„Mroczne jezioro” Sarah Bailey

83477387_2670304123019031_2968732294652624896_o-002„Niedaleko jeziora znajduje się miejscowe liceum. Kiedy byłam w podstawówce, przychodziłam tu z mamą karmić kaczki i szukać czterolistnych koniczyn w trawie. W czasach liceum chodziłam nad jezioro z koleżankami, żeby palić papierosy, pić skradziony alkohol i całować się z chłopakami. Stara altanka stojąca na końcu niewielkiego pomostu była doskonałym miejscem na organizowanie seansó spirytystycznych, a wiekowa drewniana wieża górująca nad pobliską polaną była doskonałym punktem widokowym, z którego obserwowaliśmy, czy ktoś nie idzie. Kiedy weszło się na samą górę po skrzypiących, krętych schodach, można było zobaczyć jezioro, autostradę i całą drogę do budynku liceum. Była to również świetna kryjówka. Kiedy Jacob jeszcze żył, spędzaliśmy na górze całe godziny rozmawiając, całując się i nie tylko. Na chwilę zamykam oczy i przypominam sobie jego młodą twarz. W tej chwili wydaje mi się taki odległy. Staram się tutaj nie przychodzić”.

Małe australijskie miasteczko Smithson nad jeziorem Sonny Lake, w którym wszyscy się znają staje się tłem dla morderstwa młodej nauczycielki aktorstwa z pobliskiego liceum: Rosalind Ryan. Zwłoki kobiety w jeziorze znajduje przypadkowy biegacz, woda pokryta jest czerwonymi różami, co wydaje się dość dziwne i jednocześnie makabryczne. Śledztwo zaczyna prowadzić para policjantów ze Smithson: Gemma Woodstock i Felix McKinnon. Oboje są w związkach, mają dzieci, ale łączy ich płomienny romans. Jako partnerzy w pracy są skupieni, myślą podobnie i są skuteczni, co bardzo docenia ich przełożony. Jedynym mankamentem może być to, że Gemma dobrze znała ofiarę. Chodziły razem do klasy i już wtedy nastoletnia Rosalind była fascynująco piękna, tajemnicza i skryta, a jednocześnie hołubiona przez wszystkich, szczególnie płeć męską. 

Gemma skrywa kilka tajemnic z młodości, które stopniowo poznajemy w trakcie lektury i które pozwalają nam w ułożeniu obrazu nastoletnich zachowań z tamtych lat, a także pomagają w zrozumieniu pewnych sytuacji, które miały miejsce i których konsekwencje odczuwa Gemma do dziś. Jak się okaże zresztą, nie tylko ona. Kim jest Jacob z przywołanego wcześniej przeze mnie cytatu? Dlaczego Rosalind została zamordowana, a przede wszystkim przez kogo?

Cała akcja toczy się w ciągu kilkunastu grudniowych dni roku, policjanci mają niewiele czasu, by rozwikłać tajemnicę śmierci znanej i bardzo lubianej nauczycielki. Wszyscy po niej płaczą, każdy ją uwielbiał i cenił, niektórzy uczniowie się w niej podkochiwali, a kadra nauczycielska doceniała jej zaangażowanie, pasję i dobroć. Australijskie upały towarzyszą policjantom, którzy w tym wszystkim muszą jeszcze przeżyć jakoś święta Bożego Narodzenia, a niestety skrywane tajemnice z przeszłości i romans z kolegą z pracy coraz bardziej zaczynają wpływać na życie Gemmy i jej rodziny. 

To dobry thriller, wciągający, właściwie przeczytany w popołudnie i wieczór, choć nie ukrywam, że wątek romansu (czyt. pożądania), nieco mi psuł mi odbiór, ale to dlatego, że ja po prostu nie lubię tego typu rzeczy w książkach kryminalnych, o których mówi się, że są mrocznymi thrillerami. Uważam, że „Mroczne jezioro” to bardziej kryminał z wątkami obyczajowymi, odniosłam wrażenie, że nie jest aż tak mroczny jak sugeruje opis. No i zdecydowanie za często Felix i inne osoby „przewracają oczami” :), ale to taka mała w sumie uwaga. Ogólnie czytało mi się dobrze, postaci są ciekawe, szczególnie postać Gemmy i rodzina Ryanów, lektura wciąga, zakończenie zaskakuje, a atmosfera upalnego, australijskiego miasteczka również mi się podobała. 

