„Bardzo długie popołudnie” Inga Vesper

Ten kryminał mnie trochę wynudził i nie zachwycił tak bardzo, jak sądziłam. Może dlatego, że jestem przyzwyczajona do innego tempa, innych rzeczywistości, bardziej współczesnych? ale po kolei.

Mamy 1959r, i słoneczną Kalifornię, miasteczko Sunnylakes, w którym bardzo widoczny jest podział na biednych i bogatych, białych i czarnych. To właśnie w jednym z bogatych domów pracuje czarnoskóra Ruby Wright, która marzy o pójściu do college’u, ale póki co ciśnie się z ojcem i swoim chłopakiem w obskurnym mieszkanku w dzielnicy South Central. Ruby jest zatrudniona w domu Państwa Haney, w którym sprząta, opiekuje się dziećmi itp. Pani domu, Joyce Haney pewnego dnia znika. Ruby znajduje w kuchni plamy krwi, ale po Joyce nie ma śladu. Rozpoczyna się śledztwo prowadzone przez Micka Blanke’a z Nowego Jorku. Policjant przyjeżdża do Sunnylakes i nie spodziewa się, że rozwiązanie tej zagadki będzie tak trudne. Zeznania, które należało będzie zbadać, kilka niespodziewanych zwrotów w śledztwie, jacyś podejrzani, to wszystko złoży się w całość, ale nie będzie to tak proste, jakby się wydawało i sukces nadejdzie dopiero przy pomocy upartej Ruby.

Pani Joyce nie była dla Ruby tylko pracodawczynią, stała się w pewnym sensie jej przyjaciółką. Obie się sobie zwierzały, dzieliły problemami, tajemnicami, to dlatego Ruby chce zrozumieć, dlaczego pani Joyce zniknęła. Wyjechała? uciekła? została zamordowana? porwana? Co naprawdę się wydarzyło? Jak zareagował mąż Joyce? Co widziały dzieci?

Samo śledztwo i jego rozwiązanie nie były jakieś powalające dla mnie. Owszem, na jaw wychodzą sekrety i mroczna przeszłość, ale nie jest to nic nowego w kryminałach. Podobało mi się za to umiejscowienie akcji w 1959r. a poprzez to, ukazanie sytuacji kobiet w tamtym czasie. Nie tylko tych czarnoskórych, z których zdaniem nikt się nie liczył i które zawsze były traktowane jak gorsze. Również białe kobiety są postrzegane tylko jako panie domu, które muszą trwać przy mężu zarabiającym na dom, rodzić dzieci i spełniać się w tym. „Większość kobiet Sunnylakes wyszła za mąż i zrezygnowała ze studiów. Zostały żonami, które prowadzą dom, wychowują dzieci i chodzą do kościoła. I tyle. Nikogo nie interesują ich pragnienia ani marzenia”, mówi pani Crane, jedna z ciekawszych postaci w tej książce. Cała społeczność Sunnylakes jest zamknięta w jakiejś klatce, mam wrażenie. Ruby, jako osoba z „zewnątrz” widzi to najlepiej „Mieszkańcy Sunnylakes żyją jak w krainie ze snu. Pilnują, żeby nikt nie przebił tej ich bańki, ale to tylko…. pozory”.

Czy zatem detektywowi uda się przebić tę bańkę i docenić wysiłki Ruby, która ma naprawdę niezłą intuicję? Niestety, jedyną przeszkodą jest kolor jej skóry, który od razu klasyfikuje ją jako osobę, której nie należy wierzyć. Jak wybrnie z całej sytuacji detektyw? I co stało się z Joyce? (będziemy mieć szansę poznać również jej odczucia, bo kilka rozdziałów jest napisanych właśnie z jej perspektywy).

Niezłe choć nie powaliło mnie.

„Bardzo długie popołudnie”, Inga Vesper, tłumaczenie Jacek Żuławnik, wydawnictwo Słowne (Burda Książki), 2021.

„Odpłata” Agnieszka Jeż

Co by tu napisać? Dobry pomysł na fabułę, ciekawie poprowadzony wątek kryminalny, natomiast zmęczyłam się lekko zbyt dużą ilością postaci i krótkimi retrospekcjami z różnych lat, które wytrącały mnie z rytmu. Oczywiście miały one duże znaczenie w całości fabuły i śledztwie, ale powodowały w moim odczuciu pewien chaos i mieszały mi wątki.

