„Ku wolności” Sue Smethurst

Autorka w Prologu pisze „Mam nadzieję, że odbierzesz tę książkę w duchu zgodnym z moimi intencjami. Nie jest to materiał historyczny i nie rości pretensji do naukowego dokumentu na temat Holokaustu; to po prostu historia pewnej kobiety i jej rodziny opowiedziana z jej punktu widzenia. Dodam tylko, że dokonałam wszelkich starań, by zweryfikować tę historię”.

Autorka jest żoną wnuka bohaterów powieści: Mindli i Kubusia Horowitzów. Postanowiła opisać historię tych dwojga, by upamiętnić ich losy, które są niezwykle ciekawe. Oboje wiele przeszli podczas II Wojny Światowej, która wybuchła zupełnie nieoczekiwanie, burząc ich kiełkującą dopiero co, miłość i wchodząc z butami w dopiero co zawarte małżeństwo. Oboje byli Żydami, ona pracowała w garbarni w Warszawie, on był artystą sławetnego cyrku Staniewskich. Spotkali się przypadkiem i zakochali w sobie. To taka miłość za którą idzie się w ogień. Może nie była opisana tu w jakiś płomienny sposób, ale wystarczyło poczytać o tym, jak Mindla z synkiem wyruszają w podróż do Białegostoku, kiedy hitlerowcy opanowują Warszawę. Jej brawurowa decyzja o tym, by jednak dołączyć do męża, który pracuje w cyrku i akurat w tym momencie jest w innym krańcu Polski, niesie za sobą bardzo smutne konsekwencje. Próbując go odnaleźć zostaje aresztowana przez Rosjan, a jej synka zabierają do sierocińca.

Opisy rzeczywistości więziennej, strachu i wszelkiego rodzaju odczuć są tu bardzo wyraziście przedstawione. To była dla kobiety prawdziwa droga przez mękę. Życie nagle przestało być takie banalne i normalne. Każdy okruch chleba był na wagę złota, każdy centymetr zimnej podłogi cenny. Straszna rzeczywistość, w której kobieta musiała się odnaleźć dodała jej na pewno hartu ducha, ale też wyryła w jej duszy niejedną rysę. Czy Mindla odnalazła męża? Jak potoczyły się losy bohaterów? Czy tytułowa wolność, do której dążyli uciekający przed koszmarem wojny bohaterowie, została odnaleziona?

To ciekawa i wzruszająca książka, opatrzona zdjęciami, które autorka zbierała podczas wywiadów z rodziną. Czytało się dobrze, choć tematyka bolesna, ale momentami ta powieść wydawała mi się mocno patetyczna i do tego z zebranymi wszystkimi krzywdami świata wojny upchanymi w tych 300 stronach. Nie wiem, może dlatego nie do końca mnie ta książka porwała? Rozumiem, że takie opowieści są ważne i że trzeba pamiętać o ofiarach Holokaustu, ale coś mi tu nie zagrało do końca i kompletnie nie wiem w sumie co. Może ten patos? a może, to że nie czytam zbyt dużo takiej literatury, bo temat wojny mnie totalnie przygnębia? (a jeśli już, to wolę stricte formę reportażu).

Niemniej jednak, domyślam się, że na pewno ta pozycja znajdzie wielu odbiorców, którym się ona spodoba. To, że nie do końca mi się ta książka podeszła, nie oznacza, że nie doceniam odwagi bohaterów i że nie podziwiam ich wytrwałości i miłości, które pozwoliły im zachować nadzieję. To bardzo ważne i to akurat autorka przedstawiła bardzo ciekawie i wzruszająco. Jest to na pewno pozycja warta uwagi, tym bardziej, że przedstawia prawdziwe, żyjące kiedyś osoby.

