„Duchy K2. Epicka historia zdobycia szczytu” Mick Conefrey

DSC06431

„Zanim XIX wiek dobiegł końca, K2 został zlokalizowany, zmierzony, naniesiony na mapy i namalowany. Teraz tylko ktoś musi wspiąć się na szczyt”. 

K2, 8611m n.p.m., góra o dziwnej nazwie nadanej przez brytyjskiego wojskowego T.G. Montgomerie’ego w 1856r., (numerował wszystkie najwyższe szczyty Karakorum i K2 okazało się być drugim w kolejności według niego, stąd właśnie K (Karakorum) 2), stanowiła obiekt pożądania wielu wspinaczy już w XIX wieku. Ta książka przedstawia historię kilku ekspedycji, które w tamtych latach działały na górze, próbując znaleźć jakąkolwiek drogę na szczyt z większym lub mniejszym skutkiem. Autor opierał się na różnych pamiętnikach, listach, wspomnieniach, artykułach, a także na rozmowach z niektórymi wspinaczami czy ich rodzinami. To świetnie napisana książka, niezwykle bogata w fakty, szczegóły i nie pozbawiona emocji, czyta się ją momentami, jak dobrą sensacyjną powieść, czekając z niecierpliwością na finał akcji. Ogrom bibliografii jest dowodem na ciężką pracę autora, i choć czasem zdarzają się pewne powtarzające się informacje, nie przeszkadzało mi to w lekturze.

Conefrey wspomina wyprawy m.in. Henry’ego Heversahama Godwina-Austena, który w 1861r. badał leżące niedaleko K2 lodowce, Francisa Younghusbanda, który eskplorował wysoko położone przełęcze i również lodowce, oddając pierwszy literacki hołd K2, czy obraz K2 namalowany przez A.D. McCormicka oraz zdjęcia góry wykonane przez najlepszego w początkach XX wieku włoskiego fotografa Vittorio Sella, które stały się niezwykle pomocne w studiowaniu topografii góry. 

Poznajemy Aleistera Crowleya, brytyjskiego okultystę i mistyka, który w 1902r. wziął udział w wyprawie, kierowanej przez Oscara Eckenstein’a, podczas której przegłosowany przez członków ekspedycji, nie poprowadził łatwiejszej według niego drogi na szczyt. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Poznajemy też włoskiego księcia, Ludwika di Savoia, z rodziny Abbruzzów, który wraz ze swoją ekspedycją wykonał milowy krok w zdobywaniu szczytu. Mimo, że wyprawa dotarła tylko (lub AŻ,  jak na tamte warunki i sprzęt) do 6000m, to udało im się pokonać i poprowadzić drogę żebrem grani południowo-wschodniej, nazywanej teraz Żebrem Abbruzzi. Śledzimy również losy ekspedycji z 1938r. kiedy to Amerykanie pod przywództwem Charlesa S. Houstona i patronatem American Alpine Club dotarli prawie do 8000m, ale ze względu na zmęczenie i braki w sprzęcie musieli wycofać się do bazy. To na tej wyprawie, po raz pierwszy pokonano 45 metrowy komin, nazwany później od nazwiska jednego z członków tejże wyprawy, kominem House’a, poświęcił on 4 godziny, by go pokonać i pociągnąć drogę na szczyt, tuż pod tzw. Czarną Piramidę. 

Jedyną ekspedycją, opisaną przez Conefrey’a, której udało się zdobyć szczyt po raz pierwszy, była włoska wyprawa dowodzona przez Arditio Desio. Drogą przez Żebro Abruzzi, pokonując Komin House’a i Czarną Piramidę, a następnie niezwykle trudny odcinek pod szczytem zwany Bottleneck (Szyjka Butelki) w lipcu 1954r. na szczyt weszli Achille Compagnoni i Lino Lacedelli. Wyprawa, a właściwie dwóch członków, którzy weszli na szczyt, skorzystała ze wspomagania tlenem z butli, co okazało się potem dość kontrowersyjnym działaniem, wywołującym wiele niesnasek, kłótni i nieścisłości w środowisku wspinaczy, ale także i wśród członków wyprawy, którzy zaczęli się oskarżać wzajemnie o różne rzeczy. Szczególną rolę w tej ekspedycji odegrał Walter Bonatti, a także Szerpowie. Jaką? Przeczytajcie. Niestety, radość ze zdobycia szczytu po latach przerodziła się w konflikt przesycony wrogością i nawet sam autor próbuje jakoś tłumaczyć zachowania członków wyprawy. Przykre.

Tych kilka wypraw opisanych jest niezwykle sugestywnie i realistycznie, dlatego podczas lektury również i mnie udzielały się emocje, bywały fragmenty, które nie pozwalały odłożyć książki. Radość mieszała się ze smutkiem, bo K2 pokazywał swoją siłę, broniąc do siebie dostępu i zabierając życie niektórym z członków wypraw. 