Zacznijmy od tego, że na Mazurach pod podłogą pewnego domu wybudowanego w góralskim stylu (co akurat jest dość ważnym szczegółem) zostają znalezione zakopane ludzkie kości i rower. Hmm.. Odkrycie to jest dość przypadkowe, zaczyna się bowiem od zgłoszonego na policję włamania do tego domu. Na miejsce wezwana zostaje policjantka Wiera Jezierska, którą czytelnik może poznać już w poprzedniej książce Agnieszki Jeż „Szaniec”. Wydawałoby się, że sprawa skończy się na szukaniu złodzieja, ale kiedy policja natrafia na ludzkie szczątki, zaczyna się grzebanie w przeszłości właściciela domu. Wera będzie drążyć uparcie i głęboko w przeszłości. Okaże się, że wiele szczegółów zaprowadzi ją na Podhale, skąd został „przeniesiony” na Mazury ów wymieniony wyżej dom. Dlaczego tak się stało? Kto był właścicielem domu wcześniej? Jak się rozwinie śledztwo i co odkryje policja? tego oczywiście nie zdradzę, no bo wiadomo, nie o to chodzi.

Czytało się w miarę dobrze ten kryminał, choć jak już wspomniałam trochę rozpraszały mnie wstawki z przeszłości, mieszały mi się też postacie, których nagle zrobiło się dość sporo…. Tu przypomina mi się książka Jezierskiego „Dom bez klamek”, miałam tam również podobne odczucia, choć chyba wtedy byłam lepiej skupiona. Może to właśnie kwestia mojej niezbyt dobrej koncentracji przy lekturze „Odpłaty”? Nie wiem, w każdym razie, poza tym i takim trochę infantylnym zachowaniem Wiery (w odniesieniu do pewnego mężczyzny z podhalańskiej policji) było nieźle. Podobało mi się przedstawienie atmosfery, jaka panuje w małych społecznościach lokalnych, gdzie ważne są tajemnice, podobało mi się także przedstawienie ludzkiej natury, głównie tego, że niektórzy bardzo pilnują tradycji, potrafią walczyć o swoje, choć często jest to raczej powodowane zemstą (stąd też tytuł książki). Z ciekawością czytałam również osobiste dywagacje Wiery dotyczące jej relacji z siostrą, która jest zakonnicą, i kiedyś jej relacji z przemocowym ojcem. To interesujący temat, szczególnie jeśli chodzi o wpływ dzieciństwa czy wieku nastoletniego na wiek dojrzały.

Co mnie wkurzyło? Na przykład opis mazurskiego baru „Balladyna”, jaki stworzyła Wiera: „Swojski bar dla estetycznie niewymagających, z dużymi porcjami i piwem”. Nie znoszę czegoś takiego. To automatycznie ocenia człowieka, czyli w tym przypadku mieszkańca danego miejsca. Można by pomyśleć, że sa to jakieś ćwoki i prymitywy i że Wiera ma się za lepszą od nich, tylko dlatego, że jest policjantką i chce usilnie przejść na wegetarianizm, i że pochodzi z Giżycka? No nie wiem. Być może ma prawo mieć takie opinie, jako fikcyjna bohaterka książki, ale zdenerwowało mnie to. Nie polubiłam jej, a w „Szańcu” nie miałam takich odczuć.

Generalnie nie wiem. Niby czytało się w miarę okey, zaraz po zakończeniu lektury mówiłam sobie „dobre, niezły kryminał, kolejny dobry, polski” itp., ale z upływem czasu (a minęło może z półtora tygodnia) jakoś wchodzę w tryb „przeciętnie, z irytującą bohaterką”. Nie chcę oczywiście nikogo zniechęcać do lektury, są to subiektywne wrażenia. Czekam na kolejną książkę pani Jeż, bo jestem ciekawa, w którą stronę pójdzie rozwój postaci głównej bohaterki, a jest parę intrygujących mnie detali.

