Archiwum kategorii: [o gorach]

znalezione

W magazynie „Tatry TPN” znalazłam wiersz niejakiego Jerzego Tawłowicza, z tomiku „Serce z widokiem na Giewont”. Piękny.

„Moje góry?

moje góry zaczynają się nigdzie i kończą nigdzie, tak – wprost za progiem snu mego i są ze mną tam gdzie uparcie w myslach je niosę

wspaniałe, moje góry zaczynają się wszędzie i kończą wszędzie

gdzie chcę”.

…………

Tawłowicz był przewodnikiem tatrzańskim, poetą, aktorem, nieco fotografował, malował..  Zmarł w lutym tego roku, niespodziewanie. A tu jego strona www.

Podoba mi się fragment z artykułu w magazynie (autor Maciej Krupa):

„Bo Jurek był takim zakopiańskim niespiesznym przechodniem. Nie pamiętam, bym widział go w pośpiechu. Chodził miarowym, lekko kołyszącym się krokiem i – wydawało się – zawsze miał czas. Czas dla ludzi – na rozmowę, na wspomnienie, na uśmiech, na plany. Czas dla świata – pamiętam, jak szliśmy razem, setki razy przechodzoną przez nas drogą z Wierch Porońca na Rusinową Polanę, a on wciąż przystawał, by spojrzeć na widzianą już tysiące razy panoramę, by zrobić zdjęcie jakiegoś detalu – kamienia, pnia, kałuży, liścia”.

Jakie to teraz rzadkie, a wręcz niespotykane w tych czasach….

„Wiersze z połonin” Jerzy Harasymowicz

Pamiętam swój pierwszy i póki co jedyny wyjazd w Bieszczady kilka lat temu. Dziwny to był wyjazd, spontaniczny, z kimś kto zawrócił w głowie, a potem nieco poharatał mi duszę. Kilka dni zaledwie ciepłym latem, wśród traw połonin, totalnej przestrzeni, ciszy i wolności.

I tak mi się skojarzyło bo, znalazłam w domu tomik poezji Jerzego Harasymowicza, który jakiś czas temu zakupiłam za chyba 3 zł: „Wiersze z połonin”. Mam tylko ten jeden, mimo że poeta wydał ich chyba ponad 40. To on wprowadził w obieg pojęcie „krainy łagodności”, które funkcjonuje teraz dla określenia poezji śpiewanej, to jego prochy zostały rozsypane nad połoninami, to on napisał kiedyś wiersz zaczynający się słowami „w górach jest wszystko co kocham”, to on tak pięknie pisze o bukach, wietrze, porankach, zmierzchach, jesieni, lecie w Bieszczadach właśnie – jego ukochanych górach.

Październik w Bieszczadach III
Cały dzień chodziłem po lesie
Biorąc w ramiona buki
Porosłe mchem jak żubr
 Tyle lat się znamy
Tyle wędrowaliśmy po górach
Cały dzień padał też śnieg chociaż
Komnaty lasu ustrojone wieńcem liści
Teraz wszędzie biało
Idąc wyprowadzam ścieżkę z lasu
Macha wesoło kosmatym ogonem
Trzyma się nogi
Góry odprowadziły nas pod dom
Który stoi na placu snu
Za tydzień w oknach będą
Srebrne ikony mrozu
Wszędzie biało
Na końcu zimy
Stawiam człowieka jak kropkę

Ten tomik to zaledwie kilkanaście wierszy z pięknymi opisami przyrody, delikatnym erotyzmem, miłością do gór. Inne wiersze jakie znalazłam w internecie podobają mi się chyba bardziej, co nie znaczy, że „Wiersze z połonin” z 1996 są gorsze – po prostu nie mam zbytnio porównania.