To nie tylko historia o zdobywaniu szczytu, ale głównie o pasji, ambicjach, heroicznej odwadze i strachu. Pod K2 jechali nie tylko świetnie przygotowani wspinacze, których już było naprawdę wielu w tamtych czasach, ale również ludzie, którzy nie mieli zbyt dużego doświadczenia, marzyciele i pasjonaci.

Biorąc pod uwagę trudności z jakimi się borykali, czas jaki musieli poświęcić na to, by w ogóle dotrzeć w Karakorum, widać jak bardzo teraz zmieniła się wspinaczka wysokogórska i na jak wielki podziw zasługują ci ludzie. Teraz mamy styl alpejski, który zakłada wejście na szczyt w jak najkrótszym czasie z jak najmniejszą ilością sprzętu, specjalistyczną odzież produkowaną dla himalaistów, liofilizaty, komputery przewidujące pogodę, przeloty samolotem do Skardu, podczas gdy w XIX wieku nie było nawet krótkofalówek, a wniesienie kilku ton mąki dla Szerpów przez lodowiec Baltoro trwało wieki… Dodatkowo, teraz Andrzej Bargiel wchodzi na szczyt K2 i zjeżdża z niego na nartach, co oczywiście jest wielkim sukcesem i niesamowitym wydarzeniem, świadczącym o niezwykłym talencie i możliwościach człowieka.

Po prostu, lektura tej ksiażki zwyczajnie uświadamia, że pierwsze ekspedycje na K2 były bardzo ważne i należy im się ogromny szacunek. Cieszę się, że powstała taka książka i uważam, że każdy miłośnik literatury wysokogórskiej, czy wspinaczki wysokogórskiej, powinien ją przeczytać. Polecam !

„Duchy K2. Epicka historia zdobycia szczytu” Mick Conefrey, tłum. Krzysztof Krzyżanowski, wyd. Bezdroża 2019.

„Ryczące ośmiotysięczniki” Jean Ammann, Erhard Loretan

erhard-loretan-ryczace-osmiotysieczniki-w-iext54117898„Nigdy nie zadawałem sobie pytania, dlaczego się wspinam – tak jak nigdy nie zadawałem sobie pytania, dlaczego żyję.”

Erhard Loretan był jednym z najlepszych himalaistów szwajcarskich. I to o nim właśnie jest ta książka. Współautor, Jean Ammann, dziennikarz „La Liberte” oddaje Loretanowi głos w każdym rozdziale, po to by sam opowiedział o swoich początkach, karierze, emocjach, smutkach i swojej górskiej miłości. Wspomnienia zebrane zostały podczas spotkań w latach 1993-1996. To dziesiątki nagrań, do tego dzienniki Loretana, artykuły prasowe itp. Na podstawie tego można było poniekąd odtworzyć życie tego szwajcarskiego himalaisty. 

Sam Ammann wypowiada się na koniec każdego rozdziału i w tych wypowiedziach porusza różną tematykę, czy to moralno-etyczną, czy też sam próbuje opisać postać Loretana przez pryzmat jego wypowiedzi i zachowań.

Loretan, jak każdy właściwie himalaista, to człowiek pasji. Z zawodu stolarz, z zamiłowania górołaz. Zaczął przygodę z górami już w wieku 11 lat. Dobry kondycyjnie, od zawsze czuł pociąg do Alp, które widział przecież z własnych okien. Jego pierwszym znaczącym osiągnięciem wspinaczkowym było zdobycie w wieku lat 15-stu, szczytu Doldenhorn (3645 m) w Alpach Berneńskich, który osiągnął trudną skalną drogą, prowadzącą wschodnią granią. Poprowadził wtedy swoją pierwszą drogę i poczuł, że to jest to. Że to chce dalej robić. Nie tylko wytyczać nowe szlaki, ale spędzić resztę życia w wysokich górach.

Potem przyszła pora na Himalaje. Pierwszym szczytem pow. 8000 m. była Nanga Parbat w 1982r. W ciągu 13 lat od rozpoczęcia wspinania, stał się trzecim w historii (po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce) himalaistą, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. A można by powiedzieć, że nazwisko słabo znane medialnie, że właściwie zawsze gdzieś w cieniu, skromnie i cicho. Był jednym z pierwszych obok m.in. Wojciecha Kurtyki, z którym zresztą też się wspinał, prekursorem wspinaczki w stylu alpejskim, czyli na lekko, jak najmniej sprzętu, jak najmniej czasu i bez tlenu. W 1986 roku wszedł na 38 szczytów w ciągu 19 dni, a kilka lat później zdobył 13 północnych ścian Alp Berneńskich w 13 dni! Nigdy nie rywalizował z innymi. Próbował jedynie pokonywać swoje własne granice. Czuć wolność. Czuć, że żyje.

