„Bibliotekara” Lucyna Dąbrowska

„Marta nie może spać. Nie może tez wstać, bo nie ma siły. Nie ma siły zdjąć z siebie kołdry, nie ma ochoty wystawiać swojego ciała na temperaturę pomieszczenia. Woli tkwić w lepkich mackach koszmarów sennych, przynajmniej wie, że to tylko sny. A gdy opuści swój barłóg, nie będzie miała złudzeń, że to rzeczywistość. Wie, że gdy wstanie, szara i zmęczona codzienność wchłonie ją i nie będzie ucieczki aż do wieczora, gdy schowa się w ten pełen koszmarów ciepły kokon swojej kołdry. A jednak musi wstać, iść do kołchozu, poklepywać książki po grzbietach tak jak Donald Trump klepał po tyłkach swoje ofiary. Zazdrości pani Jadzi, że nigdy już nie będzie musiała wstawać, że w ogóle nic nie będzie już musiała. Gdy wsiada do tramwaju, od razu wkłada rękawiczki, by zredukować ilość zarazków na wewnętrznej stronie swojej dloni, którą trzyma poręcz. Spogląda przez brudną szybę, sama nie wie po co, skoro za oknem ma wciąż ten sam widok. Jednak patrzenie za okno uwalnia ją od przymusu patrzenia na ludzi, których los musi dzielić w tym nieszczęsnym tramwaju z brudną szybą. Tak, wzrokiem jeszcze może uciec, gorzej z innymi zmysłami. Wszechobecny zapach kebaba z czosnkiem i trawionego alkoholu wniknął już chyba w siedzenia. A więc jadą ludzie czosnkowym tramwajem do swoich kołchoźniczym obowiązków z przerwą na posiłek regeneracyjny w postaci tego, co kto ma w torbie, lub tego, co kupi od Pana Kanapki na korpoplebejskim ugorze”.

Marta jest samotna, mieszka z kotem i pracuje w bibliotece. Jak widać, nie jest to praca jej marzeń. Wykształcenie dziennikarskie nie za bardzo jej pomogło w znalezieniu czegoś lepszego, przynajmniej tak myślą jej hipsterscy znajomi, którzy kupują obrazy na aukcjach, na weekend jeżdżą do Portugalii, a zamiast kebaba jedzą humus i szaszłyki sojowe. Marta męczy się w tej pracy, cierpi (zapewne) na depresję, lub choćby na zobojętnienie wobec życia, ma lęki, chodzi o psychiatry. Wydawałoby się, że wszystko robi, bo musi, czasem pojeździ rowerem ze znajomymi, poczyta, ale generalnie jest osobą dość introwertyczną, choć bywa asertywna i potrafi tąpnąć nogą w pracy. Niemniej, życie płynie jej, jak pewnie większości naszego społeczeństwa, które żyje od weekendu do weekendu, od wypłaty do wypłaty (która, zbyt wysoka nie jest). Biblioteka tutaj to tygiel różnych osobowości, z reguły takich, które przyprawiają Martę o irytację, ale cóż. Musi z nimi przebywać, pracować, potakiwać, znosić ich wścibstwo. W tym na pozór spokojnym świecie, pewnego dnia Dyrekcja ląduje w Prokuraturze. Dlaczego? i jak dalej będzie wyglądać praca bez Dyrektorki, bez Księgowej?