„Odpłata” Agnieszka Jeż, wydawnictwo Burda Książki, 2021

„Szaniec” Agnieszka Jeż

„Czarne myśli. Dużo czarnych myśli. Cały świat wydawał mu się czarny. Budził się w nocy. Nie mógł spać. Rano podnosił się z łóżka z trudem, jakby każda noga ważyła więcej niż on cały. Ze wstrętem wkładał sutannę. Dlaczego nie mogły być w innym kolorze? Znał symbolikę – czerń wiąże się z prostotą i pokorą, ma przypominać kapłanom o konieczności praktykowania tych cnót. Czarny to także kolor śmierci i żałoby; kapłan ma umierać dla siebie, aby robić miejsca dla Boga w swoim życiu. Jemu też się wydawało, że umiera, ale w to zwolnione miejsce nie przybywało Boga. Było mu duszno, nie mógł się skupić. Powinien był myśleć o Najwyższym, a myślał o czymś zupełnie innym. „Źle się czujesz, bo wiesz, że to złe”, mówił sobie na początku. „Źle się czujesz, bo się boisz, że to się wyda”, mówił sobie potem. „Źle się czujesz, bo to trudne”, to mówił sobie jeszcze później. Nie można być dla siebie ciągle katem, trzeba trochę zrozumienia. Aż przychodziły ulga i spokój. Do następnego razu”.

W tajemniczym hotelu „Szaniec”, jeden z ośmiu gości zostaje znaleziony martwy w swoim pokoju. Czyżby umarł we śnie? Chyba nie. Na biurku leży kartka z cytatem z Nowego Testamentu „Do MNIE należy pomsta, ja wymierzę zapłatę”. Wezwani na miejsce policjanci: Wiera Jezierska i komisarz Janusz Kosoń z komendy w Giżycku od razu podejrzewają morderstwo. Późniejsza sekcja przynosi dowody. Podejrzana jest pozostała siódemka gości hotelowych plus parę osób osługi. To w ogóle jest nietypowy hotel i nietypowi goście. Każdy z nich przyjechał na swoisty, surwiwalowy turnus. Tyle, że nie chodzi tu o taplanie się w błocie, krzesanie ognia i polowanie na zwierzynę, ale o kontemplację, odpoczynek w ciszy, z dala od zgiełku miasta oraz pewne psychologiczne zadania oraz testy jakim poddawani są uczestnicy. „Najważniejsze jest odosobnienie. Wszyscy mają pojedyncze pokoje. Znają tylko swoje imiona, nie wolno podawać nazwisk, miejsca pochodzenia, zawodu i tak dalej. Każdego dnia mają do wykonania zadania – pojedynczo albo w grupach. W hotelu albo na zewnątrz, ale na terenie ośrodka. Każde ma w jakiś sposób konfrontować – albo ze sobą samym, albo ze światem”. Jak swierdzi Kosoń, to dość oryginalna formuła, no ale, każdy robi to co lubi. Jeśli ktoś szuka takiej rozrywki, to czemu nie? Tylko dlaczego i jak dochodzi do morderstwa? Co jest powodem? Kto jest zabójcą? I czy rzeczywiście zawsze jest tak, że kat jest katem, a ofiara ofiarą? A co jeśli kiedyś kat był ofiarą i teraz szuka zemsty?

Śledztwo będzie szło do przodu, głównie dzięki dokładności i sprytowi Jezierskiej. Podobała mi się ta postać i chętnie poczytałabym o niej więcej, w kolejnych częściach. Na tę chwilę wiem, że jest sierżantem, ma dość mroczną przeszłość, siostrę rodzoną w zakonie, z którą ma słaby kontakt, obie wychowywały się w domu, gdzie ojciec nie stronił od przemocy i tłukł matkę, kiedy tylko przyszła mu ochota. Jezierska zatem dobrze zna pojęcie kata i ofiary, a także wie jak to jest odczuwać przemożną chęć zemsty. I choć jej ojciec już nie żyje, to nadal nie brakuje w niej chęci zaciśnięcia rąk na jego szyi. Jeśli chodzi o pracę natomiast, to Jezierskiej marzy się śledztwo z prawdziwego zdarzenia, „morderstwo z morałem, przewrotne czynienie dobra”, a nie tylko marne interwencje, z których niewiele wynika. Czyżby śmierć gościa hotelowego, który koniec końców okaże się księdzem, będzie przyczynkiem do takiego właśnie śledztwa?