I to wszystko właściwie jest bazą tej książki. Znajdziemy tu opisy początkowych wypraw w Alpy, potem już wypraw na poszczególne ośmiotysięczniki w Himalajach, ale także wyprawy w Andy, na Antarktydę, gdzie Loretan samotnie zdobywa dwa dziewicze lodowe szczyty pow. 4000m. „W Himalajach zdarzało mi się zdobywać nietknięte ludzką stopą sześciotysięczniki, ale nigdy nie czułem czegoś podobnego. Tutaj mam wrażenie, że stanąłem na Księżycu. Otwieram wrota do nowego świata. Zimno, jak najbardziej ziemskie, przerywa te rozmyślania i przywołuje mnie do porządku. Muszę schodzić, ale którędy?”.  Jeden ze szczytów zostanie nazwany Mount Loretan. 

Przywołane zostaną nazwiska wielu znanych, francuskich czy szwajcarskich wspinaczy, m.in. Pierre’a-Alaina Steinera, który na oczach Loretana spadł w 100-metrową przepaść podczas wyprawy na Cho-You i mimo iż, przeżył ten upadek, połamał się i niestety nie mógł zostać uratowany na tej wysokości. Loretan długo w snach słyszał głos przyjaciela. Ale to nie jedyna tragedia w życiu Erharda …. 

„Ekstremalnie boję się śmierci”, powiedział w 1995r. magazynowi L’Objectif. Sam zginął w 2011r. w Alpach Berneńskich, żyjąc do końca z ogromnymi wyrzutami sumienia. Dlaczego? To tragiczna postać, ale bardzo fascynująca. Postać, która do światowego alpinizmu i himalaizmu wniosła bardzo dużo. 

Książkę się dobrze czyta, na początku każdego rozdziału jest jakiś cytat znanego himalaisty, jest też sporo czarno-białych fotografii. Wszystkim miłośnikom wspinaczki i gór polecam. Warto przeczytać i poznać kolejnego z wielkich pasjonatów (choć dla  większości ludzi, pewnie głupich ryzykantów ..)

(zdjęcia ze strony http://off.sport.pl/)

„Ryczące ośmiotysięczniki” Jean Ammann, Erhard Loretan, tłum. Maria Zawadzka-Strączek, wyd. Agora 2019.

„Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze” Ewa Matuszewska

42528632_1878473675535417_8183471282382176256_n„Wielcy liderzy nie wykorzystują ludzi po to, aby sami mogli wygrywać. Przewodzą ludziom, aby odnosić wspólne zwycięstwa” (John C. Maxwell).

Książka wydawnictwa Annapurna to obszerna biografia Andrzeja Zawady, polskiego himalaisty (1928-2000), ale głównie organizatora i kierownika polskich wypraw wysokogórskich w latach 1970-90. Był mężem aktorki Anny Milewskiej, z którą tworzył cudowne, kochające się małżeństwo. Oboje wspierali się i akceptowali swoje pasje, choć to oczywiście Zawady więcej nie było w domu, niż Anny. Niemniej jednak ciągle byli razem, trwali i mimo wielu ciężkich sytuacji, przetrwali do końca.

Andrzej Zawada nie zginął w górach, jak większość jego kolegów. Zmarł na raka trzustki. Nigdy też nie zdobył żadnego ośmiotysięcznika, ale faktycznie był liderem wypraw. Motywował, organizował, załatwiał to, co dla innych było niemożliwe, wspierał, stwarzał szansę innym na zdobycie szczytu i zawsze traktował sukcesy jako „wspólne”, nigdy nie wyróżniał nikogo, sukces zawsze był zespołowy, drużynowy. Za to był bardzo ceniony. Może dlatego, w głównej mierze, w tamtych latach odnosiliśmy tak wielkie sukcesy w Himalajach? „Lodowi wojownicy” – termin ten powstał właśnie wtedy, a konkretnie w 1980r., kiedy to polska wyprawa weszła na Mount Everest po raz pierwszy zimą. 

Zawada ukochał sobie góry już w wieku nastoletnim. Polacy zresztą mieli to szczęście (co zauważa autorka i inni, znani ludzie „wypowiadający się” w książce), że zawsze mieli Tatry, w których mogli zakosztować podobnej wspinaczki i podobnych często warunków pogodowych, jakich później doświadczą w Karakorum czy w Himalajach. Zawada zaczynał również od Tatr. „Góry musiały zapaść mi w pamięć, skoro podczas okupacji dość często wymykałem się z domu i jechałem pociągiem do Zakopanego. Polakom nie było wówczas wolno chodzić po Tatrach, nie przejmowałem się jednak tym zakazem, gnałem w góry i późnym popołudniem wracałem do Rabki […] Gdy tylko znajdę się na wysokości przekraczającej dwa tysiące metrów, odżywam. Widocznie moje płuca dostosowały się do rozrzedzonego powietrza. W górach mam szybsze tętno i o wiele więcej energii”.

