zrobić upgrade) jeden z paneli słonecznych stacji. Nie wnikam w to, co robią konkretnie, bo i tak nie znam się na tym w ogóle. Fascynuje mnie sam widok i wydarzenie. Fascynuje mnie to, jak długo trwało, zanim opuścili śluzę (airlock) w ISS, to jak długo zakłada się specjalny skafander do czynności podczas EVA (Extra – Vehicular Activity), fascynuje mnie to, o czym rozmawiają, jak wiele procedur należy odhaczyć, by wszystko powiodło się z sukcesem. Wszystko musi „checked”. Coś niesamowitego, ta cała otoczka kosmiczna, a do tego ich wiedza jako astronautów, mechaników, odwaga i matematyczna precyzja mnie powalają. No i fakt, że kobieta działa tam dzisiaj przypięta linką do stacji to już w ogóle… (zresztą w NASA jest dużo kobiet, i to jest super!)

I tak nawiązując do tego, co oglądam, to wiele rzeczy wyłapuję (albo wydaje mi się, że rozumiem ;)) właśnie po lekturze książki. Łączenie się z MCC (czyli Mission Control Center) w Houston i widok tych wszystkich biurek z monitorami – jakże inny teraz od tego, co opisuje Paul Dye… wszystko wyglądało zupełnie inaczej jakieś 30-40 lat temu. Niesamowite. Sam autor przeszedł długą i wieloletnią drogę kariery w NASA, gdzie znalazł się właściwie przypadkiem. Od zawsze interesowały go bardziej kwestie lotnicze: samoloty i ich konstruowanie, ale kiedy na studiach otrzymał okazję stażu w Nasa, nie zawahał się, chciał spróbować i został tam aż do emerytury, awansując na kolejne szczeble kariery dzięki swojej przeogromnej wiedzy, umiejętności analitycznego myślenia, skupienia i ciężkiej pracy przede wszystkim. Niewyobrażalnym dla mnie jest wchłonięcie takiej ilości informacji dotyczących praw fizyki, mechaniki orbitalnej, budowy wahadłowców, astronomii, matematyki i tych wszystkich procedur na milion pięćset stron maszynopisu….No a aby zostać tzw. Flight Controler czy już Flight Director, czyli głównodowodzącym dyrektorem lotów w NASA, należy jeszcze umieć połączyć wiedzę z tych wszystkich dziedzin, aby misja w którą jest się zaangażowanym (a Paul Dye był zaangażowany w 39 misji) nie stała się katastrofalna w skutkach. „Ktoś porównał kiedyś dyrektora lotu do dyrygenta orkiestry – nie byliśmy wirtuozami poszczególnych instrumentów, ale z kazdego udałoby się nam wydobyć dźwięk, a co najważniejsze, wiedzieliśmy, jak mają brzmieć razem, gdy gra się na nich dobrze”.

Ta książka nie jest łatwa w lekturze. Szczegółowość w opisach budowy wahadłowców, które NASA wynosiło w kosmos w ciągu wielu lat może zniechęcić, ale doceniłam to, że Paul Dye dzieli się tą wiedzą z czytelnikami tak po prostu. Również rozdziały, gdzie objaśniane są różnego rodzaju skróty, którymi posługują się pracownicy NASA mogą być męczące, ale dla mnie było to przeciekawe, choć faktycznie trudne do zapamiętania jak na pierwszy (czy nawet piąty) raz. Niemniej jednak, wiem już co oznacza Capcom, FCR, MCC i EVA (wymienione wyżej), EECOM, MMACS, czy też Sim Supa albo FIDO. Fascynujące to wszystko jest dla mnie i zupełnie z innego świata. Warto wychodzić ze swojej strefy komfortu i zagłębiać się w coś nieznanego…a z tej książki można się dowiedzieć tylu rzeczy…. Przede wszystkim poznajemy obraz pracy w NASA: jak wygląda nabór na różne stanowiska, kto jest za co odpowiedzialny (a uwierzcie, tych osób jest mnóstwo!), jak mniej więcej wyglądają egzaminy i szkolenia (a przynajmniej jak wyglądały w latach 80-90 tych, bo to wtedy Paul Dye rozpoczynał swoją karierę), no i przede wszystkim mamy tu przekrój przez lata misji wahadłowców, przez budowę Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), a wcześniej pracę (jeszcze radzieckiej) załogowej stacji MIR. Paul Dye opisuje to wszystko w bardzo interesujący sposób biorąc pod uwagę sam rozwój Nasa i historię rozwoju technologii, choć nie ukrywam, że nie czytało mi się tego super płynnie przez cały czas. To głównie ze względu na tematykę, która przecież jest bardzo specyficzna i trudna do „ogarnięcia” dla osoby takiej jak ja, która ma jednak umysł humanistyczny, a nie ścisły. Mimo to, bardzo dużo jest tu też elementów przystępnych dla „normalnego” człowieka, sporo humorystycznych sytuacji, opisy poczty pneumatycznej (sprzed epoki e-maili), opisy lotów i nawet niektóre elementy mechaniki orbitalnej wcale nie były jakieś „kosmicznie” trudne do zrozumienia.

Polecam tę książkę, jeśli chcecie zaznajomić się z taką tematyką, poznać kulisy pracy w NASA, ale przede wszystkim poznać Paula Dye – to przeciekawa osobowość z dużą dozą pokory i odwagi – to też przykład człowieka, który swoją ciężką, naprawdę ciężką pracą doszedł tak daleko… od stażysty do najdłużej pełniącego obowiązki dyrektora lotów NASA.

Czytałam egzemplarz recenzencki, ( sporo literówek, czego nie lubię), a premiera książki 10 marca.

„Houston lecimy!”, Paul Dye, tłumaczenie Stanisław Bończyk, Wydawnictwo MUZA 2021

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.