„Mroczne jezioro” Sarah Bailey, tłumaczenie Joanna Sugiero, wydawnictwo Editio Black, 2019.

„Zamrożone płomienie” Jens Henrik Jensen

64320885_2255867667796014_578442179630858240_n To trzecia część serii z Nielsem Oxenem, byłym żołnierzem duńskich sił specjalnych, który zmaga się ze stresem pourazowym, swoim życiem osobistym, a dodatkowo w poprzednich dwóch częściach został uwikłany w bardzo podstępną i niebezpieczną, nie tylko dla niego, sprawę.

To świetna książka sensacyjna autorstwa Jensa Henrika Jensena, duńskiego dziennikarza i pisarza.  Czytało mi się genialnie, podobnie jak poprzednie dwie części cyklu. Mamy tu głównie pogoń z czasem, walkę z potężną i tajemniczą organizacją Dagenhof, która trzyma za sznurki całą Danię i skrzętnie ukrywa swoje zamiary, zbrodnie i przekręty, nie wyjawiając swoich przywódców i członków, przez co potrafi zmanipulować dosłownie każdego, oraz świetnie wykreowane postacie.

Na okładkowym skrzydełku wyczytałam, że wykupiono prawa do adaptacji cyklu Oxen przez agencję, która wyprodukowała filmy z serii „Millenium” Larssona, czy też te o Kurcie Walanderze, Mankella. No bardzo mnie to cieszy, bo chętnie obejrzałabym filmy na podstawie tych trzech części. Ze strony facebookowej pisarza wiem natomiast, że powstaje już piąta część z cyklu o Oxenie, więc cieszę się ogromnie, że to nie koniec. Oby tylko kolejne części zostały szybko przetłumaczone i wydane w Polsce. 

Po lekturze drugiej części nie wiedziałam, czy Oxen przeżył ucieczkę. Nie było to zbyt jasne, natomiast logicznym jest, że skoro powstała część trzecia, to znaczy, że główny bohater istnieje (sorry za spojler). Teraz musi oczyścić się z zarzutów, jakie na nim spoczęły, musi przestać uciekać, ukrywać się i wreszcie żyć jak normalny, wolny człowiek. Został wrobiony w morderstwo staruszka – rybaka, u którego długo się ukrywał, a którego tak naprawdę zamordowali ludzie wynajęci przez wspomnianą już, tajemniczą organizację Dagenhof. Oxen musi najpierw znaleźć prawdziwych oprawców, by zrzucić z siebie oskarżenie.

W tym samym czasie w Danii znalezione zostają zwłoki Krestena Hildmanda, jednego z przedstawicieli duńskiej finansjery a także świadka koronnego w pewnym ważnym procesie. Samobójstwo czy niekoniecznie? Jak ważna będzie ta sprawa w dalszych działaniach Oxena?  Znana z poprzednich części agentka PET – Margrethe Franck, już nie jest agentką PET i pracuje w hotelu na zmywaku, dorabiając sobie dodatkowo na kasie w Netto. O co chodzi? Dlaczego nie pracuje już dla duńskich służb specjalnych  odpowiedzialnych m.in. za kontrwywiad i bezpieczeństwo wewnętrzne, zresztą podobnie jak jej wcześniejszy przełożony Axel Mossman? 

„Czasem myślę sobie, wiesz, że my wszyscy mamy w sobie coś w rodzaju płomienia. Ten płomień to życie, właśnie.  I kiedy on zgaśnie, to bach – i cię nie ma. Umierasz, po prostu. Tak jest i tak być powinno. Ale mój płomień został nie tylko zgaszony – on został zamrożony. Jestem żywym trupem”.

Oxen dla wszystkich oficjalnie umarł. Jedni się z tego cieszą, inni go wspominają. Szczególnie jego odwagę i dokonania w służbach specjalnych. Kiedy jednak Margrethe i Axel dowiedzą się, że Oxen jednak żyje i zobaczą go na własne oczy, zmieni to ich życie. Stagnacja i marazm odejdą w siną dal, a powrócą siła, zapał i spryt, które tylko czekały, by znów wziąć się do roboty i działać. Będą mieć ręce i umysły pełne roboty, bo Dagenhof zacznie ostro kombinować. No i tu dopiero zacznie się niebezpieczna gra. Kto wygra? 