„Ku wolności” Sue Smethurst, przekład Magdalena Hermanowska, Dom Wydawniczy Rebis, 2021

„Trik” Emanuel Bergmann

Kompletnie nie wiem, co mam myśleć o tej powieści. Zupełnie mnie nie porwała. Zapowiadana jako „powieść pełna niezwykłego humoru i magii” była dla mnie lekturą średnią, momentami nużącą i dodatkowo z jednym bardzo irytującym bohaterem. Owszem, druga połowa była nieco lepsza, choć ogólnie i tak słabo.

Mamy tu dwie historie, które w pewnym momencie łączą się ze sobą za sprawą pewnego pragnienia małego chłopca, Maxa. Chłopiec mieszka w Los Angeles, jego rodzice ciągle się kłócą i w końcu decydują się na rozwód. Kiedy w ręce Maxa wpada stara winylowa płyta jego taty, na której nagrany jest bardzo znany niegdyś czarodziej – Wielki Zabbatini – wypowiadający różne zaklęcia, w tym to o wiecznej miłości (na którym płyta się akurat zacina), chłopiec wpada na pomysł odnalezienia tegoż czarodzieja. Chce by ten wypowiedział to zaklęcie do jego rodziców – być może to sprawi, że się nie rozwiodą. „Pragnął jeszcze przez chwilę podrzemać i marzyć, otulony ciepłą kołdrą kłamstw. Nie chciał wstawać i czuć pod bosymi stopami zimnej posadzki. Jeszcze nie. Mimo przeważającego ciężaru dowodów, które przemawiały przeciwko, Max trzymał się swoich przekonań – i wierzył w to, co niemożliwe”.

Poznajemy również pewnego żydowskiego chłopca, o imieniu Mosze, który żyje sobie w przedwojennej Pradze. II wojna światowa nadchodzi wielkimi krokami, ale jeszcze można cieszyć się beztroską, choć w domu się nie przelewa. Chłopiec pewnego dnia idzie z ojcem do cyrku i tam jego życie nabiera kolorów. Od tego momentu nie pragnie niczego więcej, jak tylko przenieść się do cudownego świata cyrkowców, klaunów i magii. Czy mu się to uda? Te dwie historie, jak wspomniałam nie dzieją się w tym samym czasie, ale przyjdzie dzień, że się zazębią, W jaki sposób? Kim jest Wielki Zabbatini i czym jest tytułowy trik?

Nie jestem specjalnie zachwycona tą powieścią, myślałam, że bardziej się wciągnę. że polubię postacie. No nie. Jedna była mi kompletnie obojętna a druga, nie dość, że irytująca, to jeszcze momentami obleśna, choć ze smutnym życiorysem. Owszem, podobały mi się fragmenty już po wybuchu wojny, smutne i dosadnie pokazujące jak traktowano Żydów, również opisy miast, na przykład Berlina podczas wojny: „Na kamieniu i stali nie można już było polegać, okazały się zupełnie nietrwałe. To była najbardziej spektakularna czarodziejska sztuczka, jaką kiedykolwiek widział: coś istniało, a w następnej chwili przestawało istnieć. Całe ciągi ulic znikały, jak kamień w wodę. W kanałach pływały zwłoki ze wzdętymi brzuchami. A mimo to publiczność zachowywała się tak, jakby to wszystko był tylko teatr, jakby nic z tego nie było prawdą”.

Faktycznie, jest to książka o poszukiwaniu magii w życiu, o takim spełnianiu swoich marzeń i kreowaniu rzeczywistości w jakiej chciałoby się żyć. I czasem nawet może się to udać, jeśli ma się wystarczająco dużo wiary i uporu. Jest to również książka o tym, że czasem przypadkowe spotkanie dwóch obcych sobie osób, może nadać sens ich życiom. Ale… no nie trafiła do mnie ta powieść. Sorry. Jednak nie chcę nikogo zniechęcać, bo widziałam również kilka już dobrych opinii, a najlepiej wyrobić sobie swoją. Próbujcie, może Wam się spodoba.

Premiera dzisiaj – 10 sierpnia.