I jeszcze jeden z tomiku (wolę zacytować, bo nie umiem pisać o wierszach):

Lato w górach

Parno. Ubierając w biegu biały płaszcz
motyl leci przez ogród donikąd
inny motyl maluje sobie twarz
cienkim pędzelkiem ciszy. Błękitny deszcz
rośnie w warzywniku. Otwarte są okna
W wiotkiej ciszy modrzewiowych gałązek
Kobieta ogląda w lustrze piersi jak ogrodnik

Jerzy Harasymowicz, „Wiersze z połonin”, Towarzystwo Upowszechniania Czytelnictwa, 1996, stron 46.

A taki miałam wtedy widok z okna:

(zdjęcia mojego autorstwa)

o górach

„”Freedom Climbers” to napisana z pasją i literackim talentem opowieść o inspiracji, przygodzie, polityce, cierpieniu i śmierci. Jest to opowieść o grupie niezwykłych polskich poszukiwaczy przygód, która pojawiła się w czasach opresji po II wojnie światowej, by stać się wiodącą w świecie wspinaczy himalajskich.

Mieszkając w ponurej, zniszczonej wojną rzeczywistości, z pozoru bez nadziei na stworzenie sensownego życia, ci ciekawi świata, zmotywowani i wykwalifikowani alpiniści stworzyli własne podstawy wolnorynkowej gospodarki pod nosem ich komunistycznych bossów i wspięli się własną ścieżką ku wyzwoleniu.

Kiedy Bernadette McDonald rozpoczęła badania jednego z najbardziej niezwykłych epizodów w historii nowoczesnej wspinaczki – historii polskiego wspinania w Himalajach w latach 1970 – 1990, stanęła przed labiryntem mało znanych źródeł, z których tkała opowieść bez początku i oczywiście bez końca. Z tych miazmatów powstała jedna z najciekawszych książek na temat alpinizmu, jakie pojawiły się w ostatnich latach: energiczny, żywy i z wielką wrażliwością nakreślony portret czasów i niezwykłych postaci, którym tak wiele udało się osiągnąć w górach.” (źródło: wspinanie.pl)

Nie muszę dodawać, że to książka którą mieć muszę! tym bardziej, że niedawno ukazała się po polsku nakładem wyd. Agora. 

„Reinhold Messner, pierwszy zdobywca „Korony Himalajów”, napisał o książce:  „Bernadette McDonald dokumentuje najważniejszy polski rozdział w historii wspinaczki w Himalajach”.

Krzysztof Wielicki, sławny alpinista i himalaista, uczestnik ówczesnych wypraw, powiedział o tomie „Ucieczka na szczyt”: „To historia Polaków, którzy w poszukiwaniu wolności rzucili wyzwanie innym wspinaczom i wyznaczyli nowe standardy w himalaizmie – a wszystko to, niosąc polską flagę na najwyższe szczyty świata””. (źródło: kulturalnysklep.pl)

„jadą tedy wypchane wagoniki na narciarski czub…”

„Gdy jesienna plucha przegania gości spod gór i owce redykają w doły, wierchy zmieniają swą przyodziewę. Nagle odsłaniają się zaprane śniegami, schodzącemi aż do ciemnych i żywych wód jeziora. Z łanów kosodrzewu wytryskują złote rózgi krzewin i drzew. Trawy nabierają płowych połysków, w reglach czuby buków płoną czerwienią. Trwa nad Tatrami wytężona pogoda, śniegi cofają się zwolna wzwyż, lecz północne urwiska pysznią się wciąż niezkazitelną białością. Dopiero halny, gdy zakolebie całym światem, migiem upora się z mroźnym intruzem ; gniazdo wierchów wyłania się zimnym fioletem skalistych żył i ścian, jakby z miedzi inkrustowanej wykute. Z biegiem dni coraz bardziej nasiąka rudemi ogniami. Już wszystkie zbocza mienią sie odmianami żółcizn: od zetlałego złota po gorący bronz. Kępy borowiny zrumieniły się szkarłatem gałązek i wierchy i zbocza, jakgdyby chciały ugasić ów pożar ogarniający je zewsząd, walą się w chłodne błękity stawów – lecz i tam płoną dalej krzyczącą łuną. Coraz częściej i obficiej spadają śniegi. I choć wichry halne pożerają je łapczywie, zima zaciska mroźną pętlę.  Zalęgła się na stałe w północnych urwiskach, ścięła w zielone lodospady ściekające smugi wody, lodowym szkliwem pokrywa skały i wykwita w szczelinach ziemi snopami kryształów. Tam jeszcze, gdzie słońce zdoła wtargnąć, panują prawa lata i ziemia, wanty, ściany i wszelaki stwór nagrzewa się w upale. Ale słońce ledwo co wychyla się ponad granie i coraz bardziej krajobraz górski nabiera cech jakiejś księżycowej pustyni. Wielkie milczenie wkracza w doliny .
Wszędzie się znaczy początek końca……..”