Podobało mi się w tej części wszystko. Dodatkowo, poprzez działania Dagenhofu, jest tu dużo odniesień do sytuacji Danii, jako państwa. Znalazłam nawet odniesienie do ostatniej książki, jaką czytałam: „Strzały w Kopenhadze Niklasa Orreniusa. 

Mossman mówi: „A my, Oxen, jesteśmy narodem uzależnionym od poczucia bezpieczeństwa. Nadal pielęgnujemy w sercu wizję policjanta, który wstrzymuje ruch na jezdni, by kacza rodzina mogła bezpiecznie przejść na drugą stronę. Lubimy myśleć, że Kopenhaga jest wolny, beztroskim miastem cyklistów. Lubimy wierzyć, ze ludki w futrzanych czapach strzegą naszej królowej i naszej demokracji. Dammit, to wszystko iluzja! Rzecz w tym, że jesteśmy wrażliwym społeczeństwem i przez to łatwym łupem. Przekonaliśmy się o tym, gdy tamten szaleniec zaatakował centrum kultury i synagogę w stolicy. A to był tylko jeden człowiek, nie żaden skoordynowany atak… Mimo to, w takiej sytuacji natychmiast paraliżuje nas strach. I potem długo nie możemy się otrząsnąć. mamy pozwolić, by ten strach się rozszerzył?”

Bardzo dobra lektura. Jeśli lubicie sensację w połączeniu z kryminało-thrillerem, czy jak to w ogóle nazwać (nie znam się na gatunkach) – to ogromnie polecam całą serię.

O poprzednich dwóch częściach pisałam już tutaj, więc jeśli ktoś ciekawy może zajrzeć:
– „Zanim zawisły psy”
– „Mroczni ludzie”

„Zamrożone płomienie” Jens Henrik Jensen, tłum. Edyta Stępkowska, wyd. Helion S.A. – Editio Black, 2019.

„Mroczni ludzie” Jens Henrik Jensen

677081-352x500Druga część trylogii „Oxen” z Nielsem Oxenem, byłym żołnierzem duńskich sił specjalnych okazała się świetnym ciągiem dalszym książki „Zanim zawisły psy”, o której pisałam we wcześniejszej notce.

To wciągająca i mroczna historia sensacyjna, w której główną rolę właściwie odgrywa tajemnicza organizacja, wywodząca się jeszcze ze Średniowiecza. Czytelnik poznaje po części jej historię w pierwszym tomie trylogii i domyśla się, że to bezwzględna, niebezpieczna i bardzo złożona struktura, składająca się z bardzo ważnych w Danii osób, które pociągają za wiele sznurków, posuwają się do bardzo radykalnych czynów. Tym razem rozpoczynają polowanie na naszego głównego bohatera. Dlaczego? Czy uda im się swoimi sposobami i taktyką godną największych mistrzów szpiegostwa dorwać Oxena? Czemu tak bardzo im na tym zależy? I co ma z tym wspólnego szef PET, czyli Policyjnej Służby Wywiadowczej – Mossman, bo jemu również zależy na dorwaniu Oxena?

Mossmana poznajemy również w części pierwszej, jest szefem Margrethe Franck, wówczas partnerki Oxena w śledztwie. To człowiek, który w pewnym momencie przestaje wzbudzać w Margrethe zaufanie. Dlaczego?

W „Mrocznych ludziach” akcję rozpoczyna morderstwo znanego z poprzedniej części kustosza zamku Nyborg – Malte Bulbjerga. Policja i PET zaczynają interesować się sprawą, gdyż śmierć Malte wygląda na egzekucję. Oxen w tym czasie ukrywa się w chacie pewnego Rybaka i zupełnie nie zdaje sobie sprawy, co się dzieje w kraju, nie wie że Malte zostaje zamordowany i nie wie, że Magrethe od ponad roku próbuje go odnaleźć. Dlaczego jej tak zależy? Jak się potoczy dalsza historia Oxena i czy uda mu się ubiec tych, którzy go ścigają? A przede wszystkim, dlaczego go ścigają? 

Niespodziewane, kompletnie zadziwiające zwroty akcji sprawiały, że czytało mi się tę książkę świetnie. Mnóstwo tu analiz, wątków, wniosków, które plączą się, by w pewnym momencie wreszcie się rozwiązać. Sama postać Oxena, weterana misji wojennych ze stresem pourazowym, jest bardzo ciekawa. Tęskni za swoim nastoletnim już synem Magnusem, cierpi na bezsenność, chciałby bliskości, ale nie potrafi jej dać, jest wrażliwy ale jednocześnie twardy, odważny i momentami działa jak maszyna zaprogramowana na idealnego komandosa, asa wywiadu czy kogoś w tym stylu. 

