„Dziewczyny” Emma Cline

496519-352x500Książka Emmy Cline opowiada historię Evie, nastolatki żyjącej gdzieś w północnej Kalifornii pod koniec lat 60tych. Evie jest samotna, nie ma przyjaciół, poza jedną koleżanką Connie, jej życie toczy się z dnia na dzień zupełnie nijak. Rodzice dawno są po rozwodzie, ojciec żyje z duża młodszą od siebie kobietą, a matka próbuje znaleźć sobie kogoś, by nie być tak przeraźliwie samotną, co nie do końca jej wychodzi. Zaczyna się lato i Evie przypadkowo poznaje czarnowłosą Suzanne Parker. Dziewczyna jej imponuje odwagą, pewnością siebie, jakimś rozmarzonym, seksualnym napięciem, które wywołuje, gdy się pojawia. Suzanne ma przyjaciółki, razem wygrzebują jedzenie ze śmietników, kradną, są bezczelne, ale wolne i swobodne.

Evie poznaje ich ranczo. Okazuje się, że na tymże, mieszka wiele osób, tworząc swoistą komunę/wspólnotę, która utrzymuje się z tego, co ukradnie, albo z tego, co znajdzie na śmietniku. Dzielą się wszystkim, nie zależy im na pieniądzach, wyśmiewają komsumpcjonizm, a dążą do niczym nieskrępowanej wolności. Guru wspólnoty jest Russell. „Pokochasz go – powiedziała – Jest zupełnie inny niż wszyscy. Żadnych bzdur. Bycie z nim to jak naturalny haj. Jak słońce albo coś takiego. Tak bardzo wielkie i słuszne”. To charyzmatyczny mężczyzna, który emanuje dziwnym seksapilem, mimo, iż nie jest super przystojny i super młody. Wszyscy wpatrzeni są w niego jak w Boga, który pokazując palcem wybiera sobie kolejne dziewczyny do uprawiania seksu czy też innych przyjemności. Sam próbuje śpiewać i marzy o nagraniu własnej płyty, w czym ma mu pomóc znany producent muzyczny, gruby i obleśny Mitch, który czasem zjawia się na ranczu, a czasem dziewczyny z rancza jadą do niego. Po co? No cóż, by być mu posłuszne, by przekonać go do muzyki Russella, tak aby ten mógł wreszcie nagrać swoją płytę marzeń. 

Wydarzy się tu wiele, dodajmy, że historia inspirowana jest sektą Charlesa Mansona i zbrodnią, jaka wydarzyła się w willi Polańskiego. Jest tu sporo odniesień do tego wydarzenia, choć bardziej skłaniałam się ku twierdzeniu, że jest to po prostu książka o dorastaniu i o szukaniu własnego miejsca i celu. Zbrodnia – owszem, wydarza się, i jest podobna w konsekwencjach i przyczynach, do tej którą popełniła sekta Mansona. Jednak to nie o tym w głównej mierze jest ta historia.

To co tu istotne, to to, że młody człowiek zawsze pragnie gdzieś przynależeć, szczególnie w wieku nastoletnim, kiedy wszystko jest czarno-białe, a w rodzinie nie dzieje się dobrze. Wtedy ważne jest, by być zauważonym. Evie, która zostaje zauważona przez Suzanne czuje się niezwykłą osobą, wyróżnioną. Już nie jest szarą myszką uczącą się z Connie w jej pokoju, teraz może nosić zwiewne, hipisowskie sukienki, palić papierosy, uprawiać seks, pić alkohol, bo na ranczu jest to codzienne i normalne. Może się otworzyć na nowe. Może słuchać własnego ciała i robić z nim co chce, ale przede wszystkim chce być WIDZIANA, głównie przez Suzanne, która jest dla niej kimś wyjątkowym, a może też przez Russela? Bo wcześniej bycie dziewczyną było takie: „trzeba przyjmować z rezygnacją, wszystko co się dostawało. Jeśli się wściekałaś, byłaś wariatką, a jeśli nie reagowałaś – byłaś suką. Mogłaś zrobić tylko jedno – uśmiechać się z kąta, w który cię zapędzili. Włączyć się w żart, nawet jeśli zawsze żartowanano tylko z ciebie”.

„Ale ranczo dowiodło, że można żyć na innym, bardziej wyjątkowym poziomie. Że można przepchnąć się przez te drobne, ludzkie słabości, że dalej jest większa miłość”.

Podobała mi się ta książka, mimo, iż mówi się o niej, że nijaka ta historia, i że egzaltowanym językiem napisana. Dla mnie to bzdury. Podobała mi się kreacja postaci matki Evie – totalnie zagubionej kobiety, która łaknie miłości, robi głupie rzeczy, poznaje beznadziejnych facetów i kurczowo się ich trzyma, mimo, iż wie, że nic z tego nie będzie, Chce choć przez chwilę udowodnić sobie, że jeszcze może znaleźć miłość. To bardzo samotna osoba, bardzo wrażliwa, kochająca córkę, ale nie potrafiąca pokochać samej siebie. Próbuje stworzyć dobry dom, ale tak naprawdę nie wie co robić. „Matka myślała, że życie jest proste jak zbieranie złota z ziemi, jakby rzeczy mogły się w taki sposób dla niej układać”. Evie to widzi, nie jest dla matki dobra, czasem potrafi jej wykrzyczeć: „Przykro mi, że cię rozczarowuję. Przykro mi, że jestem taka okropna. Powinnam płacić ludziom, żeby mi mówili, jaka jestem wspaniała, tak jak ty to robisz. Dlaczego tata odszedł, skoro jesteś tak kurewski wspaniała?”

Opis z okładki tej książki sugeruje rzeczywiście, jakby najważniejsza była tu inspiracja Mansonem i Emily Cline opowiadała tylko o sekcie i zbrodni. Uważam, że to błędna sugestia. To po prostu książka o smutnej i wrażliwej dziewczynie, która dorasta, szuka przyjaciół i za wszelką cenę pragnie miłości, a która potem, już jako, starsza kobieta (bo i taką poznajemy) żyje w samotności i strachu, bo tak się zatraciła w tych pragnieniach, że nie zauważyła, jak bardzo ta obsesja zmieniła jej życie, bo przecież „wszyscy chcemy być widziani”.

P.s. książkę kupiłam kiedyś za 5 zł.

„Dziewczyny” Emma Cline, tłum. Alina Siewior-Kuś, wyd. Sonia Draga, 2016