(fragment z książki „Tatry i Podhale”)

Ogromnie lubię takie poetyckie opisy gór. A Rafał Malczewski potrafił pisać. Był synem słynnego malarza Jacka Malczewskiego, pasjonatem i popularyzatorem Tatr, felietonistą okresu międzywojennego, bardzo dobrym taternikiem. Jego książki to: Od cepra do wariata, Narkotyk gór. Nowele tatrzańskie, Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, Tatry i Podhale – Cuda Polski.

„Narkotyk gór” czytałam dawno dawno temu, ale nie mam na własność, a książki o górach na własność mieć muszę :) Reszty nie znam….

No i trzeba dodać, że Rafał Malczewski też malował, chociaż zawsze pozostawał w cieniu ojca, bo jego malarstwo było dość proste, uproszczone nawet, ale i tak mi się podoba.

Pejzaż zimowy

Tatry Zachodnie

Ciekawa postać, na pewno warta poznania. Życiorys można sobie wyguglać, ale książki to zupełnie inna bajka. Czytając fragmenty w necie, znajdując cytaty (choć jest ich niezmiernie mało) powoli się zakochuję w twórczości Rafała Malczewskiego.. :)

„Kometa nad Annapurną” Simone Moro

„Główny wierzchołek Annapurny otoczony jest ze wszystkich stron zasłaniającymi go szczytami siedmiotysięcznymi. Masyw Annapurny składa się z 7 szczytów:

Annapurna I – 8091 m
Annapurna II – 7937 m
Annapurna III – 7555 m
Annapurna IV – 7525 m
Gangapurna – 7455 m
Annapurna Południowa – 7219 m
Machapuchare – 6993 m.”
Miejscowa nazwa jest połączeniem sanskryckich słów „anna” (pożywienie) i „purna” (wypełniona) i oznacza Wypełnioną Pożywieniem. Tak właśnie nazywa się boska macierz, jedno z wcieleń Durgi, towarzyszki Sziwy, czczonej za moc dostarczania pożywienia. Według innej wersji połączenie tych dwóch słów jest przydomkiem bogini Kali – Żywicielka. (wikipedia.pl)

Simone Moro jest niesamowitym wspinaczem, a jeszcze biorąc pod uwagę, że przez czas jakiś tworzył duet z naszym polskim himalaistą, Piotrem Morawskim, który niestety w górach pozostał na zawsze, czyni z Simona w moich oczach fantastycznego człowieka. Dodajmy, iż jest z wykształcenia bibliotekarzem :) Wspinać zaczął się w wieku 13 lat wraz z ojcem, we włoskich Dolomitach. Zdobywca wielu ośmiotysięczników, zachodniej cholernie trudnej ściany Fitz Roy w Patagonii (zimą! wcześniej dokonał tego tylko Jerzy Kukuczka), a do tego odznaczony w 2001 nagrodą Fair Play przez Unesco za uratowanie życia himalaisty Toma Mooresa. Mało kto zdecydowałby zawrócić 516 m przed szczytem Lhotse by uratować człowieka kosztem zdobycia szczytu. Dlaczego mówię „mało kto”? Bo sam Simone przyznaje, że „himalaizm aż roi się od napuszonych indywiduów i cwaniackich zachowań, na które napotykamy prosząc kogoś o przysługę. Wiem, bo sam przekonałem się o tym w różnych sytuacjach”.