Andrzej_Zawada_1980

Książka Ewy Matuszewskiej to kompendium wiedzy o tamtych czasach. Opisy kilku ważnych wypraw są niezwykle bogate w szczegóły i fotografie. Mamy tu m.in. pierwsze zimowe przejście całej grani Tatr w 1959r, wyprawy na Spitsbergen, no i wyprawy w góry wysokie, okupione trudem, bólem, odmrożeniami, często śmiercią członków ekip, takie jak na Noszak, Lhotse, K2, Kunyang Chhish, Nanga Parbat, Cho You. Wszystko okraszone wspomnieniami członków wypraw. Na kartach książki spotkamy odważnych Szerpów, cudowną Elisabeth Hawley, amerykańską dziennikarkę i kronikarkę wypraw w Himalaje mieszkającą w Nepalu, Krzysztofa Wielickiego, Wojciecha Kurtykę, Macieja Berbekę, Jerzego Kukuczkę, Annę Okopińską, Jana Franczuka, Reinholda Messnera, Leszka Cichego, Bernadette McDonald, Wandę Rutkiewicz, Macieja Pawlikowskiego,  Andrzeja Czoka, Nazira Sabira, wybitnego pakistańskiego wspinacza, i wielu innych. Niektórzy z nich już niestety nie żyją, ale wszyscy pamiętali/pamiętają Andrzeja Zawadę i mogą powiedzieć o nim kilka słów. Nie ukrywam, że czekałam, czy ktoś opowie coś o jakichś wadach naszego bohatera. Nie doczekałam się. Wszyscy wystawiają mu laurki. Być może faktycznie był tak idealnym kompanem, człowiekiem, towarzyszem? Nie wiem. Tak jest przedstawiony w książce.

„Andrzej był dobrym kierownikiem, bardzo dużo wymagał od ludzi, lecz siebie również nie oszczędzał. Jeśli zlecał komuś jakieś zadanie, wiadomo było, że właśnie ten ktoś wykona je najlepiej. Myślał o wyprawie jako o całości, nie manipulował ludźmi, nie rozgrywał swoich gierek. Wszystkie jego poczynania były klarowne, jasne i oczywiste, takie jakieś naturalne. Miał oczywiście opracowaną koncepcję działania wyprawy, nie kalkulował jednak, kierując się osobistymi racjami. Jego naczelną zasadą jako kierownika było stwierdzenie: „Zróbmy wszystko, co możemy, dajmy z siebie maksimum wysiłku, a potem wszystko się jakoś poukłada”. I to działało”.

Sama książka była już wydana w 2003r. Teraz została przeredagowana i ubogacona o fotografie z archiwum Zawady czy wypowiedzi dodatkowych osób. Trzeba przyznać, że fotografie są wielkim atutem tej pozycji. Jest ich mnóstwo, co naprawdę uprzyjemnia lekturę. Złota era polskiego himalaizmu jest naprawdę fascynującym czasem, o którym zawsze warto czytać, podobnie jak o ludziach, którzy doprowadzili do światowych sukcesów w tej dziedzinie sportu … życia?  

„Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze” Ewa Matuszewska, wydawnictwo Annapurna 2016

„Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki, Dominik Szczepański

indeksAdam Bielecki pochodzi z Tychów, przygodę ze wspinaniem zaczął bardzo wcześnie i jak większość naszych wspinaczy, rozpoczął ją na jurajskich skałkach w Rzędkowicach czy Podzamczu. Przepiękne rejony zresztą, polecam. Potem Tatry, Alpy i wreszcie Patagonia, Karakorum, Himalaje.
W książce „Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki wspomina początki swojej kariery, opowiada o wsparciu rodziców i swoim uporze w dążeniu do spełniania się w pasji. Szybko doceniony przez środowisko wspinaczy, zdolny, cierpliwy i przede wszystkim rozważny – takiego go widzę. Może na poczatku trochę narwany, ale z czasem i doświadczeniem, bardzo odpowiedzialny za siebie i za partnerów. Kiedyś w Tatrach, ktoś mu powiedział „Jeśli w ciągu trzech lat się nie zabijesz, to będzie z ciebie zajebisty wspinacz”. Tak też się stało. Z sukcesów w wieku 34 lat może być dumny. Jakich? Wymienię choćby kilka:

  • samotne wejście na Chan-Tengri w Kazachstanie, jako wówczas najmłodszy w ogóle zdobywca szczytu
  • w 2011r.  zdobył wraz z Arturem Hajzerem i Tomaszem Wolfartem bez używania tlenu piąty szczyt świata – Makalu
  • wejście na K2 i Gaszerbrum I w 2012
  • i wreszcie wejście na Broad Peak w 2013r. zimą, kiedy to niestety w drodze powrotnej zginęli Maciej Berbeka i Tomek Kowalski, przyjaciele Bieleckiego (głośno było o sprawie, w której Bielecki został właściwie oskarżony o śmierć współpartnerów – tu poznajemy jego wersję wypadków, która, nie ukrywam, jest bardzo wzruszającym dla mnie momentem książki). „Góry obnażają. Zdzierają z ludzi maski. W momencie kiedy jesteś głodny i walczysz o życie, na wierzch wychodzi to, co masz w środku. Nie ukryjesz się. Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił”.  Bielecki nie dość, że w tej wyprawie stracił dwóch przyjaciół, to chwilę potem na Gaszerbrumie I zginął jego kolejny kolega i guru – Artur Hajzer, pomysłodawca i założyciel Polskiego Związku Himalaizmu. Ciężko jest pozbierać się po czymś takim, znaleźć mimo to w sobie odwagę do dalszego wspinania.

