„Linie krwi” Jesmyn Ward

„W delcie Missisipi ziemia była tańsza, więc wzdłuż wybrzeża rozprzestrzenili się czarni Kreole. Łamaną angielszczyzną i francuszczyzną targowali się o swoje hektary. Jednak i oni, i ich sąsiedzi z białej biedoty utrzymywali się z roboty dla bogaczy, zupełnie tak samo jak w Nowym Orleanie: budowali sezonowe rezydencje wzdłuż plaży dla majętnych wychodźców z Nowego Orleanu, sprzątali je, pielęgnowali ogrody, a do tego łowili ryby, krewetki, zbierali ostrygi. Tu jednak mieli przestrzeń, mieli ziemię. Tworzyli własne, zwarte społeczności, zawierali małżeństwa z podobnymi do siebie, na rdzawej glinie wznosili nieduże, koślawe domki. Siali i zbierali niewielkie plony. Hodowali konie, kury, świnie. W lasach za domami montowali tycie bimbrownie, słynące z czystości produktu, jego mocy, oleistej konsystencji, która przepalała gardło na wylot. Parcele dzielili potem między dzieci, a bywało ich w stadku siedmioro albo i tuzin. Dzieciaki od małego uczyli strzelać i kierować autem, posyłali je do jednoizbowych szkół, gdzie nauka kończyła się na siódmej klasie. Ich dzieci budowały własne, koślawe domki, zawierały małżeństwa jako siedemnastolatki czy czternastolatki i zakładały rodziny. A Bois Sauvage nazywały Bożym Zakątkiem”.

W takiej rzeczywistości śledzimy losy bliźniaków mieszkających ze swoją babcią. Chłopcy: Christophe i Joshua właśnie kończą szkołę i chcą znaleźć pracę. W domu jest bieda, babcia prawie ślepnie, matka wyjechała dawno temu i zostawiła synów pod jej opieką, a ojciec jest narkomanem, który właśnie wyszedł z odwyku i ćpa znów. Chłopcy są ze sobą bardzo zżyci, pomagają babci jak mogą, ale zależy im na znalezieniu pracy, by mogli dokładać się do domowych wydatków, by nie musieli jeść tylko kanapek z dżemem czy krewetek złowionych przez sąsiada, które już wychodzą im bokiem. Wszechogarniający upał wysysa z mieszkańców Bois Sauvage siły, nadal w głowach mają oni wspomnienia związane z huraganem Catrina, choć żyją wszyscy w miarę zgodnie i spokojnie, doceniając to, co mają. W miasteczku jedyną rozrywką jest spalenie blanta, mecz koszykówki czy walki psów. Kiedy jeden z braci znajduje pracę w porcie, drugi z nich przeżywa głębokie rozczarowanie. W końcu obaj składali tam CV. Czyżby był gorszy? On przecież też chce uczciwie zarobić. Niestety ta porażka sprawia, że chłopak zajmuje się sprzedażą narkotyków. Czy nie przeszkadza mu to, że jego ojciec jest ćpunem? Czasem zazdrość o to, że komuś lepiej się układa, bywa złym doradcą, a może po prostu chłopak chce być zauważony?

Książka jest debiutem Jesmyn Ward. Wydano ją w tym roku, choć wcześniej ukazały się już inne książki tej autorki: „Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie” i „Zbieranie kości”. Podobnie, jak w poprzednich historiach, akcja dzieje się znów na Głębokim Południu Stanów Zjednoczonych, w tym samym miasteczku Bois Sauvage, którego klimat niejednokrotnie zawarty jest w opisach. I właśnie sednem tej książki są opisy, siła tkwi w szczegółach miejsc, emocji, czynności. Podoba mi się taka niespieszna, pełna melancholii i nostalgii narracja, która jest też bardzo plastyczna. Czytelnik jest w stanie bez problemu poczuć żar słońca, suchość trawy, zapach wody morskiej z portu, brzęczenie owadów nocną porą, pot na koszulkach bliźniaków, kłęby dymu ze spalonych blantów.

Sama historia dotyka głównie potęgi braterstwa, więzów, czy też „linii krwi”, które mimo, iż życie podkłada pod nogi różne kłody, są silniejsze od wszystkiego. Wszystko najlepiej widać w finale powieści, którego ostanie strony wzruszają. Piękna jest też postać babci, która mimo swojego słabego zdrowia tak wspaniale opiekuje się chłopakami, zawsze ma dla nich miłe słowo, liczy się z nimi, a i ich relacja z nią jest pełna szacunku i miłości, mimo, iż jako nastolatkowie mają swoje za uszami. Podobała mi się ta powieść.

