kruca fuks

W serii Biblioteka Gazety Wyborczej ukazała się książka Bartłomieja Kurasia i Pawła Smoleńskiego „Kruca Fuks. Alfabet Góralski”. Wszystkim pasjonatom gór i kultury góralskiej polecam, bo to przede wszystkim ładne wydanie, a treści i do śmiechu, i do zadumy, i do refleksji i w ogóle fajny pomysł… jestem w trakcie lektury – i daję słowo, że było warto kupić.

Fragment:

„Górka

W Zakopanem jest taki zwyczaj, że jak ktoś wie, że za dużo pije, to chodzi ślubować na Górkę, niedaleko dolnej stacji kolejki na Gubałówkę. Czasem pomaga mu w tym żona („Pójdźze, bo do chałupy ci nie dom wleźć”), a niekiedy pracodawca („Wywalimy z roboty, jak nie pójdziesz ślubować”). Na Górce jest obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i przed nim się przysięga, że nie będzie się spożywało alkoholu.
Zaczęło się w 1971 r. W obecności jezuity ojca Wojciecha Krupy młody góral dał swojej żonie słowo honoru, że przez miesiąc nie będzie pił wódki. Po miesiącu przyszedł na Górkę i zaproponował ojcu Krupie, że takie samo słowo honoru da tym razem Panu Bogu. Za góralem poszli inni – na początku decydowało się na to po kilkaset osób rocznie, potem po kilka tysięcy.
Jak ktoś ślubuje na Górce, to ma spokój. Nawet gdy jest w towarzystwie i słyszy: „Józek, napij się”, to wystarczy, że powie: „Na Górce byłem”, i już więcej nie ma dyskusji. Górale to szanują, nawet jak do kościoła nie chodzą. Tutaj to jest święte. Jak skończy się czas ślubu, to czasem znów zaczyna pić, ale nie wcześniej. To lepsze niż esperal, który w każdej chwili można wydłubać.
– Naród na Podhalu jest religijny, pamięta o Bogu i ceni rodzinę – tłumaczy ks. Stanisław Olszówka z parafii na Krupówkach. – Ale jak wypije, to jakie ma wartości? Zapomina o wszystkim, co ważne. Jak jeszcze wtedy zbiera się na halny, to koniec. Wpada w taką depresję, że życie mu zbrzydnie.
Wtedy trzeba szukać ratunku na Górce.”

Image

[…..]

Image
ARTUR HAJZER

Nie mogę o tym nie napisać.. Muszę, chociaż smutek mnie ogarnia wielki, bo bardzo ceniłam i lubiłam tego człowieka. Sympatyczny, odpowiedzialny, ciepły, odważny – to wszystko bije z jego twarzy. Himalaista, twórca projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, zginął na stokach Gaszerbrum I 7-go lipca.

Cóż, nawet doświadczeni ludzie popełniają proste błędy…. kolejna wielka strata dla polskiego himalaizmu.

Zdobyte szczyty ośmiotysięczne?  Proszę bardzo…

  • Manaslu – nową drogą – 1986 (z Jerzym Kukuczką)
  • Annapurna – pierwsze wejście zimowe – 3 lutego 1987
  • Sziszapangma – nową drogą – 1987 (z Wandą Rutkiewicz)
  • Annapurna Wschodnia (8010 m) – nową drogą – 1988
  • Dhaulagiri – 11 maja 2008
  • Nanga Parbat – 23 czerwca 2010
  • Makalu – 30 września 2011

Na półce mam „Atak rozpaczy”:

„Spora liczba wypraw, przeżyć, przygód, doświadczeń i zrębów mojej górskiej filozofii ciągle czeka na opisanie i przypomnienie i wydaje mi się, że wraz z upływem czasu szanse na ich opisanie rosną, bo i pióro jakby lepsze i dystans zdrowszy” (A. Hajzer)

[….] ech…

Wojciech Lewandowski „Przez pustynie na ośnieżone szczyty…”

okladki ostWojciech Lewandowski jest geologiem, podróżnikiem i alpinistą, który wspinał się już właściwie wszędzie. W tej książce opisuje swoje wyprawy do Ameryki Łacińskiej, bo ‚ubzdurało’ mu się zdobyć wszystkie najwyższe szczyty państw Ameryki Łacińskiej (a sporo ich jest, niektóre nawet takie co mają ledwo tysiąc parę metrów :)).