Książka „Kometa nad Annapurną” to zapis wspomnień, refleksji z zimowej wyprawy w 1997 na tenże szczyt, ale nie tylko. Wspomnienia dotyczą również wcześniejszych dokonań Simona, ale autor kładzie nacisk na osobistą refleksję dotyczącą przyjaźni w górach, szczególnie ze swoim ówczesnym partnerem, Kazachem, Anatolijem Bukriejewem.

Simone Moro (z lewej) i Anatolij Bukriejew

Simone bardzo ciepło wspomina Anatolija, który był człowiekiem bardzo odważnym, zmotywowanym, cierpliwym i sympatycznym. Zawsze potrafił powiedzieć „dzięki”, „proszę”, „przepraszam” co w świecie nadętych często alpinistów bufonów, było rzadko spotykane, jak sam Simone wspomina. To właśnie z Anatolijem, zdobywcą 11 ośmiotysięczników, Simone zdecydował się na wyprawę na Annapurnę, która  w Boże Narodzenie 1997 zakończyła się tragicznie dla Anatolija.

Simone jako ocalały z wyprawy składa niejako hołd i podziękowanie za te niecałe 2 lata przyjaźni swojemu partnerowi, który pozostawił w jego duszy ogromną bliznę. I choć teraz  wspina się już z innym partnerem – Denisem Urubko, to jednak czas spędzony z Bukriejewem był dla niego ogromnie ważnym okresem. To nic, że nie udało im się wspólnie zrobić trawersu Mont Everest – Lhotse, a to, że kostucha zabrała do siebie tak wielkiego pasjonata gór jakim był Anatolij – cóż…. Każdy wspinacz ma ryzyko wpisane w krew. Zresztą obydwoje : Simone i Anatolij, mieli upodobanie do trudnych wyzwań, nie traktowali ich jak brawurę czy nieostrożność – po prostu uważali, że „prawdziwy alpinizm nie zakończył jeszcze swego żywota pod wpływem łatwych, komercyjnych wypraw”.  A ryzyko? cóż…. jak mówi Simone:

„… lodowate tchnienie kostuchy dosięga naszego karku niepostrzeżenie, jak złodziej. Zaskakuje cię akurat wtedy, gdy jesteś przekonany, że hak wytrzyma lub kiedy zadowolony z siebie siedzisz w czterech ścianach własnego domu. „

„… istnienie czegoś nieokreślonego i niedotykalnego jest tym elementem życia, który mnie bardzo pociąga i stanowi o jego magii”.

Książka szczera i wzruszająca. Pełna emocji i napięcia przy opisie wyprawy na Annapurnę. Simone Moro wspomina człowieka który nauczył go płakać, który przede wszystkim był właśnie Człowiekiem, a na drugim miejscu dopiero – alpinistą. Cóż mogę więcej dodać… Emocje, emocje i jeszcze raz emocje…

Strona www Simona Moro

„Kometa nad Annapurną”, Simone Moro, Wydawnictwo Stapis, Katowice 2011, stron 192.

„Nanda Devi” Janusz Klarner

Książka opowiada o pierwszej polskiej wyprawie na Nanda Devi (w polskim tłumaczeniu: góra bogini śmierci) w 1939 roku. W składzie jej znaleźli się czterej polscy himalaiści : Janusz Klarner, Jakub Bujak (ci dwaj zdobyli jeden z wierzchołków Nanda Devi: Nanda Devi East, wówczas dziewiczy 7434 m. n.p.m), Stefan Bernadzikiewicz i Adam Karpiński.

