„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol

DSC08056

„Ściana jest gładka, śliska, jednolita, mróz sięga 50-60 stopni, lód jest strasznie twardy. Czerń nocy ukrywa przede mną dalszą częśc drogi – i całe szczęście! Dzięki temu nie czuję się wessana przez pustkę, wabiona przez otchłań. Poślizgnięcie się na tym polu lodowym oznacza dla mnie koniec, poruszam się więc z najwyższą ostrożnością. Wkrótce zaczynam czuć, że góra emanuje spokojem, a ciemność nocy paradoksalnie mnie zabezpiecza. To wszystko razem wydaje mi się nieprawdopodobne, nierealne. Schodzę w nocy, bez latarki czołowej, drogą, której nie znam, nie mając żadnego sprzętu – ani czekana, ani przyrządu zjazdowego, ani blokera, śrub lodowych czy liny dynamicznej. Nie piłam niczego od co najmniej pięćdziesięciu pięciu godzin. W zasadzie nie spałam od osiemdziesięciu godzin, nie licząc majaczeń i halucynacji zeszłej nocy. […] Moje myśli krążą w kółko – trzymać palce rąk w cieple, ruszać palcami stóp, mrużyć oczy, żeby nie stracić wzroku. Palce w cieple, palce nóg w ruchu, mrużyć oczy, bo wzrok. Schodzić”.

Większość z nas śledziła zapewne styczniową akcję ratunkową na Nanga Parbat w 2018r. To już dwa lata od momentu, kiedy Denis Urubko, Adam Bielecki, Jarosław Botor, Piotr Tomala (członkowie pobliskiej Zimowej Narodowej Wyprawy na K2) heroicznie uratowali ledwo żywą Elisabeth Revol, która razem z Tomkiem Mackiewiczem zdobyła ten himalajski szczyt. Tomka nie udało się uratować, został na zawsze w szczelinie 800m pod szczytem. Jego ostatnie słowa do Revol to „Jest mi zimno. Chcę odpocząć”.

Ta książka (jak zarzuca wielu) wcale według mnie nie jest pędem ku sławie i chęcią zarobienia pieniędzy przez autorkę na tej historii. Obrzydlistwem jest coś takiego mówić. Jak sama autorka przyznaje, i jak też potwierdziła ostatnio żona Tomka Mackiewicza, ta książka jest terapią dla obu pań, a zyski z jej sprzedaży mają wspomóc budowę wodociągu w dolinie Diamir, o czym marzył Tomek. Elisabeth w swojej książce powraca do bolesnych emocji. Konfrontuje się z nimi, wyrzuca je z siebie, ale przede wszystkim mówi jak było, jak się czuła, kiedy musiała zostawić partnera.

Opowiada o swoim uzależnieniu od gór, o uzależnieniu Tomka od gór. O tym jak cudownie się dogadywali, rozumieli i jaka piękna przyjaźń ich łączyła. Jak zatem można zostawić przyjaciela? Skazać go na pewną śmierć, powiedzą inni? Czy to był egoizm? Nie…

Elisabeth zostawiła Tomka, bo cały czas była przekonana, że obiecany helikopter z pomocą ratunkową przyleci. Ona musi tylko zejść niżej, byc „drogowskazem”, ażeby ratownicy z helikoptera mogli wylądować w pozwalającej im na to wysokości, a potem pójść po Tomka. Przez wiele godzin pojono ją tą nadzieją, niedomówienia z urzędnikami pakistańskimi, brak pieniędzy i ogólna opieszałość sprawiły, że helikopter nigdy nie przyleciał. Elisabeth musiała spędzić prawie trzy noce sama, bez namiotu, wody, jedzenia, sprzętu, schodząc w dół, nocą, drogą, której nie znała. Przed nią był kuluar Kisshofera – stromizna, po której nie da się zejść bez lin i całego sprzętu. Ona nie miała nic. Dodatkowo cały czas bała się o Tomka. Miała nadzieję, że w tej szczelinie da radę, ale przecież już wtedy, jak go zostawiała, był ślepy, zamarznięty, z obrzękiem mózgu i krwawieniem z dróg oddechowych. Nie było szans, ale nie docierało do niej, że on umiera. Mimo, że wszedł na szczyt, już nie zobaczył, jaki się z niego roztacza widok…. bo już tam powiedział do Revol, że przestaje widzieć. 