…..tajemnicze wulkany, bezczelnie zielone góry tropikalne, wspaniałą i wciąż dziką przyrodę, przyjaznych ludzi, ciekawe zwierzęta czy legendy” – to wszystko spotkać można w tej książce. Jak mówi autor „ zbieranie gór w Ameryce Łacińskiej to nie tylko świetna zabawa, ale także pasjonująca przygoda turystyczno-geograficzna”. Faktycznie tak jest, bo opisywane tu wyprawy w krótkich rozdziałach bywają i zabawne i ciekawe i pełne przygód. Na końcu każdego rozdziału dostaniemy wszelkie niezbędne informacje, rodem z przewodnika, o każdym kraju, ale skondensowane w krótką notkę – w sam raz dla osób, które chciałyby się wybrać na wycieczkę do któregoś z krajów. Przydatne.

W książce jest wiele ciekawostek, na przykład przyrodniczych: niesamowite zwisające z drzew porosty w Kostaryce, zwane „brodami starców” (dobrze, że w książce jest mnóstwo fotografii, bo dzięki nim można popatrzeć na takie cuda), mamy też najpiękniejszego ptaka świata : Quetzala herbowego (można wyguglać, a warto bo faktycznie jest przepiękny), mamy tukany, papugi, żmije, pająki, egzotyczne motyle, dziwne rośliny przypominające Hatifnaty z Muminków – to wszystko udokumentowane fotografiami.

W Wenezueli mamy jedną z piękniejszych gór stołowych: szczyt Roraima, nieopodal Salto Angel, najwyższy wodospad świata. W Ekwadorze, prawie sześciotysięcznik, wulkan Cotopaxi, zdobyty przez autora w dniu swoich urodzin (łatwo nie było, bo nawet w okolicy równika, na tej wysokości warunki są iście alpejskie).

Cotopaxi – ładna nazwa. „Uchodzi za jeden z najbardziej urodziwych wulkanów świata, będąc dla wielu symbolem wulkanu doskonałego. Jego uroda sprawia również, że jest bardzo znany. Wielki i samotny, stoi prawie na równiku, przypominając z daleka dobrze wyrośniętą, bogato lukrowaną lodowcami babkę wielkanocną. Jego nazwa w języku keczua oznacza „kołnierz księżyca”.

Ważna jest też wyprawa na Aconcaguę w Argentynie (prawie 7000m) z charakterystyczną drogą przez Lodowiec Polaków, ale to trzeba przeczytać…. Wiele odniesień do polskich wypraw organizowanych przez polskich alpinistów lata temu. Warto.

Autor ma poczucie humoru. Pisze lekko i naturalnie. Rozbroił mnie cytatem z wyprawy do Kolumbii:

Po byle jakim śniadaniu radośnie wyruszyliśmy zwiedzać okolice i spróbować się czegoś dowiedzieć w sprawie wynajmu mułów i przewodnika. Chodząc po rozrzuconej po wzgórzach wsi, poczuliśmy się nagle jak bohaterowie filmu fantasy. Byliśmy w jakiejś zupełnie nierzeczywistej dekoracji do czegoś w rodzaju „Władcy Pierścieni”. Okolice podobne były do kalendarzowo-szwajcarskich, słodkich w kolorystycznej przesadzie, idyllicznych landszaftów. Szumiąca rzeka, wielkie iglaste drzewa, małe, kryte trzciną domki, spokój i ład a na dodatek snujące się zwierzęta i malowniczo ubrani Indianie. Czuliśmy się jak w jakiejś baśniowej krainie Niziołków” (chichotałam z tych Niziołków i landszaftów :))

Każdy rozdział w sumie ma takie swoje smaczki. Każdy mógłby też być dużo dłuższy, bo z pewnością można byłoby te historie rozwinąć, ale wtedy książka musiałaby mieć z 600 stron a nie 300 kilka.

Miłośnikom górskich wędrówek, pasjonatom wspinaczek i ogólnie wszystkim górołazom, książkę polecam. Ładnie wydana, ciekawa, pełna fotografii i informacji z pierwszej ręki, czasem bardzo osobista, czasem mniej i….  mnie się podobało. Po prostu.

Wojciech Lewandowski „Przez pustynie na ośnieżone szczyty…”, Wyd. Muza S.A. 2013.

[…]

779591_Rar24DI00_7

Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski -wraz z dwoma pozostałymi Polakami (Małkiem i Bieleckim) zdobyli 5-go marca, jako pierwsi Polacy na świecie, Broad Peak zimą. Tyle że Ci dwaj ze zdjęcia już nie wrócą…. :(

Nie zapomnijmy o nich ….  po prostu…  Tym razem natura okazała się być silniejsza. Góra nie wypuściła wszystkich ze swoich objęć… 

Głąbom od komentarzy na onecie (przykładowo, bo szlag mnie jasny trafia od tej tępoty umysłowej) którzy piszą pod artykułami o tejże wspinaczce takie głupoty w stylu „tchórze, po co tam leźli, jaki sens w tym włażeniu na góry, trzeba było siedzieć w domu”) cytat Simona Moro:

„Czło­wiek chce zna­leźć się tam, gdzie wiodą jego myśli. Na księ­ży­cu, Mar­sie, Wenus, w oce­anicz­nej głębi, ja­ski­ni, na pu­sty­ni i w gó­rach. To jest cała  pra­wda o zi­mo­wej wspi­nacz­ce. To pra­gnie­nie do­tar­cia tam, gdzie czło­wiek jesz­cze nie był. [….] 