Polecam.

„Linie krwi” Jesmyn Ward, tłumaczenie Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Poznańskie, 2021.

„Zbieranie kości” Jesmyn Ward

86440379_2727224807326962_2197861131890982912_oJesmyn Ward to autorka, której książka Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie zrobiła na mnie spore wrażenie w zeszłym roku. Pamietam emocje, to jak ujął mnie język i sama historia, pamiętam gorący klimat miasteczka Bois Sauvage w delcie Mississippi. Nie inaczej jest tutaj. Nawet akcja dzieje się w tej samej mieścinie. Inni są bohaterowie, choć też czarnoskórzy. Nie wiem, jak to robi Jesmyn Ward, ale potrafi pisać tak, że chłonie się jej opowieść całym sobą, czasem jej język jest zwyczajny, opisujący banalną rzeczywistość, a czasem tak potrafi przywalić akapitem, że człowiek mówi sobie „ależ to jest genialne” (był tu taki jeden fragment pod koniec książki, który mnie totalnie rozwalił w sensie zachwytu i właśnie takiego ‚wow, jak ona pisze!!”).

W Bois Sauvage mieszka ojciec z czwórką dzieci. Skeetah jest najstarszy, ma fioła na punkcie swojej Chiny, czyli suki rasy pitbull, która jest śnieżnobiałym aniołem i wygrywa wszystkie walki psów, a teraz tyle co się oszczeniła. Walki psów to wątek tu dość ważny (choć dla mnie trudny w lekturze, bo nie uznaję i nie rozumiem tego „sposobu zarabiania”). Jest Randall, chłopak, który marzy, by zostać koszykarzem i wyjechać na obóz sportowy, ale niestety ciągle nie może, bo brakuje w domu pieniędzy. Jest Junior, najmłodszy z braci, przy porodzie którego, zmarła Matka całej czwórki. No i jest Esch, 14-letnia dziewczyna, która jest narratorką, zachodzi w ciążę z kolegą (choć ogólnie źle się prowadzi od 12-tego roku życia) i ukrywa ją aż do praktycznie finału powieści, kiedy to nadchodzi huragan Katrina. „Nikt się nie domyśla, że mam brzuch. Może Skeet zwrócił na niego uwagę, kiedy wychodziłam z wody i wkładałam ubranie. Sama już nie wiem, ale nie mam zamiaru pokazywać mu brzucha. Nie pokażę go, póki  żadne z nas nie będzie miało wyboru, kiedy wszystko stanie się oczywiste i nie będzie się dało tego uniknąć, oślepnąć i zamienić w kamień”. Jest jeszcze ojciec, lubiący sobie wypić, dość szorstki w obyciu i wywołujący strach i jednocześnie żałość w rodzeństwie, opętany wizją przygotowań do nadchodzącego huraganu, w który mało kto wierzy. 

Sama powieść to obraz rodziny, która po stracie Mamy i Żony stara się żyć normalnie, choć nie jest to proste. Wszyscy tęsknią, ojciec nadal przechowuje jej zdjęcie, Esch cały czas przywołuje Mamę we wspomnieniach, co uzmysławia nam, że kiedyś było im lepiej, prościej. Życie składało się z ważnych drobiazgów i większej delikatności, spokoju, które dopiero teraz mają wartość. „Kiedy byliśmy mali i Mama budziła nas do szkoły, dotykała najpierw naszych pleców. A kiedy poczuła, że poruszamy się pod jej dłońmi, że zmierzamy w stronę poranka, zwracała się do nas przyciszonym głosem, żebyśmy wstawali, że pora do szkoły. Kiedy umarła, a budzeniem zajął się Tata, skończyło się dotykanie w plecy. Walił w ścianę obok naszych drzwi, mocno, i krzyczał: „Pobudka”. Rzeczywistość teraz jest ciężka, jest biednie, skromnie, a lejący się żar z nieba dodatkowo utrudnia funkcjonowanie.