„Trik” Emanuel Bergmann, tłumaczenie Ryszard Wojnakowski, Dom Wydawniczy Rebis, 2021

„Mój Michael” Amos Oz

„W zimie Jerozolima zna jasne, słoneczne soboty. Niebo przybiera odcień, który nie jest błękitem, lecz intensywnym, głębokim indygo, jakby morze wzniosło się i dnem ku górze zawisło nad miastem. Ta jaskrawa przejrzystość, wyszywana chórami rozswawolonych ptaków, skończenie świetlista. Odległe budynki, gaje, wzgórza zdają się drżeć nieprzerwanie. Przyczyną tego zjawiska jest parująca wilgoć, tak mi wyjaśnił Michael. W takie soboty jemy wczesne śniadanie i wychodzimy na długi spacer. Opuszczamy ortodoksyjne dzielnice i wędrujemy daleko, do Talpijot, do Ein Kerem, do Malchy, do Giwat Szaul. W południe odpoczywamy w jakimś lasku, zjadamy to, co wzięliśmy na drogę. Wracamy do domu pod wieczór, pierwszym autobusem po zakończeniu szabatu. Są to spokojne dni. Chwilami wyobrażam sobie, że Jerozolima otwiera się przede mną i wszystkie jej zakamarki zalewa światło. Nie zapominam, że niebieski blask to złudzenie. Ptaki odlecą. Ale ja przecież już umiem się wyrzekać. Unosić na wodzie. Nie sprzeciwiać.

Chana, młodziutka studentka literaruty hebrajskiej przypadkiem poznaje Michaela, studenta geologii na uniwersytecie w Jerozolimie. Ich pierwsze spotkanie, obopólna fascynacja i chęć bliskości prowadzą w krótkim czasie do małżeństwa. Wydaje się, jakby ten ślub był zawarty w pośpiechu, bez większego zastanowienia, chociaż niby oboje tego chcą i zależy im na sobie. Porozumiewając się krótkimi, często dziwnie niezrozumiałymi dla siebie zdaniami, próbują ze sobą rozmawiać, ale cały czas ma się wrażenie, że nie potrafią się zrozumieć. Coś ich ku sobie popchnęło, narodziło się gdzieś przecież uczucie, ale wspólne życie staje się totalnie zwyczajne. Rodzi się dziecko, Michael skupia się na pisaniu swojej pracy doktorskiej, wydaje się być podobny do jednej ze skał, których erozję bada. Jest spokojnym, dość przeciętnym człowiekiem, trzymającym się swojej pasji, natomiast Chana zaczyna pragnąć czegoś więcej. Pragnie, by się coś działo, by życie było jak pożar, jak lawina uniesień, by nie polegało tylko na oglądaniu telewizji, na marzeniach o pralce elektrycznej czy większym mieszkaniu, na oglądaniu bezpłciowych ubrań swojego nijakiego męża (bo tak go odbiera). Czasem wydaje się, jakby chciała zatracić się w rozkoszy, bólu, takim do krwi i mięsa, a dostaje jedynie przelotne muśnięcie ręki, albo oschłą odpowiedź.

Jej nastawienie do życia, pesymistycznej, szukającej nie wiadomo czego i wiecznie narzekającej kobiety doprowadzało mnie do ogromnej irytacji. I teraz, albo Amos Oz ma totalną zdolność tworzenia bohaterów denerwujących i męczących (co byłoby w pewnym sensie sztuką), albo uczynienie kobiety narratorką stało się ponad jego siły. Nie dawałam rady, czytałam tę książkę bardzo długo, bo musiałam odpoczywać od ciężkiego stylu autora. Na okładce napisane jest, że Oz „mistrzowsko maluje postępujący rozpad małżeństwa”, jednak według mnie to przerost formy nad treścią. Nie znam jego poprzednich książek, więc też kompletnie obcy mi jest styl jego pisania, ale już wiem, że się z Amosem Ozem nie polubimy.

Niektóre fragmenty były piękne i były to takie fragmenty, w których Chana opisywała codzienność, spotkania z rodziną, z teściem, opisy Jerozolimy lat pięćdziesiątych chwytały mnie gdzieś za serce:

„Jerozolima to smutne miasto, ale w każdej godzinie i porze roku jest smutne innym smutkiem”.

