poniedziałek

ależ słońce maluje kolory na niebie (gdyby tylko ten słup mi tak w paradę nie wchodził, ale widok z okna taki i co poradzić. zapominam jednak że on tam gdzieś wystaje i chłonę przez kilka minut te kolory), można by powiedzieć „banalny zachód słońca”. można by. ale dla mnie piękny

pogoda iście wiosenna. cmentarne dzwonki komórek, balony, tłumy i hałas nie sprzyjały dziś wyciszeniu. ale zawsze tak jest. z roku na rok chyba coraz gorzej. moda, pierdoły, problem gdzie zaparkować aby się nie nachodzić, kogo by tu obgadać jeszcze.. ech. brakuje czasu na chwilę zadumy, brakuje kultury, nastroju.. staram się zawsze jakoś wyłączyć z tego całego szumu ale dzisiaj się nie udało. jedno babsko chichotało obok, drugie darło się na dziecko, jakiś facet napieprzał przez telefon. zgromiłam wzrokiem ale nic nie pomogło. przykre, że przez takich buraków człowiek nie może w spokoju pomyśleć i powspominać. zawsze wolałam chodzić na cmentarz w jakiś zwykły dzień tygodnia, kiedy pusto i większość ludzi nie pamięta o mega wielkich zniczach i kwiatach.

16.42  i już zapada zmrok – przygnębiające.

niedziela

ależ jestem wypompowana. „zaliczyliśmy” 4 cmentarze w celach porządkowych itp, w tym jeden 60 km za miastem. do tego bliska osoba z rodziny dziś zabrana karetką do szpitala. poza tym jakieś rodzinne afery echem powracają. jezu jak mnie wnerwia coś takiego. ludzie zamiast odpuścić to tak lubią wywlekać, rozdrapywać, jątrzyć, narzekać, a najlepiej jak się człowiek z nimi spotka raz do roku w jakieś święto, czy w w przeddzień święta. ech. w każdym razie korki już dziś okrutne, pogoda za to cudowna, biznes przycmentarny kwitnie jak się patrzy, można nawet balony kupić i watę cukrową. no zajebiście.

książkowo – Prószyński przysłał mi „Dom tysiąca nocy” Mai Wolny, a na allegro znalazłam wreszcie książkę, której od bardzo dawna szukałam autorstwa Jana Kazimierza Dorawskiego „Człowiek zdobywa Himalaje”. Gdzieś wcześniej nie mogłam trafić, a jeśli już była to po jakichś niebotycznych cenach, a tu plum, trafiłam za 10 zł.

Poza tym, może faktycznie trzeba było, żeby Mario Vargas Llosa dostał Nobla, żebym zainteresowała się bliżej jego twórczością. Po ostatnich recenzjach gdzieś na blogach i przeglądnięciu pobieżnie w księgarni jego książek i przeczytaniu jakiejś jednej i pół w ogóle  wcześniej mam ochotę na „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, „Zielony dom”, „Raj tuż za rogiem”, ‚Gawędziarza” a nade wszystko na tą jedną z wątkiem kryminalnym „Kto zabił Palomina Molero”. No mam ochotę. Muszę pogrzebać w bibliotekach, bo na kupowanie się nie zanosi, chociaż Znak pięknie wydaje wszystkie jego książki, i chciałoby się mieć takie ładne wydania na półce. No ale.. trzeba nieco ograniczyć. Mówię tak dzisiaj, a co zrobię  za tydzień albo dwa, nie wiem :)

przerywnik

jesiennie i zimno. katar nadal. ogromna faza na czytanie. zaczynam doceniać polskich autorów. kiedyś w ogóle nie czytałam polskiej prozy prócz Kapuścińskiego i Krajewskiego. teraz sięgam z ciekawości po różne książki. odzywają się do mnie autorzy książek o  których kiedyś lub teraz pisałam z podziękowaniami albo propozycjami. jakie to jest cholernie miłe i motywujące. ale przede wszystkim miłe, że ktoś (i to nie byle kto) te moje ‚wypociny’ docenia.

poza tym kuszą wydawnictwa. kuszą okładki. kuszą targi w Krakowie, ale chyba nie pojadę, bo trochę mi się nie chce. kusi wiele rzeczy. tyle chciałabym przeczytać, ale przecież się nie rozerwę. „Władca równin” Yanes’a piękny choć cegłowaty.  a przede mną tyle cudownych książek jeszcze… ech :)

po powrocie…

mam jeszcze sporo innych zdjęć, ale i tak  wiele z tej przestrzeni, wiatru, szumu wody, zapachów jabłek, lasu, smaku świeżego pomidora prosto z krzaka, obłoków i tęczy trwającej kilka minut zachowam w pamięci. bardzo było mi potrzebne oderwanie się od miasta. ten dzień w takim cudownym miejscu to niesamowita odskocznia od problemów, od życia codziennego. smak ciasta z jagodami i poziomkami prosto z lasu, koszyk grzybów podarowany przez wujka przywieziony do domu, bukiecik polnych kwiatków od chrześniaczki i wspaniały wiejski chleb – to wszystko sprawia że człowiek bardziej docenia małe gesty, drobne szczegóły z życia, chwile i ulotne jak ta dzisiejsza tęcza godziny.  mam spokojniejszą głowę, ponad 100 zdjęć, słońce we włosach i chwile zwyczajnego szczęścia złapane mocno i schowane w myślach.

matkoooooooooo

Ja chcę do Laponii!!!  Z dala od tych pieprzonych upałów i duchoty. Nie znoszę!!!

(zdjęcia gdzieś z netu)

poza tym zirytowały mnie te wszystkie portale społecznościowe. jacyś dziwni ludzie się ‚kręcą’ tak więc ani na naszej klasie, ani fejsbuku już mnie nie ma. w nosie mam. podjadam jakieś czekoladowe ciastka i już mi niedobrze. palę za dużo stanowczo. wczoraj też wypiłam za dużo. ech. i pieprzą mi się priorytety, a ludzie wokół strasznie irytują – chyba upał im zaszkodził na mózg. chociaż w niektórych przypadkach to kto wie co zaszkodziło bo od dłuższego czasu widzę jakieś anomalia w znajomościach. albo do cholery ja się zmieniam na starość i zaczynam znów robić tzw. selekcję. nie wiem. od tego gorąca to mi się myśleć nie chce.