Kto popełnił błąd i kiedy? Czy słusznie oboje zdecydowali, że mimo późnej pory wejdą wreszcie na ten szczyt? Mogli się wycofać te 90 m przed. „Oboje byliśmy odpowiedzialni za tę tragedię, za lawinę drobnych błędów, które doprowadziły nas do katastrofy. Nie umiałam sprowadzić Tomka, to moja wina. Tomek nie był w stanie zrezygnować, zawrócić i zejść – to była jego wina. Ale tylko Tomek zapłacił za to najwyższą cenę i tylko ja została przy życiu”, mówi Revol.

Revol w tej książce pokazuje jak słabą i delikatną jest osobą, choć silną fizycznie i mocno stojącą na nogach, mówi o tym, jak ciężko było jej się uporać z całą tą sytuacją, pogodzić ze śmiercią przyjaciela, stawić czoła wiadrom pomyj wylewanym na nią po powrocie. Czytałam jej zmagania na wstrzymanym oddechu… Niewyobrażalna to dla mnie sytuacja. Niewyobrażalna. Dobrze, że Revol ma kochającego męża, który podczas tych tragicznych nocy cały czas ją wspierał w smsach, podobnie jak jej przyjaciel Ludovico, który informował ją o wszystkim, dawał nadzieję i otuchę, a w internecie relacjonował przebieg całej akcji i dzielił się najświeższymi lokalizacjami Elisabeth. Kolejnym włoskim przyjacielem, wspomnianym w książce przez Revol, jest Daniele Nardi, który niestety rok później razem z Tomem Ballardem zginęli na Nanga Parbat. Jak mówi Revol „Nanga pokazała swoje złowieszcze oblicze”. 

Książka jest próbą przekazania własnymi słowami, emocjami, sumieniem tego co czuła i czuje nadal Elisabeth Revol. Jej pożegnalny list do Tomka i słowa o polskich himalaistach, którzy ją uratowali są naprawdę niezwykle emocjonalne i wzruszają. To również opowieść o niewyobrażalnej woli życia i niezależnie od tego, co myślą ci siedzący na kanapach i mądrujący się z ciepłego domu, to dowód na nieludzką wręcz siłę i odwagę. Jednocześnie, ta „spowiedź” pokazuje również, jak trudna jest walka o wewnętrzny spokój, jak ciężko jest żyć po takiej traumie, jak mocno boli i jak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Revol odrodziła się wchodząc samotnie na Everest i Lhotse w zeszłym roku. Jak mówi, by „skończyć z pasją, która sprawiała, że żyłam intensywnie, ale która mnie pożerała, niewoliła, była obsesją, czasem wręcz czymś poza mną, ode mnie niezależnym. [….] Wyruszyłam na Everest spokojnie, bo szukałam już czegoś innego. Nie byłabym dziś w stanie znów związać się z kimś liną i ruszyć na trudną drogę, a już na pewno nie mogłabym za nikogo brać odpowiedzialności w Himalajach”. 

Ta książka jest potrzebna. Szczera i autentyczna. Żona Tomka, Anna Solska Mackiewicz powiedziała o Revol, że „jej nadludzki wysiłek sprowadzenia go do dzieci i w moje ramiona, do domu nie miały sobie równych, że zrobiła dla niego wszystko, więcej niż ktokolwiek byłby w stanie sobie wyobrazić… „.