„Labirynt prowizorycznych budynków, magazynów, baraczków i płotów, które z tłumioną wściekłością wspierają się o szare kamienne domy, kolorem zbliżone chwilami do błękitu, chwilami do czerwieni. Pordzewiałe blaszane rynny. Szczątki ścian bez domu. Zacięta, niema walka między kamieniem a upartą roślinnością. Puste posesje pełne śmieci i ciernistych krzaków. A zwłaszcza szaleńcza gra światła: wystarczy, że chmura na moment rozdzieli zmierzch i miasto, a już Jerozolima jest inna”.

I tu faktycznie widzę, jak Amos Oz maluje słowem. Takie opisy mogłabym czytać cały czas. I jest ich tu więcej, z tym, że to nie książka o mieście, a o małżeństwie, których na świecie jest przecież wiele. Bardzo podobnych zapewne, w których albo jedna, albo obie strony się nie odnajdują, próbują wzajemnie się poniżać, nie potrafią się zaspokoić w żaden sposób. Tak jak w małżeństwie Chany i Michaela, w którym każdy dzień jest taki sam, albo przynajmniej podobny. „Mój mąż i ja jesteśmy jak dwoje obcych ludzi wychodzących razem z przychodni po nieprzyjemnym zabiegu: oboje zażenowani, czytają w swoich myślach, czują zawstydzającą i niewygodną bliskość, ze znużeniem szukają odpowiedniego tonu, w których będą odtąd z sobą rozmawiać”. Faktycznie Oz pokazuje tę destrukcję związku, ale nie jest to łatwe w odbiorze. Przynajmniej dla mnie nie było, już pomijając tę wnerwiającą kobietę, która często ucieka też w jakieś wyimaginowane historie, marzenia senne…. I pomyśleć, że pod koniec książki ma ona 25 lat!!? a ma się wrażenie, jakby była już mocno sterana i zmęczona życiem…

Gdyby ta powieść w całości była napisana prościej, bez tego (według mnie) często przerostu formy nad treścią, byłabym może zachwycona. A tak … jestem zmęczona, poirytowana i zła, że zajęło mi to tyle czasu. Nie wiem, normalnie bym tę książkę odłożyła, ale jest to egzemplarz do recenzji, który sama sobie wybrałam, więc czuję się zobowiązana, by jednak coś napisać.

Powiem krótko: pomijając już charakter i podejście do życia głównej bohaterki, zamysł dobry, podobało mi się wybiórczo, końcówki nie zrozumiałam w ogóle, a kompleksowo całej powieści mówię zdecydowane: nie.

„Mój Michael” Amos Oz, tłumaczenie Agnieszka Jawor-Polak, wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis, 2020

„Bodaj Budka” Natałka Babina

116233504_3100674289982010_7168937374058542135_nAleż to dziwna powieść była! czytałam ją i otwierałam oczy ze zdumienia, skąd autorce do głowy takie pomysły na fabułę przyszły? Z jednej strony nie rozumiałam tej książki, ale z drugiej, paradoksalnie,  wciągnęła mnie ta książka jak bagno i brnęłam dalej, a im dalej w las, to i Śmierć na łące zioła zbierała, kot przemawiał ludzkim głosem, główna bohaterka, Ałka Babylowa wpadała w dziury czasowe, a nad Budkę i okoliczne białoruskie miasta nadciągnęły złote statki kosmiczne, którymi przylotni zabijali mieszkańców, przekrawając ich ciała na pół, albo zmuszali do katorżniczej pracy w magazynie gazu.

Dziwność nad dziwnościami ta powieść. Kompletnie nie wiem, co o niej napisać. Nie wiem nawet co o niej myśleć i czy mi się podobała? Pierwszy raz tak mam i pierwszy raz chyba miałam do czynienia z czymś tak z jednej strony oryginalnym i pokręconym, a z drugiej mającym jakieś drugie dno. Bo są tu momenty, które dają do myślenia.