Podobało mi się i czekam na część trzecią.

„Mroczni ludzie”, Jens Henrik Jensen, tłum. Edyta Stępkowska, wyd. Helion / Editio Black 2018

„Zanim zawisły psy” Jens Henrik Jensen

624660-352x500Sam tytuł nie zachęcał mnie do lektury, bo jako wielbicielka psów nie wyobrażam sobie takiego okrucieństwa, choć wiem, że niestety istnieje. Niemniej jednak sięgnęłam zaciekawiona kolejnym duńskim autorem.

Lubię książki Egholm czy Adlera Olsena, zatem czemu nie poznać Jensena? Tym bardziej, że „Zanim zawisły psy” to pierwsza część trylogii z Nielsem Oxenem, byłym żołnierzem duńskich sił specjalnych, wielokrotnie odznaczanym za odwagę (co autor dość często podkreśla). Oxen ma swoje tajemnice i mroczne sekrety z przeszłości, nie wiadomo tak naprawdę, jakim człowiekiem był zanim wstąpił do policji, a potem do wojska. Misje w krajach ogarniętych wojną wpływają mocno na psychikę Oxena. Po powrocie z Afganistanu, cierpiąc na syndrom stresu pourazowego, chce mieć już jedynie święty spokój.

Ma pięknego białego psa, który wabi się Mr. White, i po dłuższym czasie wegetowania i zbierania butelek w Kopenhadze, postanawia wyruszyć na Jutlandię, by po prostu zamieszkać w lesie. Odciąć się od ludzi, z którymi i tak nie lubi rozmawiać, od hałasu wielkiego miasta i od koszmarów sennych.

Poza towarzystwem psa, trawki i butelek whisky, Niels Oxen nie ma z nikim kontaktu. Żyje, ale jakby nie istniał. Nie ma stałego adresu, pracy, ubezpieczenia, śpi na gałęziach pod plandeką, łowi ryby, pije i walczy z Siódemką najstraszniejszych koszmarów. Pewnej nocy, przypadkiem, znajdzie się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie i stanie się głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo znanego polityka. Aby się z tych podejrzeń wyplątać, będzie musiał pomóc policji w śledztwie, bo nie skończy się na jednej ofierze. Pojawi się wiele wątków, morderca najpierw wiesza psy właścicieli, którzy później giną.. Dlaczego? Czy jest coś innego, co łączyło ofiary, niż tylko to, że każda z nich miała psa?  

Niels Oxen i agentka Margrethe Franck, odważna i lojalna kobieta, okaleczona brutalnie w przeszłości, nazwana raz przez Oxena złośliwie „Larą Croft bez nogi”, będą musieli wgryźć się bardzo głęboko w analizę zdarzeń i okoliczności, by zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego giną politycy? Kto może być jeszcze zagrożony? Co się wydarzyło w starym zamku, którego właścicielem była ofiara? Jak nie dopuścić do kolejnych morderstw i dlaczego, do cholery, ktoś wiesza na drzewach bezbronne psy? 

Oxen to ciekawa postać. Mroczna, typowa dla tych kryminałów z Północy Europy. Widać, że duński pisarz również czerpie z tego typowego dla Skandynawów klimatu. Równie ciekawą postacią jest Margrethe. Bardzo interesuje mnie, jak ułoży się jej relacja z Oxenem. Póki co, chyba się polubili i zaufali sobie na tyle, by móc razem pracować. Ale jak będzie dalej, to się okaże. Zaraz zabieram się za właśnie za drugą część „Mrocznych ludzi”, która premierę miała 30.01.2019.

Ze swojej strony polecam „Zanim zawisły psy”, to dobry kryminał, a właściwie dobra sensacja, z ciekawymi bohaterami i jak dla mnie, z ekscytującą i zaskakującą ze strony na stronę akcją. Bardzo mi się podobało, choć opinie o tej książce widziałam różne – od nudnej po beznadziejną. Nie wiem, może ja się nie znam? ;) Czytało mi się przecież super. A to chyba najważniejsze….