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” Elisabeth Revol, tłum. Anastazja Dwulit, wyd Agora, 2019

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova

indeksKobiety mogą wiele. Są silne, uparte, dążą do celu. Mają często większą wytrzymałość i odwagę niż mężczyźni. Takie na pewno były i są kobiety himalaistki, o których pisze Dina Sterbova w swojej książce „Tęsknota i przeznaczenie”. 14 ośmiotysięczników w Himalajach zostało zdobytych również przez kobiety, czy to w solowych wejściach, czy w kobiecych zespołach, czy też w mieszanych. Kobiety jak się okazało, mimo niedowierzania władz, sponsorów, himalaistów płci męskiej, są równie dobrymi wspinaczami i niczego im nie brakuje. Było tak zarówno w latach 70-tych, jak i 90-tych, i współcześnie.

Książka opowiada historie bohaterek – te zakończone sukcesem i te zakończone tragicznie (a takich jest zdecydowanie więcej) bardzo rzetelnie i z dużą dozą szczegółów. Autorka gromadziła wszystkie informacje przez 14 lat, niektóre z kobiet udało jej się odwiedzić, z innymi już nie miała możliwości spotkania, ale za to musiała przekopywać się przez stosy archiwalnych materiałów, artykułów, wywiadów. Na kartach książki spotykamy kobiety – himalaistki z różnych stron świata (Japonii, Francji, Niemiec, Austrii, Ameryki, Czechosłowacji (jeszcze wtedy) -> sama autorka jest Czeszką i wspina się również. Dużo stron poświęconych jest polskim himalaistkom, które autorka uważa za wybitne: Wandzie Rutkiewicz (śmierć na stokach Kanczendzongi w 1992r.), Annie Czerwińskiej (tu przypomina słynną wyprawę na górę Rakaposhi, którą zdobył zespół całkowicie kobiecy, pisałam o tej książce tutaj), Halinie Krüger-Syrokomskiej (śmierć na K2 w 1982r.), Annie Okopińskiej, Krystynie Palmowskiej. Autorka wspomina wszystkie ich ważne wyprawy i pierwsze wejścia kobiece, których wymieniać nie będę, z wiadomych powodów (znajdziecie je choćby na wikipedii). Kobiety himalaistki innych narodowości były i są równie wybitne, warto choćby wspomnieć o wyprawie Arlene Blum na Annapurnę (również w zespole całkowicie kobiecym, o książce „Annapurna. Góra kobiet” pisałam tutaj) – ogromne osiągnięcie.

„Ludzie długo wznosili wzrok ku szczytom gór z czcią i przestrachem, nawet jeśli całe życie spędzili w dolinach u ich stóp. Góry w wielu niepowiązanych ze sobą religiach i wyznaniach uważane były za trony bogów. Dopiero nie tak dawno temu w kilku heretyckich głowach powstał pomysł, że człowiek mógłby zdobywać ich wierzchołki”. Oczywiście poczatkowo rolę tą przypisywano głównie mężczyznom, bo zadaniem kobiet było siedzieć w domu i wychowywać dzieci. Doszło jednak do tego, że kobiety na przełomie XIX i XX w. się „przebudziły” i mimo, że początkowo były „lekceważone i ośmieszane, wiele z nich nie dało się powstrzymać i odważnie walczyło o swoje. Pionierki te nie były jednak żadnymi Amazonkami. Były to normalne kobiety, które miały pasję, ale też dzieci i żyły w normalnych związkach”.  Zdecydowały się podejmować ryzyko, stawiać na szali swoje życie, po to by pokonać siebie, spełnić marzenia, poświęcić się pasji, udowodnić swoją siłę i odwagę. „Człowiek musi wejść na prawdziwe wyżyny, by mógł spojrzeć na dno swojej duszy”. Niby banał, ale coś w tym jest. Góry od zawsze przyciągały te „wybitne, nie bojące się ryzyka” jednostki. A może i bojące się, ale bardziej oswojone ze śmiercią, która jest od zawsze wpisana w ich życie. To nie jest tak jak ze zwykłym, siedzącym w fotelu przed telewizorem człowiekiem, który o śmierci nie myśli, bo nie ma z nią do czynienia codzień, bo się jej boi, nie potrafi jej zrozumieć i właściwie nie bardzo wie jak ją oswoić. Natomiast człowiek, który ryzykuje swoje życie w imię pasji, ma śmierć wpisaną w siebie już od początku. Ona idzie tuż obok niego, czasem chce mu wyrwać czekan, czasem chuchnie na niego lodowatym podmuchem wiatru, by go przestraszyć, i wpada w zadziwienie, kiedy on, a w przypadku tej książki, ona – idzie niestrudzenie dalej.