Zatem, dlaczego Antygomowie (jak nazywa się przylotnych) rozciągnęli nad krajem swoistego rodzaju kopułę i chcą zawładnąć duszami mieszkańców? Co ich sprowadziło? Dlaczego wszystko się zmieniło? Nic już nie jest takie samo? Jest kilka teorii snutych przez Ałkę i jej przyjaciół: starego Halca z Alzheimerem, Tolika, który stanie się kimś bardzo ważnym dla 50letniej już Ałki, Łenkę mającą klinikę weterynaryjną, Sahajdaka czy Mariję, postać z pisanej przez Ałkę powieści, która nagle zmaterializowała się we wsi. Sama Ałka, kobieta po przejściach, przenosi się budki kolejowej, by skończyć pisaną przez siebie powieść. Ałka z trudem przeboleje nagłą, okrutną śmierć swojej koleżanki, a potem siostry bliźniaczki, Budka stanie się jej azylem, ale też miejscem na tyle bezpiecznym, gdzie Antygomowie nie docierają. 

Wracając jednak do teorii działań Antygomów, może to teoria wielkości skończonych, albo teoria korpuskularno-falowa, tudzież działania bezpośredniego? Czemu kot zaczyna gadać, a ludzie mieszają języki jednocześnie się rozumiejąc?

„Koty przemówiły, za to ludzie zamienili się w biośmieci, karmę dla poczwar. Przeżyliście życie bezmyślnie i bezwolnie jak jakieś ameby, nie jak ludzie, nie jak wojownicy” – powie Marija. A pop Kasjan we wsi Zabłudyn doda, że „Prawdopodobną przyczyną inwazji było nasze ludzkie zachowanie, zachowanie społeczeństwa jako takiego! A czym było nasze społeczeństwo w ogóle, przez – powiedzmy – ostatnie kilka tysiącleci? Było społeczeństwem słowa. Słowo zostało postawione na piedestał. Modlimy się słowem i modlimy się do Słowa. Na początku było Słowo. Słowem można zabić, słowem można ocalić, słowem można pułki za sobą poprowadzić” .

A czy nie lepiej działać, zamiast tyle gadać? To chyba jest kluczowe w tej powieści. Pokazanie nam, że samym gadaniem, nic nie zwojujemy. Politycy gadają, obiecują, ale potem niewiele robią. Słowa ranią, słowa niszczą, a czasem warto byłoby coś przemilczeć. Ważna jest też pamięć o swoim pochodzeniu, tożsamość narodowa, której nie wolno utracić. Sama nie wiem, czy dobrze to zrozumiałam, ale jest to właśnie to, co przyszło mi do głowy po lekturze. Nie możemy dać sie omamić złotem zrzucanym z nieba przez Antygomów, w celu podporządkowania nas sobie. Trzeba walczyć i się bronić.

Ałka zna zaklęcie, wie jak zniszczyć to, do czego doszło i wrócić do początku. Tylko czy tak naprawdę da sie zniszczyć zło zakorzenione w ludzkości od pokoleń?  

To bardzo dziwna książka, ale też na swój przewrotny i surrealistyczny sposób, mądra, pokazująca przygraniczne niuanse, ostrzegająca przed utratą tożsamości i zwyczajnym poddaństwem. Tak myślę, choć pewna nie jestem, czy dobrze zrozumiałam powieść tej białoruskiej pisarki.

„Bodaj Budka”, Natałka Babina, tłum. Anna Korzeniowska – Bihun, wyd. Dom Wydawniczy Rebis, 2020.