„Zanim zawisły psy” Jens Henrik Jensen, tłum. Edyta Stępkowska, wyd. Helion / Editio Black 2018

„Kołysanka” Barłomiej Piotrowski

DSC03700Kolejny polski kryminał na naszym rynku. Okładka wymiata. Treść? jest dobrze, ale w sumie bez większych zachwytów. Od wielu lat czytam kryminały i już niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć czy zaszokować. Najważniejsze, by książka dawała mi „kryminalną uciechę”. Jak było tutaj?

W Gliwicach grasuje morderca dzieci. Nazywany jest „Panem Kołysanką”, co faktycznie do niego pasuje. Co się uroiło w jego głowie i dlaczego zatruwa czadem, a potem pozostawia ciała dzieci na placach zabaw? Tego policja nie potrafi zrozumieć. Śledztwo trwa od wielu miesięcy. Ostatnio małżeństwo Jaworskich przeżywa tragedię po śmierci swego synka Sylwestra, a teraz porwana zostaje Zuza, córka Artura i Doroty Wolf. Kwestią czasu będzie odnalezienie dziewczynki.
Policja ślamazarnie działa, ale do akcji wkracza Gaja Wolf (siostra Artura, który od jakiegoś czasu już nie żyje, to Dorota sama wychowuje Zuzę). Była żołnierzem, jest odważna i bezkompromisowa niczym Lisbeth Salander w mundurze, i będzie robić wszystko, by rozgryźć porywacza i odnaleźć bratanicę. Towarzyszyć jej będzie Oskar Krul, gej, dawny komandos, biorący udział swego czasu w misji w Afganistanie. I choć oboje mają wybuchowe charaktery, będą musieli się jakoś dogadać. Zuza dla Oskara jest również ważna, ponieważ kiedyś, dawno temu, Oskar był związany z Arturem (również gejem, co skrzętnie ukrywał przed swoją żoną)
To zatem i dla Gai i dla Oskara bardzo ważna kwestia – odnaleźć Zuzę żywą, zanim śmiertelna kołysanka zabrzmi i dla niej. Czy im się to uda? 

Akcja tu się bardzo szybko rozkręca, bywa brutalnie, ostro, czasem wręcz obrzydliwie, działania głównych bohaterów mnie zaskakiwały momentami, bo nie AŻ tego się po nich spodziewałam (ale powiedzieć tu więcej nie mogę). Sceny seksu wplecione są z sensem, podobało mi się, że jest miejsce również na homoseksualną parę, bo dlaczego nie? Mnie to nie przeszkadza. Każdy ma prawo kochać. Mniej więcej w połowie książki troszkę opadło napięcie, bo pewne rzeczy jakby dotarły do ostatecznych etapów. Myślałam, że tu coś nie wyszło może, ale nie… Okazało się, że tu nic nie było takie, jakim się wydawało wcześniej. Finał jest naprawdę mocno zaskakujący, co mi się bardzo podobało, bo to taki obrót sytuacji, który kompletnie rozwiał wszelkie moje wcześniejsze domysły. Ciekawy pomysł na fabułę miał autor, naprawdę.

Ogólnie, książkę czyta się dobrze. I choć mnie nie powaliło jakoś specjalnie, to jest to dobra historia, jeśli lubicie kryminały o „mocniejszym” zabarwieniu. Jest trzymająca w napięciu akcja, jest „kryminalna uciecha”, której szukam w książkach, jakkolwiek to brzmi. Jest za to jest parę niedociągnięć ze strony korekty, bo np. zdanie „przez długi czas nie potrafiła odejść od oka” zamiast „od okna” mocno mnie rozśmieszyło, a powinno było mnie utrzymać w stworzonym wcześniej napięciu. Zdarza się. Mimo to polecam lekturę, to zaledwie 209 stron, więc spokojnie na jeden wieczór z „Panem Kołysanką”, tak w sam raz przed snem ….

Kołysanka” Bartłomiej Piotrowski, wyd. Editio Black, Helion 2018

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingólfsson

tawyflPierwsze co mnie ujęło, to piękna okładka. Właściwie, nawet nie wiedząc jaki to typ książki, zapewne sięgnęłabym po nią. Uwielbiam takie klimaty: przestrzenie, wybrzeża, kolorowe domki sugerujące Skandynawię, Islandię… Sklasyfikowano tę powieść, jako kryminał, ale ważniejsza i ciekawsza, moim zdaniem, jest tu cała otoczka towarzysząca.