Zdo­by­wa­nie ośmio­ty­sięcz­ni­ka jest wciąż jed­nym z tych nie­wy­ja­śnio­nych im­pul­sów, który pcha czło­wie­ka do dzia­ła­nia i – z wolną wolą – uwol­nie­nia się od wszyst­kie­go, także od bez­pie­czeń­stwa…”

„Celem jest szczyt” Peter Habeler, Karin Steinbach

Jeden z najbardziej znanych austriackich wspinaczy, aktualnie mający 71 lat, w rozmowie z Karin Steinbach (autorką literatury alpejskiej), opowiada w książce „Celem jest szczyt” o swoich porażkach, sukcesach, przyjaciołach wspinaczach, dzieciństwie. W sumie można rzec, że nic tej książki nie wyróżnia od pozostałych opowieści o wspinaniu, jakie czytałam. Tak naprawdę jednak każdy człowiek ma swoją historię i to właśnie wyróżnia każdą tego typu książkę. Peter Habeler dorastał w Alpach Zillertalskich, gdzie wspólnie z dziadkiem (przewodnikiem górskim) poznawał okoliczne góry. Klikając w linka zobaczycie zdjęcia najważniejszych szczytów, które oczywiście w późniejszym czasie zostały zdobyte przez Habelera. Na wielu z nich, wspinacz zrobił pierwsze drogi, przetarł szlaki i nawet kiedy później wyjechał do Stanów wspinać się w Yosemite, kiedy jeździł w Himalaje, zawsze chętnie wracał w swoje ukochane i rodzinne Alpy Zillertalskie.

„Urodziłem się w dolinie Zillertal i dorastałem w górach: kiedy byłem dzieckiem, do wspinania przywiodła mnie chyba ciekawość. Jak tam wygląda na górze, czy znajdę tam coś, czego nie ma w dolinie? Ktoś opowiadał mi raz, że można stamtąd zobaczyć morze. No cóż, z moich rodzinnych gór nie wypatrzyłem morza, ale przeżyłem pełnię niezwykle intensywnych, wspaniałych wrażeń, które ukształtowały mnie i określiły moją dalszą drogę życiową”.

Podoba mi się, jak Peter mówi o swoich relacjach z partnerami wspinaczkowymi, że ludzie idący razem w góry muszą sobie bezgranicznie ufać, rozumieć się w lot, wyprzedzać własne myśli. Tak było z Reinholdem Messnerem, z którym w 1978 zdobyli jako pierwsi Everest bez użycia dodatkowego tlenu. Podoba mi się jak Peter mówi o Polakach wspinaczach, których poznał w Himalajach: Wanda Rutkiewicz, Dobrosława Wolf, Jerzy Kukuczka….. jak mówi o polskich obozach w bazie, pełnych życzliwych ludzi, którzy chętnie przyjmowali go zmęczonego, kiedy wracał z Nanga Parbat czy z Dhaulagiri. Schodząc z tej ostatniej, ledwo przeżył. Opowiada jak doświadczył śmierci. Opowiada również o tym, jak czasem w górach, w trudnych momentach wspinaczki czuł, że nie jest sam, kiedy czuł czyjąś obecność. Katolicy mogą powiedzieć, że to anioł stróż. Wg Petera mogła to być ‚obecność’ któregoś z jego zmarłych przyjaciół wspinaczy, który go chronił, szedł za nim krok w krok, metr za metrem. Podoba mi się też jego opinia dotycząca komercyjnych wypraw w Himalaje, chociaż sam organizował w późniejszym czasie trekkingi do Nepalu, to jednak drażni go podejście typu „mam pieniądze to i ja wejdę na Everest”.

„Ludzie oglądając reklamę, widzą, że wspinaczka jest fajna, przyjeżdżają do nas, do doliny Zillertal, a kiedy okazuje się, że w schronisku nie ma prysznica, a kuchnia nie podaje tego, czego oni sobie życzą, wtedy nagle się denerwują. Coraz mniej ludzi potrafi dostosować się do gór i do prostoty tutejszego życia. Jednak ta prostota również jest fascynująca. Idzie się, odpoczywa, zatrzymuje w schronisku i tam posila; przed oczami jest tylko cel, więc zdobywa się szczyt i schodzi na dół. Życie świadomie proste – myślę, że to bardzo ważne. Gdy idę do schroniska, nie mogę oczekiwać hotelu. Żeby się dostosować do tak odmiennego życia, potrzeba pewnego rodzaju gotowości a tej wielu ludziom brakuje. Oni chcą konsumować. Zamiast przyjąć, co dostają, chcą czegoś, co sobie wyobrazili. A w górach tak nie ma”.