Kosoń z kolei to stary wyga, ze swoimi odchyłami, lekko „niedogolony, niedoczesany i wymięty”, zmęczony i niemodnie ubrany, ale skuteczny i z dość dużą dozą sarkazmu, szczególnie wobec przełożonego. Jest jeszcze świetna postać pani prokurator Marii Przyzwan, och, ależ ją polubiłam! To kobieta, która jest rezolutna, bezczelna, często przeklina i ma celne riposty, jest zawzięta i uczulona szczególnie na niesprawiedliwość i układy. Bardzo fajnie dogaduje się, a właściwie przekomarza z Kosoniem i powoli zacznie doceniać również i Jezierską.

To bardzo dobry, solidny kryminał z akcją, która wciąga. Poza ciekawym śledztwem, w tym genialnie przedstawionymi przesłuchaniami gości hotelowych, bedzie się sporo działo. Uważność i skrupulatność w wyciąganiu wniosków Jezierskiej i Kosonia pomogą w postępie śledztwa, ale choć „góra” będzie poganiać, sprawa nie będzie prosta. Zanim dowiemy się, kto jest mordercą, poznamy wiele faktów z przeszłości wielu osób. Co do tożsamości mordercy zaś, byłam mocno zaskoczona, bo obstawiałam zupełnie inną osobę. A nawet dwie. Nie trafiłam. I o to chodzi w rozrywce kryminalnej. Żeby nie trafić. A przynajmniej nie od razu. Wątek zamordowanego księdza, który poprzez restrospekcje jawił się będzie w oddzielnych, krótkich rozdziałach, z których jeden zacytowałam na początku, to również mocna historia. Nadal aktualna, że tak powiem… No a samo zakończenie śledztwa, to już inna kwestia. Czy zgodzimy się z takowym? Czy sami bohaterowie będą usatysfakcjonowani? Powiem za autorką „Teraz wszystko zależało od interpretacji”.

Świetna rzecz. Polecam miłośnikom kryminałów! Premiera 2 września.

„Szaniec”, Agnieszka Jeż, wydawnictwo Burda Książki, 2020.

stosik grudniowy

Faktycznie, niewielki stosik w tym miesiącu. Nie kupowałam zbyt wiele, a egzemplarze recenzenckie tylko trzy tym razem: „Niewiarygodne” (recenzja tutaj już była), „Milion małych kawałków” i „Pustelnik” Nordbo (czytam, ale jakoś męczy i nudzi, jestem w połowie, poprzednie kryminały tego autora były chyba lepsze).

Sama kupiłam sobie 4 książki z wydawnictwa Sonia Draga, które uważam za jedne z lepszych, bo wydaje powieści z wielu krajów, o których chcę czytać i autorów o których często pierwsze słyszę. I tak właśnie jest z książkami „Śmierć to udręka” i „Dyktatura strachu” (tłem jest Syria) oraz „B jak Bejrut” (tłem Liban), do tego jeszcze włoskie tło czyli „Historia porządnej rodziny” Rosy Ventrella i „Blask” Margaret Mazzantini (ta ostatnia za 7zł).

I z innej bajki nabytkiem jest reportaż / opowieść o Bieszczadach z wyd. Czarne czyli „Kiczery” Robińskiego. Czytać by się chciało, choć sił nie ma, bo człowiek zmęczony pracą, no ale cóż. Może choć trochę uda się odetchnąć.

No, to miłego  czasu:)DSC08043

„Zimny strach” Mads Peder Nordbo

DSC03872Kiedy w zeszłym roku czytałam „Dziewczynę bez skóry” Madsa Pedera Nordbo, zachwycałam się przede wszystkim opisami miasteczka Nuuk na Grenlandii, gdzie działa się akcja tego kryminału. Podobnie jest i tutaj. I jest dużo lepiej!

Bohaterowie wciąż ci sami. Jest Matthew Cave – młody dziennikarz, który nadal żyje w żałobie po śmierci swojej żony i nienarodzonej córeczki, które zginęły w wypadku, w którym on prowadził samochód. Jest Jakob, policjant, którego poznaliśmy w pierwszej części, teraz już emerytowany. Jest też Tuparnaaq – taka „grenlandzka” Lisbeth Salander, ogolona na łyso, ubrana na czarno i pokryta tatuażami dziewczyna, zawzięta, pragnąca zemsty. Poznaliśmy ją w pierwszej części i wiemy już, że odsiedziała wiele lat w więzieniu. Za co? I po co wróciła do Nuuk? 

