„Żywica” Ane Riel

„Gdy tata zabijał babcię, w białym pokoju panowała ciemność. Byłam tam. Carl też, ale go nie widzieli. Był poranek wigilijny, prószył śnieg, ale tamtego roku nie było białych świąt. Wszystko wówczas wyglądało inaczej. Wtedy rzeczy taty nie zajmowały jeszcze tyle miejsca, by nie dało się wejść do salonu. Mama nie była też jeszcze taka gruba, by nie móc wydostać się z sypialni. Było to natomiast po tym, jak zgłosili, że umarłam, bym nie musiała iść do szkoły. A może przed tym? Kolejność nie jest moją mocną stroną, czas zlewa mi się w jedno. Pierwsze lata życia wydają się trwać w nieskończoność. Teraz ta pani mi mówi, że to dlatego, że człowiek doświadcza wszystkiego po raz pierwszy i robi to na nim wrażenie, a wrażenia zajmują dużo miejsca, tak twierdzi. Rzeczywiście, wówczas w moim życiu wiele spraw zajmowało dużo miejsca. Wielu rzeczy doświadczałam po raz pierwszy. Jak na przykład zabijania babci.”

Już właściwie po przeczytaniu pierwszej strony można mieć wrażenie, że to będzie coś co zostanie z czytelnikiem na dłużej. I choć mamy dopiero początek stycznia, mam poczucie, że „Żywica” znajdzie się w Top 10 roku 2022 przeczytanych przeze mnie książek. Serio! To coś niezwykłego, przerażającego, dusznego, niepokojącego i jednocześnie napisanego pięknym językiem. Narracja prowadzona jest głównie przez 9-letnią Liv, która żyje, a jednocześnie jest martwa. Jak to możliwe?

Rodzina Haarderów żyła na duńskiej wyspie od pokoleń. Początkowo znani ze stolarstwa, a głównie z produkcji trumien, żyli spokojnie w lesie, miejscu dość izolowanym od miasteczka Korsted na duńskiej wyspie. Kiedy urodził się Jens Haarder, a jego ojciec zmarł nagle porażony piorunem, sytuacja zaczęła się komplikować. Brat Jensa opuścił wyspę, nie chciał zajmować się drewnem jak ojciec, pragnął nowych doświadczeń, ludzi wokół. Jens natomiast został na „Głowie” (czyli tej najbardziej wysuniętej i dzikiej części wyspy, oddzielonej od cywilizacji przesmykiem zwanym „Szyją”) i zajął się opieką nad matką oraz „produkcją” sadzonek choinek. Lubił też dłubać w drewnie, czuł je i kochał. Nauczył się wiele od ojca i chciał dalej coś z niego tworzyć. Pamiętał ich noce spędzane w trumnach z tyle co wystruganych świerkowych desek. Tak, dziwne, wiem, ale to z tym wiążą się najlepsze wspomnienia Jensa z dzieciństwa.

Kiedy Jens zakłada rodzinę, rodzą się bliźnięta: dziewczynka Liv i chłopiec Carl. Niestety dochodzi do wypadku i od tej pory Jens zaczyna popadać w pewnego rodzaju szaleństwo. Zamknięty w sobie, małomówny mężczyzna, panicznie boi się kolejnej straty, dlatego coraz bardziej izoluje życie swojej rodziny od innych. Stawia szlaban na terenie swojego domostwa z napisem „Wstęp wzbroniony” (zauważcie, że bez słowa „nieupoważnionym”), a jego totalne zdystansowanie się i maniakalne zbieractwo zaczynają stawać się dziwactwem dla mieszkańców Korsted, ale też zagrożeniem głównie dla żony, która po porodzie stała się tak tęga, że już nie opuszcza łóżka, a do tego traci głos. „Czasami myślę o twoim Tacie jako o motylu, który postępuje na przekór czasowi i właśnie się przepoczwarza. Ale może ja też to robię” – pisze w liściku do Liv jej matka. Jens nie jest pozbawiony uczuć, kocha rodzinę, uwielbia Liv, uczy ja wielu rzeczy, ona z kolei bezgranicznie mu ufa i mu wierzy. Jednak bez dostępu do szkoły i innych prawd, niż te wyrażane przez ojca, dziewczynka nie rozumie wielu kwestii. A Carl?

Mogłabym pisać wiele o tej książce, ale nie chcę zdradzić za dużo. Fabuła wciąga i coraz mocniej szokuje. Autorka wpędza czytelnika w nastrój totalnego oszołomienia i wielu różnych stanów emocjonalnych, bo początkowo wszystko wydaje się być w miarę „normalne”, ale im dłużej czyta się tę powieść, tym bardziej ona zaskakuje, a człowiek odczuwa lęk, złość, bezsilność, choć jednocześnie współczucie i smutek. Tytułowa żywica odgrywa tu ogromne znaczenie, jest lepka, można tak, jak mrówka idąca po „krwawiacym” pniu, obejść jej strumień z boku, ale można też stać się jej więźniem i ugrzęznąć w niej na zawsze, stając się kiedyś bursztynem z pradawną mrówką zatopioną w jego wnętrzu. A Jens kocha żywicę, potrzebuje jej. Do czego?

Wstrząsająca historia. Jak się zakończy?

Ogromnie polecam. Tę książkę znalazłam kiedyś na allegro, za jakieś grosze, kupiłam właściwie w ciemno, choć uwiodła mnie okładka i zaciekawił opis. Warto było. Uważam, że to jedna z takich pozycji, które zostają z człowiekiem na długo, ale są stanowczo zbyt mało doceniane i za słabo promowane.

„Żywica”, Ane Riel, tłumaczenie Joanna Cymbrykiewicz, wydawnictwo Zysk i S-ka, 2020.

1 komentarz do “„Żywica” Ane Riel

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.