Archiwa tagu: Białe Morze

„Białe morze” Roy Jacobsen

70376702_2406650549384391_4662784970924752896_n

„Życie mieszkańca wyspy to szukanie. Ingrid szukała, odkąd się urodziła – jagód, jaj, puchu, ryb, muszli, obciążników do sieci, łupku, owiec, kwiatów, desek, gałęzi…. Oczy mieszkańca wyspy szukają bez względu na to, czym zajmują się głowa i ręce, niezaznające spokoju spojrzenie krąży po wyspach i morzu, zahacza o każdą najmniejszą zmianę, rejestruje najdrobniejsze znaki, dostrzega wiosnę jeszcze przed jej przyjściem i śnieg, zanim ten namaluje białymi pociągnięciami rowy i dołki, widzi śmierć zwierząt, zanim umrą, i upadek dzieci, zanim się przewrócą, widzi też niewidzialną rybę w morzu pod rojem białych skrzydeł; wzrok to bijące serce mieszkańca wyspy”.

Główną bohaterką jest Ingrid, która w poprzedniej części „Niewidzialni” była małą dziewczynką i żyła sobie wraz z rodziną na wyspie Barroy niedaleko Lofotów. Teraz to już dorosła kobieta, która wraca na wyspę i przez długi czas żyje tam całkiem sama.  Reszta rodziny albo już nie żyje, albo powyjeżdżała. Jest II wojna światowa i jej echa docierają również do Barroy. Niedaleko zostaje zatopiony niemiecki statek. Wiele ciał niesionych prądem dociera do wyspy. Ingrid co rusz natrafia na zwłoki mężczyzn w niemieckich mundurach, które są w różnym stanie… nie rozumie skąd się wzięły. Nie rozumie też, skąd nagle w jej domu, na jej własnej wyspie, pojawia się ranny, mówiący po rosyjsku żołnierz. Czy ocalał z katastrofy, czy jest niebezpieczny? Ingrid opiekuje się nim, opatruje rany, myje, karmi. Robi to przez wiele dni i czuć w powietrzu, że zawiązuje się między nimi jakaś szczególna więź, mimo, że nie znają języka by się porozumieć…

Jednak szczęścia Ingrid nie zazna. Wydarzy się coś tajemniczego, coś co wprawi Ingrid w bezbrzeżny smutek, beznadzieję i odrętwienie. Wszystko stanie się dla niej bezsensowne, a kilka dni wyrwanych całkowicie z pamięci sprawi, że Ingrid cały czas będzie zadawała sobie mnóstwo pytań, o to, co tak naprawdę się wydarzyło.

Późniejszy pobyt w szpitalu, koniec wojny i przesiedlenia mieszkańców pobliskich wysp i wsi zaburzą całkowicie rzeczywistość kobiety. Będzie czuła się jakby „zesłano ją na ziemię w celu dokonania czegoś w rodzaju spisu ludzi wypędzonych z własnej ziemi, ponieważ w niej samej nic się ze sobą nie łączyło”. Co się tak naprawdę wydarzyło, czy Ingrid odnajdzie, to czego szuka? 

Sama fabuła, wyzierający z niej smutek i samotność człowieka pozostawionego w pewnego rodzaju uśpionej świadomości są niezwykle ciekawym materiałem na powieść. Przedstawienie rozedrganej niepewnością i mnóstwem innych, niezrozumiałych uczuć, kobiety jest wielką sztuką i autor faktycznie próbuje to zrobić. Niemniej jednak, muszę przyznać z bólem serca, że jego styl mnie tak okrutnie zmęczył, że momentami miałam chęć wyrzucić tę książkę przez okno. Mogło być pięknie, wyszło tylko momentami, a reszta do zabicia się. Naprawdę. Dawno się tak nie wkurzałam czytając. Zamiast skończyć tę książkę w 2-3 wieczory, tłukłam ją tydzień. Już przy pierwszej części mówiłam, że styl autora jest bardzo suchy, typowy dla Skandynawów właściwie, ale mimo, iż lubię skandynawskie powieści za ten ich niedopowiedziany czasem mrok, za te opisy zwykłej codzienności, tak tutaj ledwo dobrnęłam do końca, bo jest topornie, bez jakiejkolwiek emocji, typowa obserwacja: „była tu, poszła tam, powiedziała, że, a on opdowiedział i potem kucnął” (coś w tym stylu), a do tego nadmiar postaci, a w pewnych momentach w ogóle nie wiedziałam o co chodzi, kto jest kim itp.

Ale z kolei opisy przyrody, tego co się dzieje w naturze, w człowieku są niezwykłe. Gdyby tak była napisana całość, byłabym szczęśliwa, ale i tak cieszę się z lektury, bo czasem warto choćby dla kilku fragmentów…. takich tak jak ten cytat na początku notki i na przykład poniższy:

„Marzec to najmniej potrzebny miesiąc w roku. Ludzie widzą, że słońce się wznosi i dają się oszukać światłu, za którego sprawą zima staje się tylko bardziej widoczna. Kwiecień jest równie humorzasty i jeszcze bardziej zdradliwy. Ale w kwietniu przynajmniej przylatują ostrygojady i urządzają swoje awantury, niebo i szkiery ożywają głosami, można zdjąć jedną warstwę chust i skarpet, owca chodzi po brązowych ogrodach, kołysząc wielkim brzuchem, i skubie zeszłoroczne źdźbła, a śnieżyce dalej atakują akurat w chwili, gdy nadzieja grozi wywołaniem jednego czy drugiego uśmiechu w ludzkich umysłach; ludzie przeklinają i marzną bardziej niż w styczniu, ale kobiety i tak zdejmują z głowy kolejną chustkę, zaklęciami przywołując wiosnę”.

Generalnie jest to trylogia i za jakiś czas pewnie będzie trzecia część, sięgnę, bo chciałabym się przekonać czy będzie lepiej i kto tym razem będzie głównym bohaterem, ale obawiam się, że może być ciężko. Cóż, nie zawsze mogę się zachwycać książkami :) a taka piękna okładka…

Premiera „Białego morza” 2-go października.

„Białe morze” Roy Jacobsen, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie 2019.