Wszystkie opisane w książce kobiety, o których mogłabym tu napisać bardzo dużo, a przede wszystkim to, że każda z nich była wielką osobowością i silną indywidualnością, wchodząc na szczyt ośmiotysięcznika, czy to jako pierwsza kobieta na świecie (co w większości przypadków miało tu miejsce) czy jako druga – odczuwają ogromne spełnienie i szczęście oraz niezwykłe poczucie wolności. I choć trwa to chwilę, bo w strefie śmierci, czyli powyżej 8000 m. nie można przebywać długo, to jest to chwila niezapomniana.

Dina Sterbova porusza różne tematy – przygotowania do wypraw, problemy etyki i zachowania w górach, opisuje kontrowersyjne sytuacje, kiedy to zawiodło „braterstwo liny” (m.in. wyprawę Kurta Diembergera na K2 z 1986r. podczas, której zginęło wiele osób, a sam Kurt musiał się tłumaczyć z różnych kwestii), a także chore współzawodnictwo, które również zaczyna powoli się pojawiać w świecie wspinaczy, psując relacje i zaburzając istotę wspinania. Było kilka przypadków, kiedy z czystej zawiści nie uznawano faktu zdobycia szczytu, bądź też nie wierzono zdobywczyni. Najwięcej ucierpiała Wanda Rutkiewicz, która często była posądzana o parcie do celu po trupach, wykorzystywanie ludzi i nie szanowanie ich, egoizm, a sama tak naprawdę się chyba w tym wszystkim pogubiła. I choć dla niej faktycznie istniały tylko góry, to być może zatraciła gdzieś sens innych spraw, ale tak czy siak, na pewno nie była lubiana w środowisku, choć była niezwykle ceniona i miała naprawdę ogromne osiągnięcia. Autorka wspomina również bardzo dobrą książkę / wywiad z Wandą Rutkiewicz, autorstwa Barbary Rusowicz (pisałam o niej tutaj).

Dina Sterbova sama zalicza sie do kobiet wybitnych, jako pierwsza stanęła na szczycie Cho You w 1984r, a 4 lata później na Gasherbrum II, kierowała również wyprawą na Manaslu, gdzie zdobyła jego północny szczyt. Jej ksiażka to kawał dobrej roboty. Mówi, że góry są „zwierciadłem, w którym odbija się nasz charakter, dzięki nim wiemy, jak lepiej poradzić sobie z wyzwaniami, jakie ma dla nas życie. Motywują nas do pokonywania własnych słabości. Nie chciejmy od nich tandetnych nagród lub sławy, nie traktujmy ich jako stopni wiodących do zwycięstwa, gdyż potrafią nam dać o wiele więcej. Pamiętajmy również, że kiedy tylko chcą, moga nam zabrać wszystko, tak jak zabrały wielu ludziom przed nami”.

Książkę warto przeczytać, warto, bo daje siłę do walki z codziennością. Każda z nas ma swoje Himalaje i pamiętajmy, że mamy siłę by się z nimi zmierzać. Polecam. Idealny prezent na zbliżający się Dzień Kobiet, ale nie tylko. To niezwykły zbiór informacji dla każdego fana / fanki wspinaczki, alpinizmu. Dla wszystkich, którzy kochają góry.

„Tęsknota i przeznaczenie” Dina Sterbova, wyd. Stapis 2016