Kjartan, przedstawiciel prefekta z Reykjaviku zostaje oddelegowany na wyspę Flatey, część większego archipelagu wysp w zatoce Bjerdafjordur, w północno-zachodniej Islandii. Na sąsiadującej, nie zamieszkanej wysepce znaleziono ciało mężczyzny. Jak się tam znalazł? Kim jest i dlaczego nie żyje?

Wespół z policjantem Dagbjarturem i miejscową lekarką Johanną, Kjartan będzie próbował zrozumieć i rozwiązać sprawę śmierci mężczyzny, który okaże się być znanym profesorem z Reykjaviku, Gastonem Lundem, badającym stare księgi. Na wyspie Flatey zajmował się badaniem tej jednej konkretnej: od pokoleń w miejskiej bibliotece znajduje się starodawny manuskrypt „Flateyjarbok” zawierający sagi i eposy średniowiecznych Wikingów, spisane wieki temu (niektóre z nich cytowane są w książce Ingolfssona). Ktoś, kiedyś ułożył do nich 39 pytań, na które trzeba znaleźć odpowiedź, a następnie, posługując się magiczną runą odnaleźć zakończenie do wiersza-klucza. Jest to sprawa bardzo skomplikowana, wielu się nad tym biedziło, próbowało i kombinowało. Czy Gaston Lund odgadł rozwiązanie? Czy jego śmierć ma faktycznie związek z manuskryptem? A może był to fatalny zbieg okoliczności, zwykły wypadek, czy też następstwo klątwy związanej z Flateyjarbok? I dlaczego przybyły na wyspę dziennikarz również zostanie znaleziony martwy i okaleczony?

Samo śledztwo prowadzone jest bardziej z przypadku, aniżeli skrupulatnie i szybko. Przesłuchiwani są mieszkańcy wyspy Flatey: wójt Grimur, lekarka, Valdi z Domu na Skraju, kościelny Thormodur Krakur i inni. Nic nie jest takie jak się wydaje, nic nie jest jasne, policjanci się plączą, nie potrafią powiązać spraw, nie dlatego, że są nieudolni, ale dlatego, że nie bardzo się to wszystko składa. Oczywiście z biegiem czasu, odkrywając karty i łącząc fakty, śledztwo nabierze jakichś ram. Rozwiązanie zagadki śmierci dwóch mężczyzn jak i sekretnego klucza z manuskryptu okaże się zaskakujące, niemniej jednak w ogóle to nie jest ważne.

Dla mnie genialne w tej książce było bardzo malownicze ukazanie codziennego życia tej niewielkiej, wyspiarskiej społeczności. Niezwykłe opisy prostych czynności czy samych warunków życia, takich jak: przygotowywanie jedzenia, krzyk mew, maskonury i foki jako pożywienie, odcięcie od świata, bo statek pocztowy przypływa bardzo rzadko, słabo działające radio na wyspie, telefon również, wiejąca bryza, przestrzeń, przygotowania do Zielonych Świątek…
„W osadzie panował odświętny nastrój, który Kjartan odczuł zaraz, jak tylko koło dziesiątej zszedł na dół i wyjrzał na zewnątrz. Wójt Grimur był ubrany w ciemny garnitur, umyty, ogolony. Włos zaczesany do tyłu, wąsik wyszczotkowany. Ingibjorg miała na sobie piękny serdak i wyperfumowała się. Śniadanie było na słodko. Na wysokim maszcie na kościelnym wzgórzu powiewała leniwie poruszana słabymi podmuchami ciepłego powietrza flaga państwowa. Tu i ówdzie ludzie spacerowali, nikt nie pracował. Dzień święty był święcony, szczególnie że to Zielone Świątki. Z kuchennego okna Grimur śledził nadpływające z pozostałych wysp łodzie motorowe. A na łodziach przybywali wierni”. 
Wiele tu jest takich opisów. Zwyczajne, proste życie niewielkiej społeczności, często mocno oparte na wierzeniach i przesądach jest bardzo urokliwe. Mimo biedy jakiej doświadczają mieszkańcy, żyją sobie w spokoju, bez pośpiechu, mając swoje mniejsze i większe tajemnice, cenią naturę i są wdzięczni za jej dary.

Postacie, a jest ich sporo, są może niezbyt wyraźnie zarysowane, ale mimo niesprzyjającego, północnego klimatu, mają to słońce w duszy, którego trochę Kjartanowi brakowało; w swojej pracy był dla mnie nijaki i słabo skuteczny. „Kjartan wyjrzał przez okno i przypomniało mu się przysłowie, że słońce na zewnątrz słabo służy tym, którzy nie mają słońca w duszy.” No właśnie, gdzie jest to jego słońce? Przeszłość nie była dla niego łaskawa, a raczej mroczna.