„Quichotte” Salman Rushdie

sr„Jestem nowicjuszem w szeregach rasy ludzkiej, pomyślał, ale wydaje mi się, że ten gatunek się myli albo łudzi co do własnej natury. Tak się przyzwyczaił do noszenia masek, że nie widzi, co się kryje pod spodem. Tutaj, w tym autobusie, mogę rzucić okiem na rzeczywistość, która jest bardziej fantastyczna, bardziej przeraźliwa, bardziej należy się jej obawiać, niż mogą to wyrazić moje biedne słowa. Tego wieczoru jesteśmy kapsułą zawierającą dowód ludzkiego życia i inteligencji, kapsułą posłaną w czarne otchłanie wszechświata, by przekazać każdemu, kto może nas usłyszeć: oto jesteśmy. To my. Jesteśmy złotym dyskiem na pokładzie Voyagera ze wspomnieniami odgłosów Ziemi. Jesteśmy mapą Ziemi wyrytą na satelicie KEO, kroplą krwi w diamencie. Jesteśmy Reprezentantem Planety Trzy z głową Hydry, wieloma stopionomi w jedno. Może jesteśmy Ostatnimi Fotografiami w satelicie orbitującym wokół Ziemi, które długo po tym, gdy wymazane zostaną ostatnie ślady naszej bytności na tej planecie, pokażą przybyłym kosmitom, kim kiedyś byliśmy. Jesteśmy przerażający jak diabli”.

Salman Rushdie stworzył opowieść, którą czytałam z prawdziwą przyjemnością, ciekawością i fascynacją. To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem o hinduskim pochodzeniu, znanym głównie z książki „Szatańskie wersety”, ale nie tylko oczywiście. Nie miałam wcześniej okazji, aby sięgnąć po cokolwiek jego pióra. „Quichotte”, czyli ostatnia powieść Salmana Rushdie pokazała mi styl autora i jego niesamowitą zdolność  do obserwacji świata i do łączenią wątków, bo to taka „szkatułkowa powieść” z dwiema liniami narracji, dodatkowo ubarwiana często czarnym humorem, który mi się niezmiernie podobał.

Jak widać po tytule, autor nawiązuje w powieści do Don Kichota, postaci stworzonej przez Cervantesa. Tutaj, błędnym rycerzem walczącym z wiatrakami i szukającym swojej Dulcynei jest Ismail Smile, obwoźny sprzedawca, obsesyjnie zakochany w prezenterce telewizyjnej Salmie R. Przemierza on Amerykę starym samochodem obserwując wokół rzeczywistość i stawiając jej czoła. W pewnym momencie, by nie czuć się tak samotnym, wymyśla sobie syna, którego nazywa Sanczo i który najpierw jako istota nie dość zmaterializowana pojawia się zaskoczony swoim istnieniem w aucie Quichotte’a, a potem za sprawą pewnego świerszcza mówiącego po włosku (!) staje się prawdziwym człowiekiem. Nic dziwnego: w końcu to era Wszystko Się Może Zdarzyć. Quichotte przemierza z synem kolejne Doliny, które są etapami ku wyzwoleniu, a co za tym idzie, ku miłości: wielkiej, żarliwej i na całe życie. Aby zdobyć wymarzoną Salmę R. Quichotte pisze do niej listy, tajemnicze, krótkie, ale na tyle fascynują one kobietę, że zaczyna się ona zastanawiać, kim jest ów mężczyzna, który zawsze tak elegancko i wymownie „śle uśmiech”? Jak potoczy się zatem dalej historia Quichotte’a? Czy uda mu poznać osobiście Salmę R. i co będzie dalej, o ile w ogóle.. ?

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze Sam DuChamp: pisarz, autor thrillerów, który jest drugim narratorem. To on właśnie wykreował postać Quichotte’a, dał mu życie i pozwolił na opowiedzenie swojej historii. DuChamp z kolei opowiada własną. Jego życie  ze względu na również hinduskie, co Quichotte’a, pochodzenie, nie było łatwe. Głównie rodzinne problemy z Siostrą spowodowały, że relacje z bliskimi zostały mocno nadwątlone. Życie DuChampa dość mocno splata się z życiem Quichotte’a, któego stworzył, przeżywają obaj podobne sytuacje, choć bywa, że reagują na nie inaczej. Borykają się z rodzinnymi problemami, poszukując własnej drogi i odkrywając swoją własną naturę. „To oszałamiające, uprzytomnić sobie w tak zaawansowanym wieku, że rodzinna narracja, którą w sobie nosisz – i w której w pewnym sensie żyjesz – jest fałszywa lub, że przynajmniej nie zdawałeś sobie sprawy z jej najistotniejszej prawdy, przed tobą ukrywanej”. 

