„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingólfsson

tawyflPierwsze co mnie ujęło, to piękna okładka. Właściwie, nawet nie wiedząc jaki to typ książki, zapewne sięgnęłabym po nią. Uwielbiam takie klimaty: przestrzenie, wybrzeża, kolorowe domki sugerujące Skandynawię, Islandię… Sklasyfikowano tę powieść, jako kryminał, ale ważniejsza i ciekawsza, moim zdaniem, jest tu cała otoczka towarzysząca.

Kjartan, przedstawiciel prefekta z Reykjaviku zostaje oddelegowany na wyspę Flatey, część większego archipelagu wysp w zatoce Bjerdafjordur, w północno-zachodniej Islandii. Na sąsiadującej, nie zamieszkanej wysepce znaleziono ciało mężczyzny. Jak się tam znalazł? Kim jest i dlaczego nie żyje?

Wespół z policjantem Dagbjarturem i miejscową lekarką Johanną, Kjartan będzie próbował zrozumieć i rozwiązać sprawę śmierci mężczyzny, który okaże się być znanym profesorem z Reykjaviku, Gastonem Lundem, badającym stare księgi. Na wyspie Flatey zajmował się badaniem tej jednej konkretnej: od pokoleń w miejskiej bibliotece znajduje się starodawny manuskrypt „Flateyjarbok” zawierający sagi i eposy średniowiecznych Wikingów, spisane wieki temu (niektóre z nich cytowane są w książce Ingolfssona). Ktoś, kiedyś ułożył do nich 39 pytań, na które trzeba znaleźć odpowiedź, a następnie, posługując się magiczną runą odnaleźć zakończenie do wiersza-klucza. Jest to sprawa bardzo skomplikowana, wielu się nad tym biedziło, próbowało i kombinowało. Czy Gaston Lund odgadł rozwiązanie? Czy jego śmierć ma faktycznie związek z manuskryptem? A może był to fatalny zbieg okoliczności, zwykły wypadek, czy też następstwo klątwy związanej z Flateyjarbok? I dlaczego przybyły na wyspę dziennikarz również zostanie znaleziony martwy i okaleczony?

Samo śledztwo prowadzone jest bardziej z przypadku, aniżeli skrupulatnie i szybko. Przesłuchiwani są mieszkańcy wyspy Flatey: wójt Grimur, lekarka, Valdi z Domu na Skraju, kościelny Thormodur Krakur i inni. Nic nie jest takie jak się wydaje, nic nie jest jasne, policjanci się plączą, nie potrafią powiązać spraw, nie dlatego, że są nieudolni, ale dlatego, że nie bardzo się to wszystko składa. Oczywiście z biegiem czasu, odkrywając karty i łącząc fakty, śledztwo nabierze jakichś ram. Rozwiązanie zagadki śmierci dwóch mężczyzn jak i sekretnego klucza z manuskryptu okaże się zaskakujące, niemniej jednak w ogóle to nie jest ważne.

Dla mnie genialne w tej książce było bardzo malownicze ukazanie codziennego życia tej niewielkiej, wyspiarskiej społeczności. Niezwykłe opisy prostych czynności czy samych warunków życia, takich jak: przygotowywanie jedzenia, krzyk mew, maskonury i foki jako pożywienie, odcięcie od świata, bo statek pocztowy przypływa bardzo rzadko, słabo działające radio na wyspie, telefon również, wiejąca bryza, przestrzeń, przygotowania do Zielonych Świątek…
„W osadzie panował odświętny nastrój, który Kjartan odczuł zaraz, jak tylko koło dziesiątej zszedł na dół i wyjrzał na zewnątrz. Wójt Grimur był ubrany w ciemny garnitur, umyty, ogolony. Włos zaczesany do tyłu, wąsik wyszczotkowany. Ingibjorg miała na sobie piękny serdak i wyperfumowała się. Śniadanie było na słodko. Na wysokim maszcie na kościelnym wzgórzu powiewała leniwie poruszana słabymi podmuchami ciepłego powietrza flaga państwowa. Tu i ówdzie ludzie spacerowali, nikt nie pracował. Dzień święty był święcony, szczególnie że to Zielone Świątki. Z kuchennego okna Grimur śledził nadpływające z pozostałych wysp łodzie motorowe. A na łodziach przybywali wierni”. 
Wiele tu jest takich opisów. Zwyczajne, proste życie niewielkiej społeczności, często mocno oparte na wierzeniach i przesądach jest bardzo urokliwe. Mimo biedy jakiej doświadczają mieszkańcy, żyją sobie w spokoju, bez pośpiechu, mając swoje mniejsze i większe tajemnice, cenią naturę i są wdzięczni za jej dary.