Akcja książki dzieje się dwutorowo. Rok 2014. Tym razem Matthew będzie musiał walczyć o życie zarówno swoje, jak i swojej przyrodniej, nastoletniej siostry, Arnaq, która nagle zniknie, jakby zapadła się pod ziemię. Jej przyjaciele natomiast z którymi spędzała weekend w opuszczonej grenlandzkiej osadzie, zostaną zamordowani.

Rok 1990 – amerykańska baza wojskowa Thule. To tam właśnie, kilku mężczyzn zostaje poddanych pewnemu eksperymentowi, w którym testowano na nich specyfiki pozwalające na długie przebywanie na mrozie. Jednym słowem, chodziło o pozbawienie człowieka zdolności odczuwania zimna. Po co? Kto prowadził ten eksperyment? Dlaczego pewnej nocy mężczyźni zaczęli do siebie strzelać? Powiem tylko, że wśród nich był niejaki Tom – ojciec Matthew, z którym Matthew stracił kontakt 24 lata temu.

Teraz kilka drobiazgów wskazuje na to, że Tom powrócił. Czy zatem faktycznie ojciec Matthew żyje? Czy porwanie Arnaq jest w jakiś sposób związane z prowadzonym lata temu eksperymentem? Jak skończy się cała historia i co wspólnego z tym wszystkim ma Tuparnaaq, która cały czas czai się ze strzelbą i wyczekuje odpowiedniego momentu? Prawie wszyscy w tej książce będą musieli walczyć ze swoimi słabościami, trudnymi wspomnieniami z przeszłości, i przede wszystkim ze strachem. 

Autor, który od dawna mieszka na Grenlandii, umiejętnie i dość plastycznie wplótł w akcję książki, znane mu zapewne już dobrze, miejsca:

„Matthew zgasił wypalonego papierosa w szklanej miseczce wypełnionej wodą i skierował wzrok w stronę góry Ukkusissat, wznoszącej się ku błękitnemu niebu za położoną na samych obrzeżach Nuuk dzielnicą Quinngorput. W tle rysowały się inne górskie szczyty, a tuż za nimi zaczynał rozrastać się lądolód. Widać go było ze szczytu Ukkusissat, patrząc w kierunku Ittoqqortoormiit. Te dwa punkty dzieliło od siebie tysiąc pięćset kilometrów lodu. Nic poza tym. Żadnego życia. Po prostu nic. Tylko gruba na kilometr pokrywa lodowa o powierzchni większej niż Francja”.  

Wyobrażałam sobie, jak to może wyglądać, znalazłam w necie (commons.wikimedia.org) zdjęcie tej potężnej góry Ukkusissat – to ta ośnieżona (a swoją drogą te grenlandzkie nazwy….).

1280px-Ukkusissat-ochre-houses

 A Ittoqqortoormiit, to już w ogóle bajka:

Książka „Zimny strach” to świetna historia. Duszna, mroczna, tajemnicza, ciekawa, wciągająca i zaskakująca. Czyta się świetnie. Bardzo mi się podobała. Bardzo podoba mi się umiejscowienie akcji na zimnej Grenlandii. Polubiłam Matthew, polubiłam tę zadziorną Tuparnaaq, która tu pokazała wreszcie, choć bardzo delikatnie, swoje wrażliwe i ludzkie oblicze. Czekam z niecierpliwością na kolejne części.

„Zimny strach” Mads Peder Nordbo, tłum. Justyna Haber-Biały, Agata Lubowicka, wyd. Burda Książki 2018

„Surogatka” Louise Jensen

622961-352x500„Kto z nas nie ma nic do ukrycia? Każda wersja prawdy jest plastyczna. Formujemy swoją rzeczywistość w taki sposób, żeby przykryć prawdę. Czasami wychodzi to tak dobrze, że udaje nam się przekonać nawet samych siebie”.