O czym jeszcze pisze Bielecki? Porusza wiele ważnych rzeczy, na przykład kwestię odpowiedzialności. Wiadomo, że za każdą czynność wykonaną podczas wspinaczki odpowiada wspinający się. Jeśli jest to wspinaczka z partnerem czy w zespole, liczy się współdziałanie, ale najważniejszym jest pilnowanie siebie i mądre podejście. „Himalaizm składa się z setek małych rzeczy. Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz”. Jeśli brakuje metrów do szczytu, ale ryzyko ich przejścia jest zbyt duże, należy zawrócić. O tym Bielecki wie dobrze (taka sytuacja miała miejsce podczas wspinaczki na Kaczendzongę, kiedy był w zespole z Denisem Urubko).

Na początku lektury miałam wrażenie, że będzie to trochę suchy styl pisania, czyli same fakty plus ewentualny sukces czy porażka, ale nie. Nie jest tak. Bielecki i oczywiście współautor Dominik Szczepański, postarali się, by książkę dobrze się czytało. Uważam, że chcieli pokazać zwykłemu człowiekowi, który nigdy nie był i nie będzie na wysokości 8000m, jak tam jest. Jak zrozumieć mękę organizmu, ryzyko, odwagę, taki a nie inny wybór, czarne myśli i strach. Jak chociażby iść, żeby dojść. „Ktoś kiedyś powiedział, że jedną z najpiękniejszych rzeczy we wspinaniu jest ten czas, kiedy liczy się tylko ten metr kwadratowy przed tobą. Kiedy pokonujesz trudne miejsce, to znikają dom, rodzina, bliscy, przyjaciele i problemy dolin. Trochę tak, jakby twoje „ja”, ten wewnętrzny ludek, który analizuje, myśli, rozważa, boi się, przestawało nagle istnieć. Rozpływasz się, przestajesz istnieć, a stajesz się wspinaniem. Najgorsze, co możesz zrobić w trudnej sytuacji, to pomyśleć, że jesteś zbyt zmęczony, a przed tobą jeszcze tyle godzin. Że nie dasz rady. Wtedy od razu lepiej zawrócić. Jeśli nie umiesz wyczyścić całkowicie umysłu, to pomyśl o domu, o bliskich albo po prostu o tym, co ostanio zjadłeś i co zjesz po zejściu. To pomaga rozwiać złe myśli. Ale najlepiej w ogóle nie myśleć i skupić się na oddechu”. Sama praktykuję od jakiegoś czasu dłuższe piesze wycieczki i wiem, że skupienie się na oddechu rzeczywiście bardzo pomaga.

Ważna we wspinaniu jest również pokora, o czym mówi każdy mądry wspinacz, Bielecki też. Pokora wobec natury. Szacunek wobec góry. To, że ty chcesz zdobyć szczyt, nie znaczy, że góra ma ci na to pozwolić. Poza tym, Bielecki mówi też dużo o tym, jak dobrze jest też czasem mocno się zmęczyć, dotrzeć do granic wyczerpania, pożyć jakiś czas w warunkach mało komfortowych, pełnych wielu niedogodności (np. malutki namiocik na grani na wysokości 7000m przy temperaturze -30), aby docenić to, co czeka na nas później: pyszny obiad, gorący prysznic, zieleń trawy, wygodne łóżko. Proste i banalne sprawy, ale warto czasem o tym przeczytać, bo w tym naszym pędzie zapominamy o malutkich chwilach radości i drobiazgach, które dają nam spokój i szczęście. Bielecki to fajny facet. Chce być nie tylko dobrym himalaistą, ale jak mówi, przede wszystkim starym. Chce żyć, choć wie, że ryzyko zawsze wpisane będzie w jego pasję, a spod zamarzniętych powiek, czasem przecież nie widać, gdzie można postawić krok.

I na koniec jeszcze taka ciekawostka: z tej książki dowiedziałam się, że góra z logo wytwórni filmowej Paramount Pictures to szczyt Artensoraju położony w paśmie Cordillera Blanca (Andy Peruwiańskie), znajdujący się na terenie Peru. Jego wysokość to 6025 m n.p.m. Piękna góra, przepiękna, charakteryzująca się niesamowitymi formacjami śnieżnymi. Myślałam, że to tylko obrazek na potrzeby logo… a tu proszę.

Świetna lektura, książka jest bardzo ładnie wydana, z mnóstwem zdjęć. Polecam.