Postacie, a jest ich sporo, są może niezbyt wyraźnie zarysowane, ale mimo niesprzyjającego, północnego klimatu, mają to słońce w duszy, którego trochę Kjartanowi brakowało; w swojej pracy był dla mnie nijaki i słabo skuteczny. „Kjartan wyjrzał przez okno i przypomniało mu się przysłowie, że słońce na zewnątrz słabo służy tym, którzy nie mają słońca w duszy.” No właśnie, gdzie jest to jego słońce? Przeszłość nie była dla niego łaskawa, a raczej mroczna.

Warto sięgnąć po tę książkę, choćby dla tego plastycznego języka, jakim posłużył się autor. Jeśli interesują Was sagi o Wikingach: życie dawnych wodzów – jarlów, bitwy i ich codzienne sprawy, często podane z humorem – tym bardziej warto. To świetna lektura łącząca w sobie wątek kryminalny, zagadkę średniowiecznego manuskryptu, a przede wszystkim ukazująca życie wyspiarskiej społeczności, która po swojemu wyciąga wnioski z sytuacji, jakie jej się przydarzają. „Czasem to los w całości rządzi człowiekiem, przyjacielu, a wtedy nie należy mu się przeciwstawiać”.

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingolfsson, wyd. Editio Black, 2017, tłum. Jacek Godek.

Reklamy

„W linii prostej” Damien Boyd

aaDobry kryminał, w którym autor faktycznie skupia się na śledztwie. Nie ma tutaj wątków społecznych, jak w większości kryminałów aktualnie na rynku. Nie ma tu komisarza z mroczną przeszłością i problemami, za to jest komisarz, który jest skrupulatny, porządnie wykonuje swoją pracę, jest uprzejmy, grzeczny i jedyne co mnie w nim irytowało, to to, że ciągle zostawiał swojego psa w samochodzie na wiele godzin!

Nick Dixon, bo tak się nazywa ten brytyjski policjant, dodatkowo lubi wspinaczkę, co już w ogóle sprawiło, że zapałałam do niego sympatią. Jest również bardzo spokojnym człowiekiem, który wyładowuje swoje frustracje na…. długopisie :) Przyzwyczajona jestem do tych wszystkich głównych bohaterów, którzy wiecznie narzekają, analizują swoje życie, szukają dziury w całym, filozofując albo chlają na umór i są opryskliwi. A tu, proszę – spokojny, miły człowiek i w dodatku skuteczny, bo wie kiedy należy podjąć ryzyko i zadziałać na własną rękę. Lubi oglądać filmy i spacerować po plaży. Ma psa. Jest dobrze.

Akcja książki dzieje się w hrabstwie Somerset, w miejscowości Burnham-on-Sea. Doświadczony wspinacz, Jake Fayter, niegdyś dobry partner wspinaczkowy komisarza Dixona, spada ze skały w trakcie robienia nowej drogi. Dixon dobrze wie, że założona przez Jake’a asekuracja nie mogła zawieść. Jake był zbyt dokładny i zbyt doświadczony, by źle się zabezpieczyć. Podczas gdy policja uważa, że był to zwykły wypadek, których przecież wiele wśród wspinaczy, Dixonowi coś zgrzyta i zaczyna podejrzewać morderstwo. Być może ktoś rozwiązał linę przymocowaną do szczytu skały? Innego wyjścia nie ma. Jake spadł ewidentnie z powodu liny. Tylko dlaczego nie krzyczał? 

Spekulacje Dixona powolutku doprowadzą sprawę do końca, ale najpierw okaże się, że ważne jest tu pewne zdarzenie z przeszłości związane z narkotykami. Zmarła wówczas młoda dziewczyna. Kim była? Dlaczego jest to takie ważne? Co, lub może kto, łączy śmierć dziewczyny i śmierć Jake’a? 

Dixon odkryje dość dziwne rzeczy, których by się po Jake’u nie spodziewał. Wszystko okaże się dość tajemnicze i mroczne, a kiedy nam i komisarzowi będzie się wydawało, że sprawa już jest rozwiązana, morderca w zasadzie znaleziony, to … no właśnie, co?

Krótko (zaledwie 183 strony), treściwie i na temat. Bez zbędnego rozwodzenia się. Nie ma tu może jakiejś oryginalnej zagadki do rozwiązania, ale czyta się bardzo dobrze. „W linii prostej” jest świetną rozrywką kryminalną na jeden wieczór, która sprawiła mi ogromną przyjemność. Będę wyczekiwać kolejnych tomów, bo wiadomo jak jest: pierwsze koty za płoty – autor zadebiutował tą powieścią, więc teraz czekam na rozwinięcie tematu :) 

„W linii prostej” Damien Boyd, wyd. Helion – Editio Black, 2017, przekład: Krzysztof Krzyżanowski