Obaj narratorzy, czyli i Sam i Quichotte są świetnie przedstawieni. Ich historie sprzęgają się w nieprawdopodobny sposób, co udowadnia talent Salmana Rushdie. Co ciekawe Salma R., ta znana osobowość telewizyjna, w której kocha się Quichotte, jakoś dziwnie kojarzy mi się z samym autorem, Salmanem Rushdie (Salma R. –  Salman Rushdie). A cała historia to nie tylko podróż ku miłości, której wszyscy szukamy i pragniemy, To także podróż w głąb siebie, jak powiedział Quichotte „do moich własnych nadwątlonych cnót, dobroci i szlachetności. […] Stając się godny ciebie, mogłem zasłużyć na bycie sobą”. 

Niezwykle ciekawy jest również przedstawiony tu obraz Ameryki, widziany przez głównych bohaterów – obraz kraju w którym nadal istnieje rasizm, w którym kultura staje się czymś bardzo podrzędnym, telewizja ogłupia, ludzie mają zbyt łatwy dostęp do broni, a normalność przestaje być normalna i moralna. Tutaj świetnym obserwatorem jest Sanczo – syn Quichotte’a, czego dowodem jest cytat z początku mojej notki, albo to pytanie „A może światem jest telewizja, a ja nie wiem kto trzyma pilota?”. Zresztą jego obserwacji i opinii jest w tej książce mnóstwo (nie mogę cytować wszystkich przecież) i są nieprawdopodobnie trafne, uniwersalne i pokazujące jak ludzkość stacza się na dno w swoich poglądach, zachowaniach..

Czytajcie, jeśli lubicie Salmana Rushdie, czytajcie jeśli go nie znacie, by zdecydować, czy spodoba Wam się jego styl.  To nie jest łatwa książka, choć czyta się świetnie. To było dla mnie fascynujące, dziwne i jednocześnie bardzo zapadające w pamięć doświadczenie. Na pewno sięgnę po coś więcej tego pisarza, na półce mam tylko „Dzieci Północy” więc zapewne niebawem będzie to ta lektura.

„Quichotte” Salman Rushdie, tłumaczenie Jacek Kozłowski, Wydawnictwo Dom  Wydawniczy Rebis, 2020.

Stosik marcowy

Sytuacja w kraju wiadomo jaka jest. Ja również siedzę w domu od dzisiaj, narazie nie wiem jak długo i jak się potoczy dalej sytuacja w pracy, niemniej jednak, lepiej zapobiegać, jak to mówią. Przy okazji jest czas na nadrobienie lektur, seriali itp., no i na odpoczynek, jakby nie patrzeć, którego mi bardzo brakowało. I choć pogoda nie zachęca do siedzenia w domu, to pamiętajmy, że lepiej cierpliwie unikać zatłoczonych miejsc i korzystać ze uroków zbliżającej się wiosny rozsądnie.

Zdobycze książkowe, jakie napłynęły do mnie w ostatnich marcowych tygodniach prezentują się poniżej. Pierwszych pięć książek od dołu to egzemplarze do recenzji od wydawnictw (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Dom Wydawniczy Rebis, Wydawnictwo Muza i Skarpa Warszawska : „Boski znak” z autografem autora!!), za które serdecznie dziękuję. Resztę kupiłam w promocji około -35-44% na Świecie Książki (na samej górze „Lekarze w górach”, bo słabo widać tytuł). Czekam jeszcze na parę innych książek do recenzji, ale pokażę je już na koniec miesiąca.

No to miłego czasu. Dbajmy o siebie!

DSC08568