„Spod zamarzniętych powiek” Adam Bielecki, Dominik Szczepański, wyd. Agora 2017

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova

indeksKobiety mogą wiele. Są silne, uparte, dążą do celu. Mają często większą wytrzymałość i odwagę niż mężczyźni. Takie na pewno były i są kobiety himalaistki, o których pisze Dina Sterbova w swojej książce „Tęsknota i przeznaczenie”. 14 ośmiotysięczników w Himalajach zostało zdobytych również przez kobiety, czy to w solowych wejściach, czy w kobiecych zespołach, czy też w mieszanych. Kobiety jak się okazało, mimo niedowierzania władz, sponsorów, himalaistów płci męskiej, są równie dobrymi wspinaczami i niczego im nie brakuje. Było tak zarówno w latach 70-tych, jak i 90-tych, i współcześnie.

Książka opowiada historie bohaterek – te zakończone sukcesem i te zakończone tragicznie (a takich jest zdecydowanie więcej) bardzo rzetelnie i z dużą dozą szczegółów. Autorka gromadziła wszystkie informacje przez 14 lat, niektóre z kobiet udało jej się odwiedzić, z innymi już nie miała możliwości spotkania, ale za to musiała przekopywać się przez stosy archiwalnych materiałów, artykułów, wywiadów. Na kartach książki spotykamy kobiety – himalaistki z różnych stron świata (Japonii, Francji, Niemiec, Austrii, Ameryki, Czechosłowacji (jeszcze wtedy) -> sama autorka jest Czeszką i wspina się również. Dużo stron poświęconych jest polskim himalaistkom, które autorka uważa za wybitne: Wandzie Rutkiewicz (śmierć na stokach Kanczendzongi w 1992r.), Annie Czerwińskiej (tu przypomina słynną wyprawę na górę Rakaposhi, którą zdobył zespół całkowicie kobiecy, pisałam o tej książce tutaj), Halinie Krüger-Syrokomskiej (śmierć na K2 w 1982r.), Annie Okopińskiej, Krystynie Palmowskiej. Autorka wspomina wszystkie ich ważne wyprawy i pierwsze wejścia kobiece, których wymieniać nie będę, z wiadomych powodów (znajdziecie je choćby na wikipedii). Kobiety himalaistki innych narodowości były i są równie wybitne, warto choćby wspomnieć o wyprawie Arlene Blum na Annapurnę (również w zespole całkowicie kobiecym, o książce „Annapurna. Góra kobiet” pisałam tutaj) – ogromne osiągnięcie.

„Ludzie długo wznosili wzrok ku szczytom gór z czcią i przestrachem, nawet jeśli całe życie spędzili w dolinach u ich stóp. Góry w wielu niepowiązanych ze sobą religiach i wyznaniach uważane były za trony bogów. Dopiero nie tak dawno temu w kilku heretyckich głowach powstał pomysł, że człowiek mógłby zdobywać ich wierzchołki”. Oczywiście poczatkowo rolę tą przypisywano głównie mężczyznom, bo zadaniem kobiet było siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Doszło jednak do tego, że kobiety na przełomie XIX i XX w. się „przebudziły” i mimo, że początkowo były „lekceważone i ośmieszane, wiele z nich nie dało się powstrzymać i odważnie walczyło o swoje. Pionierki te nie były jednak żadnymi Amazonkami. Były to normalne kobiety, które miały pasję, ale też dzieci i żyły w normalnych związkach”.  Zdecydowały się podejmować ryzyko, stawiać na szali swoje życie, po to by pokonać siebie, spełnić marzenia, poświęcić się pasji, udowodnić swoją siłę i odwagę. „Człowiek musi wejść na prawdziwe wyżyny, by mógł spojrzeć na dno swojej duszy”. Niby banał, ale coś w tym jest. Góry od zawsze przyciągały te „wybitne, nie bojące się ryzyka” jednostki. A może i bojące się, ale bardziej oswojone ze śmiercią, która jest od zawsze wpisana w ich życie. To nie jest tak jak ze zwykłym, siedzącym w fotelu przed telewizorem człowiekiem, który o śmierci nie myśli, bo nie ma z nią do czynienia codzień, bo się jej boi, nie potrafi jej zrozumieć i właściwie nie bardzo wie jak ją oswoić. Natomiast człowiek, który ryzykuje swoje życie w imię pasji, ma śmierć wpisaną w siebie już od początku. Ona idzie tuż obok niego, czasem chce mu wyrwać czekan, czasem chuchnie na niego lodowatym podmuchem wiatru, by go przestraszyć, i wpada w zadziwienie, kiedy on, a w przypadku tej książki, ona – idzie niestrudzenie dalej.

Wszystkie opisane w książce kobiety, o których mogłabym tu napisać bardzo dużo, a przede wszystkim to, że każda z nich była wielką osobowością i silną indywidualnością, wchodząc na szczyt ośmiotysięcznika, czy to jako pierwsza kobieta na świecie (co w większości przypadków miało tu miejsce) czy jako druga – odczuwają ogromne spełnienie i szczęście oraz niezwykłe poczucie wolności. I choć trwa to chwilę, bo w strefie śmierci, czyli powyżej 8000 m. nie można przebywać długo, to jest to chwila niezapomniana.