Dla wyjaśnienia masyw Nanda Devi ma w sumie 5 wierzchołków, najwyższy: 7816 m n.p.m. i jest drugim co do wysokości szczytem Indii. Inne wierzchołki masywu to: Nanda Devi East (7434), Tirsuli (7074), Dunagiri (7066), Changabang (6864).

Wyprawa na Nanda Devi okupiona została śmiercią dwóch uczestników wyprawy : Bernadzikiewicza i Karpińskiego, którzy zginęli w drodze na kolejny z wierzchołków : Tirsuli, przysypani lawiną. Ich ciał nigdy nie znaleziono. „Tirsuli stał się największą klęską, jaką mogliśmy ponieść. Nanda Devi była naszym triumfem największym”

Ciężko jest pogodzić ze śmiercią przyjaciół, uwierzyć, że niedawno założony obóz już nie istnieje, wtedy mimo radości ze zdobytego wcześniej szczytu „za gardło chwyta skurcz”. Sama wyprawa trudna, męcząca – jak na tamte lata,  jest przede wszystkim pierwszym polskim sukcesem wysokościowym. Mordercze wnoszenie ciężkich plecaków na miejsce pierwszego obozu, wąskie ścieżki na których ekipa wyprawy wymija się z rodzinami wędrującymi w dół bądź w górę, wraz ze stadami owieczek, krów, które nierzadko ślizgają się na mokrych kamieniach i wyczerpane spadają w dół. Są również i momenty przyjemne, kiedy udaje się uczestnikom od miejscowych dostać trochę jedzenia, przespać się, poobserwować widoki, jak na przykład ten w dolinie Lawan, niedaleko bazy:

„Cel naszej wyprawy leży przed nami. Prawdziwy dreszcz emocji przebiega mi przez plecy. Wydłużona, ostra grań odcina się wyraźnie na tle nieba. Urwiste, śnieżno-lodowe zbocza opadają gwałtownie. Wśród nich słabo rysuje się kilka mało wydatnych rynien czy  żlebów. Jeden z nich powinien wyprowadzić nas na grań. Zarys niebosiężnego szczytu rozmazuje niesiony przez wiatr pióropusz śnieżny. Piękną siedzibę wybrała sobie bogini śmierci Kali, małżonka najkrwawszego z bogów – Sziwy, której siedemnastym imieniem jest Nanda”.

Trzeba wiec wziąć pod uwagę, że porywając się na zdobycie Nanda Devi, trzeba liczyć się z ogromnym ryzykiem, gdyż to góra przeklęta wg wierzeń tamtejszej ludności. „Czyżby nie było prawdy w wierzeniu, że zginie ten, kto stanie na jej szczycie, a Nanda pożre jego ciało?”.

Himalaiści podjęli ryzyko. Dwóch „pożarła” lawina, a Bujak i Klarner? Co się z nimi stało? W drodze powrotnej do Polski zastała ich wiadomość o wybuchu II wojny światowej. Bujak udał się do Lwowa, potem przedzierał się przez różne kraje, aż w końcu wylądował w Anglii gdzie wspinając się gdzieś w Kornwalii zaginął. Ciała nie odnaleziono. Przepadł.

Klarner natomiast okupację spędził w Warszawie. 17 września 1949 r. wyszedł ze swego mieszkania na Saskiej Kępie. Podobno był lekko ubrany, bez dokumentów i do rodzinnego domu oddalonego o kilkaset metrów już nigdy nie dotarł. Zniknął. Przepadł. Zaginął.  Czy bogini śmierci, Kali faktycznie miała coś z tym wspólnego?

Uczestnicy wyprawy 1939 roku w bazie u podnóży Nanda Devi: Janusz Klarner, Jakub Bujak, Adam Karpiński, brytyjski lekarz dr J.R. Foy, oficer łącznikowy major S.Blake oraz Stefan Bernadzikiewicz (archiwum wyprawy)

Książka wzruszająca, opatrzona czarno białymi fotografiami, dodatkowo biografiami poszczególnych bohaterów książki i fantastyczną przedmową Janusza Kurczaba.