Thriller może nie genialny, jak sugerowane jest na okładce, ale faktycznie bardzo dobry i trzymający w napięciu, szczególnie na ostatnich stronach. Czyta się to bardzo szybko. Zastanawiające jest, jak wiele człowiek potrafi zaryzykować, by spełnić swoje marzenie. Jak bardzo może być ślepym i ufnym, by zostać zmanipulowanym. I przerażające jest to, jak dużo mrocznych tajemnic można skutecznie ukrywać przez wiele lat. Prawda jednak jest taka, że kiedyś i tak wszystkie sekrety wyjdą na jaw, bo sprawiedliwości musi stać się zadość, zemsta jest słodka, czy to losu, czy ludzka. I prawdą również jest to, że zbieg okoliczności może nas bardzo mocno zaskoczyć i wywrócić mozolnie budowaną rzeczywistość kompletnie do góry nogami.

Kat i Nick tworzą szczęśliwe małżeństwo. Oboje pragną mieć dziecko, ale z różnych powodów, o których czytelnik dowie się w trakcie lektury, nie mogą. Wykorzystują wszystkie możliwe drogi, aż w końcu postanawiają skorzystać z usług matki zastępczej. Surogatką dla nich będzie Lisa, dawna przyjaciółka Kat z dzieciństwa. Kobiety spotykają się przypadkiem, stęsknione za sobą, wspominają stare, dobre czasy. No właśnie, czy faktycznie dobre? Wracają wydarzenia z przeszłości. Wraca wspomnienie o wielkiej, pierwszej miłości Kat: Jake’u, który jednocześnie był ukochanym bratem Lisy. Wracają sekrety i tajemnicy z „wtedy”. Natomiast „teraz” jest inaczej. Wszystko co wróciło, boli ze zdwojoną siłą. Przyjaciółki postanawiają sobie pomóc. Lisa da Kat dziecko, a Kat da Lisie pieniądze i wsparcie. Tylko czy to faktycznie będzie sytuacja idealna i taka jakiej Kat i Nick się spodziewają? 

Przyznaję, że autorka kilka razy zbiła mnie z tropu i podążyłam jak ślepa owieczka tokiem myślenia Kat, co okazało się błędne. Innym razem znów domyśliłam się, co się wydarzy. Najbardziej zaskoczyło mnie, to co wyszło na jaw pod koniec książki. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i właściwie to każda z postaci dołożyła do tego mojego zaskoczenia jakiś swój „grosik”. Czytałam wcześniejszą książkę tej autorki: „Prezent” – podobała mi się, choć „Surogatka” chyba bardziej. Temat matki zastępczej sam w sobie jest trudny i dla mnie dość kontrowersyjny. Będąc na miejscu Kat wątpię, bym się posunęła do takiej właśnie opcji. Ale zdaję sobie sprawę, że czasem ludzie tak bardzo czegoś pragną, że zdolni są do różnych wyborów. A kiedy ktoś wchodzi im w drogę, psuje ich plan i przyszłość, gotowi są na wszystko. Zupełnie jak tytuł serialu „Gotowe na wszystko” którym zafascynowane były Kat i Lisa w latach młodzieńczych.

A jak to było u Szekspira w „Kupcu weneckim”?  (cytat z początku książki) :

„Ukłujcie nas – czyż nie będziemy krwawić? Połaskoczcie – czyż nie będziemy chichotać? Otrujcie – czyż nie umrzemy? A gdy nas skrzywdzicie – czyż nie będziemy szukać pomsty?”

No właśnie.

„Surogatka” Louise Jensen, tłum. Aga Zano, wyd. Burda Książki, 2018

„Dziewczyna bez skóry” Mads Peder Nordbo

aaa„Dziewczyna bez skóry” Madsa Pedera Nordbo, to kolejny dobry i mroczny kryminał, pierwsza część arktycznej serii. Autor jest Duńczykiem mieszkającym od wielu lat na Grenlandii w miasteczku Nuuk, gdzie umieścił akcję książki. „Do Nuuk nie prowadziły żadne drogi. Miasto było jedyne w swoim rodzaju, ze wszystkich stron otoczone górami, niebem i morzem.” Niewielka, znająca się społeczność zamieszkująca Nuuk, lodowaty wiatr i śnieg oraz mgła są idealnym tłem dla powieści, w której tajemnica goni tajemnicę. 