Prawda? Konsumpcja wszechobecna na każdym kroku. Dlatego na Everest mamy kolejki nieodpowiedzialnych i bogatych bufonów, którzy myślą, że jak wejdą na szczyt najwyższej góry świata to są bogami. Oczywiście, nie chcę uogólniać, ale ostatnio widząc te kolejki czekające na wysokości mniej więcej 8000m, aby przepuścić schodzących, zastanowiłam się, gdzie tu pokora, odpowiedzialność i rozsądek. Nie dość, że to niebezpieczne dla zdrowia, to jeszcze kompletnie bezczelne. A może by tak któryś z tych ‚konsumujących’ porwał się na K2 albo na północną ścianę Eigeru? A może Cho You, Lhotse czy Kanczendzongę? Everest jest ponoć najłatwiejszą górą do zdobycia w Himalajach. Tym bardziej, że teraz wszystkie drogi są tam już poręczowane, technicznie przygotowane – kiedyś tego nie było. Kiedyś trzeba było wszystko robić samemu.

Albo Ama Dablam w Nepalu, niecałe 6812 m n.p.m a jakże stroma i trudna do zdobycia góra. Piękna i oczywiście zdobyta przez Habelera.

Peter jest też w pewnym sensie typem samotnika, który często wspinał się sam. Jest się wtedy zdanym na łaskę natury. Jak uważa: „bezpieczeństwo, które podczas wyprawy daje ci grupa, jest iluzją. Kiedy siedzisz sobie w obozie szturmowym z dziesiątką ludzi i następnego dnia chcesz iść na szczyt, czujesz się w tej grupie chroniony, bezpieczny. Słyszysz rozmowy, śmiech partnerów, możesz z nimi pogadać i spytać ich o zdanie. Ale kiedy jest już was pięcioro, iluzja staje się krucha, bo zmniejsza się prawdopodobieństwo, że oni będą mogli cię uratować, kiedy coś się stanie. Co dopiero, jeśli siedzicie na górze we dwoje lub troje. A kiedy jesteś sam, słuchasz każdego szmeru. Jeśli słyszysz lawinę, rozdziera cię niepokój – gdzie zeszła, co tam się stało? Otoczony dziesięciorgiem ludzi możesz w ogóle tego nie usłyszeć, bo akurat ktoś coś mówi albo się śmieje. To wszystko dzieje się w głowie.”

Jak w życiu. Człowiek zawsze zdany jest tylko na siebie, dlatego należy żyć ze sobą w harmonii. Wtedy jako tako można się ‚z sobą dogadać’ i osiągać własne szczyty.

„Celem jest szczyt”, Peter Habeler, Karin Steinbach, Sklep Podróżnika 2011, stron 218.

znalezione

W magazynie „Tatry TPN” znalazłam wiersz niejakiego Jerzego Tawłowicza, z tomiku „Serce z widokiem na Giewont”. Piękny.

„Moje góry?

moje góry zaczynają się nigdzie i kończą nigdzie, tak – wprost za progiem snu mego i są ze mną tam gdzie uparcie w myslach je niosę

wspaniałe, moje góry zaczynają się wszędzie i kończą wszędzie

gdzie chcę”.

…………

Tawłowicz był przewodnikiem tatrzańskim, poetą, aktorem, nieco fotografował, malował..  Zmarł w lutym tego roku, niespodziewanie. A tu jego strona www.

Podoba mi się fragment z artykułu w magazynie (autor Maciej Krupa):

„Bo Jurek był takim zakopiańskim niespiesznym przechodniem. Nie pamiętam, bym widział go w pośpiechu. Chodził miarowym, lekko kołyszącym się krokiem i – wydawało się – zawsze miał czas. Czas dla ludzi – na rozmowę, na wspomnienie, na uśmiech, na plany. Czas dla świata – pamiętam, jak szliśmy razem, setki razy przechodzoną przez nas drogą z Wierch Porońca na Rusinową Polanę, a on wciąż przystawał, by spojrzeć na widzianą już tysiące razy panoramę, by zrobić zdjęcie jakiegoś detalu – kamienia, pnia, kałuży, liścia”.

Jakie to teraz rzadkie, a wręcz niespotykane w tych czasach….