Lucyna Dąbrowska świetnie przedstawiła w powieści absurdalne przepisy i zasady ustanowione przez Dyrekcję, podległość włodarzom miejskim i „włazidupstwo”. Porozumiewanie się pracowników z Dyrekcją może odbywać się wyłącznie drogą mailową, co rodzi wiele kontrowersji i powodów do plotek, informatyk od siedmiu boleści nie potrafi zrobić nic z komputerami, bo po prostu nie ma takiego wykształcenia ani zielonego pojęcia, a został zatrudniony po znajomości, jak większość pracowników biblioteki, natomiast panie Grażynka i Danusia – koleżanki Marty, dużo starsze od niej, wolą cały dzień spędzać przy kawusi, obgadywaniu innych (nawet czytelników) i snuciu niestworzonych historii, zamiast pracować. Widać, że są pokoleniem prl-owskim, kiedy to zaplecze, kawki, obiadki, ploteczki i narzekania były ważniejsze od obsługi klienta. Czy dzisiaj jest inaczej? Nowocześniejsze biblioteki być może mają nowocześniejszy wystrój i personel, ale podejrzewam, że, jak to w każdej instytucji publicznej, nadal gdzieś znajdują się osoby funkcjonujące w ten sposób (zresztą, nie tylko w bibliotece) a sama hierarchia bibliotecznej nadal bywa równie absurdalny.

Dąbrowska pokazuje tu również zaściankowość ludzką, niewiedzę, a co za tym idzie brak akceptacji i niechęć do czegoś innego, nowego. Poprzez postacie „Bibliotekary” widać, jak bardzo czasem stoimy w miejscu i boimy się pójść dalej, dlaczego? bo nam wygodnie, a nawet jeśli niewygodnie to „system” skutecznie blokuje nasze własne zdanie, naszą indywidualność. „Żadne ciemności nie przykryją jednak nieumytych naczyń na stole i kupy wycofanych, zagrzybionych książek, z których kurz i drobnoustroje wlatują prosto do talerzy, rozprzestrzeniając się w żołądkach i duszach bibliotekarzy. Kto tu posiedzi dłużej, nabiera ziemistych kolorów i zlewa się z linoleum leżącym na podłodze”. Widać też, jak przyzwyczajenie do czynności (kawusia i ploteczki głównie) sprawiają, że ciężko jest niektórym pracownikom wyjść ze swojej strefy komfortu – „to nie należy do moich obowiązków” – tyle, że czasem trzeba zrobić coś, co niestety musi zostać wykonane w przypadku czyjejś nieobecności, a czasem nawet zareagować szybko, bardzo szybko – co pokazuje zakończenie książki (niedopowiedziane trochę według mnie).

Po czytelnikach, jacy przychodzą do biblioteki widać z kolei, jak bardzo pragną TYLKO rozrywki, czegoś co ich przeniesie do innego świata, pozwoli zapomnieć o szarej rzeczywistośći: nie szukają powieści ambitniejszych od Danielle Steel albo szukają tylko lektur dla swoich dzieci. Marta również tym jest zniechęcona, takimi czytadłami, zamawianymi pod dyktando kierownika, który nie sugeruje się potrzebami czytelników… a które to książki potem zwracane są w stanie wołającym o pomstę do nieba: brudne, czasem mokre. Żal patrzeć, że ludzie nie dbają o te, jakby nie patrzeć: dobra kultury, do których mają wolny dostęp. I żal, że nie mogą przeczytać, tego, co faktycznie, by może chcieli.

Smutny to obraz społeczeństwa i instytucji publicznej. Smutny, bo przecież jest to niewielka biblioteka, a niestety władza na jednostkę działa tu opresyjnie i właściwie nie ma tu miejsca na radość życia, na szerzenie wiedzy o literaturze i wspieranie kultury jako takiej. Wszystko jest „prywatnym folwarkiem w rękach lokalnej władzy”, jak jest napisane na okładce ksiażki. Spotkania z pisarzami są nijakie, Dyskusyjny Klub Książki to parodia, a działalność pracowników biblioteki często niewiele ma wspólnego z literaturą. Mimo, że to smutny obraz to napisany ciekawie, często z humorem (bywało, że parskałam śmiechem) – są to krótkie rozdziały, wycinki z dnia pracy, czy też przemyśleń narratorki.

Ciekawa pozycja. Podobała mi się.

„Bibliotekara” Lucyna Dąbrowska, Wydawnictwo Seqoja, 2021.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.