Matthew Cave osiedla się w Nuuk po śmierci swojej ciężarnej dziewczyny w wypadku samochodowym, jaki mieli jakiś czas temu. Matt zatrudnia się w lokalnej gazecie, by zapomnieć o stracie ukochanej i ich nienarodzonej córeczce. Znalezione w szczelinie lodowca zwłoki mężczyzny, wikińskiego osadnika, solidnie zmumifikowane staną się dla Matthew dobrym tematem na artykuł. Kim jest znaleziony w lodzie człowiek? I dlaczego jego zwłoki, zanim jeszcze zostaną zbadane, znikną? a policjant ich pilnujący zostanie w brutalny sposób zamordowany? Rozpłatany brzuch pozbawiony wnętrzności i krew na śniegu. 

„– Przenieśliście wczoraj mumię? – Odwrócił się i popatrzył na troje naukowców. – Przenieśliście gdzieś wczoraj mumię? Jeden z nich pokręcił głową. – Nie. – Nie ma jej tam – wymamrotał Matthew i ponownie zwrócił twarz ku zimnej szybie.Czerwona plama pod nimi stawała się coraz większa. Pośrodku leżał Aqqalu z rozciętym brzuchem, a obok niego klęczał Ottesen wśród czerwonych kryształów, które jeszcze dzień wcześniej były ciepłą krwią.”

Matthew zacznie prowadzić swoje własne śledztwo. Pomoże mu w tym tajemniczy notes z zapiskami policjanta – Jakoba – który w 1973r. prowadził śledztwo w sprawie morderstw czterech mężczyzn. Oni wszyscy mieli rozbebeszone wnętrzności. Zupełnie jak upolowane i wypatroszone foki, na które w Nuuk polują i polowali zawsze wszyscy. Mężczyźni i kobiety, a nawet dzieci. 

„W nocy wiatr zmienił kierunek i rano Nuuk spowiła gęsta mgła. Widoczność zmniejszyła się do około dziesięciu metrów. Wszystko przesłoniła północnoatlantycka szara kurtyna, ocierająca się wilgotnym oddechem o domy i góry i stapiająca otoczenie w rozmazaną zimną chmurę. Wszystko zniknęło. Całkowicie. Zarówno morze, jak i góry, które Matthew zazwyczaj mógł podziwiać z okna mieszkania. Mężczyzna wciągnął głęboko do płuc dym z papierosa i pozwolił mu tam pozostać przez kilka sekund, nim wypuścił go na wolność prosto we mgłę.”

Akcja książki dzieje się dwutorowo. Śledzimy zmagania Matthew oraz pewnej wytatuowanej, niezwykle bystrej, ogolonej na łyso dziewczyny, Grenlandki Tupaarnaq, która niedawno wyszła z więzienia i jest jedyną osobą (jak się okaże), której Matt może zaufać. Śledzimy również zmagania Jakoba, policjanta z 1973r., który próbując rozwikłać tajemnicę brutalnych morderstw, odkrywa, iż mają one być może związek z seksualnym wykorzystywaniem małych dziewczynek, które zaginęły. Wysoko postawieni politycy i urzędnicy mogą mieć związek z gwałtami oraz z innymi, jeszcze paskudniejszymi wyczynami, które nieźle ukrywają. Ujawnienie prawdy może wywołać ogromny skandal, życie Jakoba jest zagrożone. Życie Matthew, który natrafi na pewne ważne ślady zagrożone będzie również. Jak się skończy cała historia? 

„Dziewczyna bez skóry” to dobry kryminał, choć nie jest to wielkie odkrycie, bo takich książek jest już sporo na rynku. Jednak uważam, że warto sięgnąć chociażby ze względu na wciągającą fabułę i Grenlandię w tle. Samo miasteczko Nuuk „wyguglałam” i ogromnie zazdroszczę autorowi, że może mieszkać w tak pięknym, nieskażonym zanieczyszczeniami, miejscu z kolorowymi domkami. Sama Tupaarnaq, Grenlandka przypomina mi Lisbeth Salander z „Millenium”, co nie jest niczym złym według mnie, bo to dobry wzorzec. Ciekawa jestem rozwoju jej postaci i rozwoju relacji między nią a Matthew. 

Serdecznie polecam miłośnikom gatunku. 

P.S. Korekta tylko mogłaby być solidniejsza, bo znalazło się kilka literówek.

„Dziewczyna bez skóry” Mads Peder Nordbo, wyd. Burda Książki 2017, tłum. Haber-Biały Justyna, Lubowicka Agata