Dina Sterbova porusza różne tematy – przygotowania do wypraw, problemy etyki i zachowania w górach, opisuje kontrowersyjne sytuacje, kiedy to zawiodło „braterstwo liny” (m.in. wyprawę Kurta Diembergera na K2 z 1986r. podczas, której zginęło wiele osób, a sam Kurt musiał się tłumaczyć z różnych kwestii), a także chore współzawodnictwo, które również zaczyna powoli się pojawiać w świecie wspinaczy, psując relacje i zaburzając istotę wspinania. Było kilka przypadków, kiedy z czystej zawiści nie uznawano faktu zdobycia szczytu, bądź też nie wierzono zdobywczyni. Najwięcej ucierpiała Wanda Rutkiewicz, która często była posądzana o parcie do celu po trupach, wykorzystywanie ludzi i nie szanowanie ich, egoizm, a sama tak naprawdę się chyba w tym wszystkim pogubiła. I choć dla niej faktycznie istniały tylko góry, to być może zatraciła gdzieś sens innych spraw, ale tak czy siak, na pewno nie była lubiana w środowisku, choć była niezwykle ceniona i miała naprawdę ogromne osiągnięcia. Autorka wspomina również bardzo dobrą książkę / wywiad z Wandą Rutkiewicz, autorstwa Barbary Rusowicz (pisałam o niej tutaj).

Dina Sterbova sama zalicza sie do kobiet wybitnych, jako pierwsza stanęła na szczycie Cho You w 1984r, a 4 lata później na Gasherbrum II, kierowała również wyprawą na Manaslu, gdzie zdobyła jego północny szczyt. Jej ksiażka to kawał dobrej roboty. Mówi, że góry są „zwierciadłem, w którym odbija się nasz charakter, dzięki nim wiemy, jak lepiej poradzić sobie z wyzwaniami, jakie ma dla nas życie. Motywują nas do pokonywania własnych słabości. Nie chciejmy od nich tandetnych nagród lub sławy, nie traktujmy ich jako stopni wiodących do zwycięstwa, gdyż potrafią nam dać o wiele więcej. Pamiętajmy również, że kiedy tylko chcą, moga nam zabrać wszystko, tak jak zabrały wielu ludziom przed nami”.

Książkę warto przeczytać, warto, bo daje siłę do walki z codziennością. Każda z nas ma swoje Himalaje i pamiętajmy, że mamy siłę by się z nimi zmierzać. Polecam. Idealny prezent na zbliżający się Dzień Kobiet, ale nie tylko. To niezwykły zbiór informacji dla każdego fana / fanki wspinaczki, alpinizmu. Dla wszystkich, którzy kochają góry.

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova, wyd. Stapis 2016

„Kategoria trudności” Władimir Szatajew

indeks ” Złota era rosyjskiego alpinizmu przypada na lata 60. i 70. XX wieku. Niestety niewiele osób miało możliwość opowiedzenia nam o wydarzeniach, jakie się wtedy rozegrały. To była wspaniała epoka i oto, dzięki Włodzimierzowi Szatajewowi, mamy okazję towarzyszyć bohaterom tamtych czasów, uścisnąć dłonie prawdziwym legendom, wejść na ścieżki pierwszych zdobywców (…)

Gdy byłem młody, książka Szatajewa skłoniła mnie do przemyślenia wielu spraw. Pomogła mi zorientować się, czym jest alpinizm, ponieważ zawiera pytania i odpowiedzi – to jej ogromna wartość. Czytając ją, nie tylko podążamy za historią, lecz oceniamy samych siebie, naszą moralność, to, co uważamy za dobre i złe, dociekamy przyczyn naszych zachowań.” – tak we wstępie do książki wydanej przez wydawnictwo Stapis, pisze jeden z moich ulubionych himalaistów: Denis Urubko. I właściwie to jest sedno tej książki. Tu więcej pisać właściwie nie trzeba.

Władimir Szatajew, autor „Kategorii trudności” w krótkich rozdziałach opisuje swoje życie i karierę wspinacza. Zaczynający przygodę z górami w Kaukazie, zdobywa wiele tamtejszych szczytów, nierzadko ocierając się o śmierć. Opisuje zmagania z wysokością, aklimatyzacją, wymienia nazwiska swoich partnerów, kolegów z ekip wspinaczkowych, z którymi zdobył Pik Komunizmu czy Elbrus. Pisze o ich zawziętości, motywacji i woli życia. Jego przyjaciel Jura Korotkow po 20stu kilku złamaniach, prawie skazany na inwalidztwo do końca życia, parę lat po wypadku, zrobił tak wspaniałą drogę, że otrzymał tytuł mistrza sportu. Być może miał wielkie szczęście, że wyszedł cało z wypadku. Inni nie mieli: Bluminar Gołubkow, czy Wołodia Wierbowoj.