…………

„ Kolację jemy dziś znakomitą. Kolejność, jak zawsze podług himalajskiej etykiety: na początek gorąca limoniada z soku cytrynowego, po tym pemikan (suszone mięso), szynka i groszek zielony, wreszcie na zakończenie, wedlowskie owoce w cukrze.”

„Dlaczego brnę przemarznięty na wylot, w wichurze tnącej szpilkami śniegu, po zlodzonej ścianie, w tysiącmetrowej ekspozycji, niosąc z wysiłkiem wór odbierający siły i pewność ruchów? Na pewno nie robię tego z uśmiechem zadowolenia. Przeciwnie, klnę ciężko…Dlaczego się nie cofam?”

„Nos, wargi i skóra na kościach policzkowych, spękane i pokryte strupami, pieką mnie, zarówno jak ręce napuchnięte od odmrożeń i drobnych skaleczeń, oczy porażone bolą i nie pozwalają patrzeć swobodnie.”

„Kto nie wstawał po biwaku skostniały z zimna, w przenikniętym mrozem namiocie, ten nie zrozumie, z jaką radością można witać pierwsze promienie słońca”.

……….

„Nanda Devi”, Janusz Klarner, Wydawnictwo Stapis 2010, Wydanie 2, stron 304.

„Wspinaj się po tęczy i nie rozważaj co będzie, gdy ustanie deszcz lub zajdzie słońce, gdy zniknie tęcza…”

„Starałem się ukazać bogactwo wzruszeń i doznań jakich mogą góry dostarczyć współżyjącemu z przyrodą człowiekowi. Nie od gór to jednak zależy lecz od wartości, jakie tkwią w człowieku. Trzeba je rozwijać…Dla jednych góry są tylko rumowiskiem głazów, dla innych najwspanialszą architekturą ponad przemijaniem i trwaniem, dla innych wiecznym niedosytem i niespełnieniem. Czym będą dla Was – od Was tylko zależy. Kochajcie je -będą coraz piękniejsze!…”

Władysław Krygowski

Dawno nie było o górach, a znalazłam w mojej przepastnej biblioteczce książki tego autora :”W litworowych i piarżystych kolebach” i „Góry mojego życia” (aż dwa egzemplarze tej ostatniej, jakim cudem?).

Poszukuję  „Wspinaczki po tęczy” i „Góry i doliny po mojemu”.

Wspomniałam, bo warto a niebawem napiszę więcej. Może powinnam napisać notkę świeżo po lekturze którejś z książek… ale nie mogłam się powstrzymać. Czasem tak jest, że podczytuje się coś wyrywkowo dla uspokojenia myśli, a poetycki język pana Krygowskiego tak właśnie wpływa. Praca w dniach ostatnich mnie całkowicie pochłania i umysł potrzebuje odpoczynku.

Dla zainteresowanych osobą pana Władysława Krygowskiego, strona „Poetycka wizja gór w prozie Władysława Krygowskiego” z mnóstwem cytatów.

„…gdy tak chodzimy górami, wododziałami, doliną i wierzchowiną – nie spotkamy jednak żadnej prawdy jeśli nie idziemy do człowieka… I to jest chyba najgłębszy sens naszego wędrowania

…………

„Władysław Krygowski (ur. 28 stycznia 1906 r. w Krakowie – zm. 4 kwietnia 1998 r. tamże) – prawnik, adwokat, pracownik i działacz polskich organizacji turystycznych, publicysta, znawca polskich Karpat, autor przewodników górskich i książek poświęconych górom, jeden z najbardziej zasłużonych dla rozwoju polskiej turystyki górskiej i kształtowania jej etosu”. (wikipedia.pl)