Warto sięgnąć po tę książkę, choćby dla tego plastycznego języka, jakim posłużył się autor. Jeśli interesują Was sagi o Wikingach: życie dawnych wodzów – jarlów, bitwy i ich codzienne sprawy, często podane z humorem – tym bardziej warto. To świetna lektura łącząca w sobie wątek kryminalny, zagadkę średniowiecznego manuskryptu, a przede wszystkim ukazująca życie wyspiarskiej społeczności, która po swojemu wyciąga wnioski z sytuacji, jakie jej się przydarzają. „Czasem to los w całości rządzi człowiekiem, przyjacielu, a wtedy nie należy mu się przeciwstawiać”.

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingolfsson, wyd. Editio Black, 2017, tłum. Jacek Godek.

„W linii prostej” Damien Boyd

aaDobry kryminał, w którym autor faktycznie skupia się na śledztwie. Nie ma tutaj wątków społecznych, jak w większości kryminałów aktualnie na rynku. Nie ma tu komisarza z mroczną przeszłością i problemami, za to jest komisarz, który jest skrupulatny, porządnie wykonuje swoją pracę, jest uprzejmy, grzeczny i jedyne co mnie w nim irytowało, to to, że ciągle zostawiał swojego psa w samochodzie na wiele godzin!

Nick Dixon, bo tak się nazywa ten brytyjski policjant, dodatkowo lubi wspinaczkę, co już w ogóle sprawiło, że zapałałam do niego sympatią. Jest również bardzo spokojnym człowiekiem, który wyładowuje swoje frustracje na…. długopisie :) Przyzwyczajona jestem do tych wszystkich głównych bohaterów, którzy wiecznie narzekają, analizują swoje życie, szukają dziury w całym, filozofując albo chlają na umór i są opryskliwi. A tu, proszę – spokojny, miły człowiek i w dodatku skuteczny, bo wie kiedy należy podjąć ryzyko i zadziałać na własną rękę. Lubi oglądać filmy i spacerować po plaży. Ma psa. Jest dobrze.

Akcja książki dzieje się w hrabstwie Somerset, w miejscowości Burnham-on-Sea. Doświadczony wspinacz, Jake Fayter, niegdyś dobry partner wspinaczkowy komisarza Dixona, spada ze skały w trakcie robienia nowej drogi. Dixon dobrze wie, że założona przez Jake’a asekuracja nie mogła zawieść. Jake był zbyt dokładny i zbyt doświadczony, by źle się zabezpieczyć. Podczas gdy policja uważa, że był to zwykły wypadek, których przecież wiele wśród wspinaczy, Dixonowi coś zgrzyta i zaczyna podejrzewać morderstwo. Być może ktoś rozwiązał linę przymocowaną do szczytu skały? Innego wyjścia nie ma. Jake spadł ewidentnie z powodu liny. Tylko dlaczego nie krzyczał? 

Spekulacje Dixona powolutku doprowadzą sprawę do końca, ale najpierw okaże się, że ważne jest tu pewne zdarzenie z przeszłości związane z narkotykami. Zmarła wówczas młoda dziewczyna. Kim była? Dlaczego jest to takie ważne? Co, lub może kto, łączy śmierć dziewczyny i śmierć Jake’a? 

Dixon odkryje dość dziwne rzeczy, których by się po Jake’u nie spodziewał. Wszystko okaże się dość tajemnicze i mroczne, a kiedy nam i komisarzowi będzie się wydawało, że sprawa już jest rozwiązana, morderca w zasadzie znaleziony, to … no właśnie, co?

Krótko (zaledwie 183 strony), treściwie i na temat. Bez zbędnego rozwodzenia się. Nie ma tu może jakiejś oryginalnej zagadki do rozwiązania, ale czyta się bardzo dobrze. „W linii prostej” jest świetną rozrywką kryminalną na jeden wieczór, która sprawiła mi ogromną przyjemność. Będę wyczekiwać kolejnych tomów, bo wiadomo jak jest: pierwsze koty za płoty – autor zadebiutował tą powieścią, więc teraz czekam na rozwinięcie tematu :) 

„W linii prostej” Damien Boyd, wyd. Helion – Editio Black, 2017, przekład: Krzysztof Krzyżanowski