Szatajew pisze jak stworzył nowe drogi wspinaczkowe m.in na Pik Prawdy czy o pierwszym zimowym trawersie jednej z najtrudniejszych gór Kaukazu: Uszbę. Opowiada o swojej żonie Elwirze, która w głębi duszy również dzieliła z nim pasję wspinaczkową i sama razem z innymi kobietami zasłużyła się dla Rosji w zdobywaniu szczytów;  jak kiedyś przez pomyłkę otrzymała informację, że zginął (Szatajew uskoczył w komin obok ściany, by uniknąć kamiennej lawiny, która z pewnością by go zabiła, a niestety ekipa widząca z dołu całą sytuację, zbyt szybko uznała, że Szatajew nie żyje i pospieszyła się z informowaniem rodziny).

0c06201bf3a90ae728096739189089621-400x479Szatajew wspinał się oczywiście też w Himalajach, gdzie zdobył Everest, Shisha Pangmę czy Annapurnę Południową. Opowiada o „Akcji na Eigerze”.  Pisze zwięźle, mądrze, konkretnie ale i pięknie. Dobrze wie czym jest radość ze zdobycia szczytu, ale też czym jest piekło, jakiego doznaje się w drodze na niego.

„Piekło – dlaczego jest przedstawiane jako ciemne, bulgocące, hałaśliwe? Ja je widziałem – jest idealnie białe, idealnie ciche, idealnie nieruchome. Nad nim idealnie błękitne niebo z idealnie nieruchomym, wiszącym, złym, palącym słońcem. Ta doskonałość to jest właśnie piekło i nie znajduje się ono w podziemiach, lecz ma kształt areny cyrkowej, głeboko wklęsłej czaszy. Piekło to uwierająca monotonia, mamiąca swoją doskonałością, która wycieńcza niezauważalnie, lecz szybko, doprowadza na skraj omdlenia nieruchomością, ciszą, jednobarwnością. Nie sposób zawiesić na czymkolwiek wzroku, czegokolwiek usłyszeć, czegokolwiek poczuć, z wyjątkiem równomiernie palącego słońca. Kiedy nie ma niczego oprócz idealnej, rozciągającej się na cały świat bieli, ciszy i bezruchu, aby móc doświadczyć mąk piekielnych, wystarczy spędzić w takich warunkach nie dłużej niż godzinę.”

Próbuje zrozumieć dlaczego wspinanie ma dla niego tak wielką wartość. Dlaczego w ogóle ludzie porywają się na takie ryzyko? Dla zdrowia? Dla chęci podziwiania przyrody?  Dla poznania samego siebie?  Dla przygody? A może to najzwyczajniej w świecie głupi nałóg? „górski alkoholizm”? na który „cierpią ci, którym góry weszły w duszę i zaszły za skórę. To ciężkie uzależnienie i mimo, iż są ateistami, modlą się do wszystkich bogów o wybawienie, obiecują, że ich noga więcej w górach nie postanie. Ale niech tylko zawieje lutowy wiatr, pojawi się jak sygnał marcowe słońce, głównymi bohaterami ich nocnych snów stają się góry i nie będzie dla nich przyjemniejszego zajęcia niż obserwowanie, jak ubywa kartek w kalendarzu. I nikt nie potrafi wyjaśnić, jaka siła ich tam ciągnie, co jest jej istotą, czego brakuje im na miejskim asfalcie i z czego powstaje „różnica potencjałów”, która dosłownie zwiewa ich z trotuaru i unosi w góry”. Po śmierci swojej żony zdaje sobie mocniej sprawę, że to samo może przytrafić się i jemu, jednak wie, że jeśli nie dopuści do głosu lekkomyślności, brawury, dzikiego pędu do kariery.. będzie dobrze. Żyje do tej pory. Uzyskał tytuł „Śnieżnej Pantery”. Ale czy tą książką pokazał o co tak naprawdę chodzi we wspinaniu? Tego chyba nigdy się nie dowie człowiek, który tylko o tym czyta. Być może nawet sam wspinacz nigdy nie pozna odpowiedzi ? 

„Tu tracisz poczucie odległości, nie wiadomo, co jest daleko, a co blisko. Brakuje punktów odniesienia – te dalekie wzgórza po prawej stronie tak naprawdę są godzinę drogi od nas, a do wierzchołka po lewej, który wydaje się tak bliski, trzeba wędrować dobę. Kiedy pokonujesz tysiąc metrów za tysiącem, kiedy nie do końca zdajesz sobie sprawę, co tak grzechocze – rzeczy w plecaku czy twoje kości – kiedy nie widzisz, co jest po prawej, a co po lewej, wtedy blaknie piękno, a zagadki i paradoksy w ogóle nie są interesujące. Myśli wspinacza w takim miejscu podążają w dwóch kierunkach: tam, gdzie ciągną się ludzkie ślady, gdzie jest ciepło i wspólnota, i tam, gdzie nie ma ani jednego, ani drugiego…”

Polecam.

„Kategoria trudności” Władimir Szatejew, wyd. Stapis 2015