Bois Sauvage jest mieściną gdzie problem koloru skóry nadal jest widoczny, i choć rodzina Esch mieszka na uboczu i właściwie jej życie toczy się wokół gromadzenia zapasów żywności na czas huraganu, albo opieki nad psem i szczeniakami, to bywają sytuacje, że czują się gorsi. Niemniej jednak są ze sobą mocno związani, opiekują się sobą i próbują jakoś żyć. Tylko Skeet lekko odstaje, kocha swoją sukę nad życie, jest je gotów za nią oddać, co widać będzie dobrze w finale. Mamy wrażenie, że ten pies jest dla niego ważniejszy niż rodzina, choć Skeet głupi nie jest i widzi więcej, niż by się wydawało. Z kolei Esch jest przerażona ciążą i załamana, ale jakoś brnie do przodu. Jak na swój wiek jest mądra i świetnie do niej pasuje cytat z początku książki: „Choć jestem mała, wiem wiele, a moje ciało jest nieskończonym okiem, przez które, niestety, widzę wszystko” (Gloria Fuertes, „Teraz”, cytat z pierwszej strony)

Huragan w końcu jednak nadchodzi…. Czy zmieni wszystko? Czy pozwoli rodzinie na nowy początek, czy ją zniszczy? 

Piękna książka. Brutalna rzeczywistość, brudna, surowa, ale pełna emocji. Fantastyczny język, co pewnie w dużej mierze jest zasługą tłumacza. Nie powiem, która z dwóch powieści tej autorki jest lepsza; czy ta, czy „Śpiewajcie z prochów, śpiewajcie”. Obie mi się bardzo podobały. Z niecierpliwością czekam na kolejne książki Jesmyn Ward. 

„Zbieranie kości” Jesmyn Ward, tłumaczenie Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie 2020.

„Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie” – Jesmyn Ward

708920-352x500Podobała mi się bardzo ta opowieść. Było czasem dziwnie, wzruszająco, były duchy, a wszystko na tle głębokiego południa Stanów Zjednoczonych, gdzie jeszcze pobrzmiewają echa plantacji bawełny, a przekonania rasowe i nienawiść wobec czarnoskórych są jeszcze nadal mocno zakorzenione w świadomości mieszkańców.

Trzynastoletni Jojo jest dzieckiem mieszanej pary. Ojciec – Michael, jest biały, matka – Leonie, czarnoskóra. Mieszkają w małym miasteczku Bois Sauvage w delcie Mississippi u rodziców Michaela, których Jojo nazywa Mamcią i Tatkiem. Mamcia ma pewien dar, niestety jest ciężko chora na raka, a właściwie umierająca, a Tatko, czyli duży Joseph, jest zamkniętym w sobie, dobrym i ciepłym człowiekiem. Kiedyś nosił przezwisko Zrzeki, ale wtedy jeszcze przebywał w więzieniu, gdzie pracował na plantacji bawełny. To tam wydarzyło się coś tajemniczego, coś co do tej pory go gnębi i nie pozwala na spokój. To stąd nagle pojawia się kolejny bohater: Bogaś – chłopiec duch, którego Jojo widzi bardzo wyraźnie, a który musi poznać prawdę o swojej śmierci, by móc odejść w spokoju w zaświaty.

Leonie z Jojo i jego młodszą siostrzyczką, Kaylą, wyruszają w drogę, by odebrać Michaela z więzienia. Jedzie z nimi jeszcze przyjaciółka Leonie. Podróż nie będzie łatwa, bo Kayla się rozchoruje, ale niestety zawrócić nie można. Można tylko liczyć na to, że małej przejdzie. I tak się powoli toczy historia. W zdezelowanym aucie, na zakurzonych drogach, w upale, z narkotykami w samochodzie, które mają być po drodze dostarczone w jedno miejsce. Ale.. co jest bardziej istotne w tej ksiażce to sami jej bohaterowie i tło.

Jojo cały czas zajmuje się siostrą, która lgnie do niego. Matka nie potrafi się nią zająć, nigdy nie miała instynktu macierzyńskiego i traktuje dzieci właściwie jak zło konieczne, choć momentami widać, że chciałaby się zmienić. Poznajemy jej historię, którą sama nam opowiada. Dowiadujemy się, że ma ten sam dar co Mamcia. Jaki?

Jojo musi sam dorastać, próbuje rozumieć sytuację, ale nie do końca wie jak ma się zachowywać. I tu pojawia się Bogaś – chłopiec duch, który zabiera się z nimi w trasę. Siedząc na podłodze opowiada Jojo o swoim ciężkim dzieciństwie. Są równolatkami, z tą różnicą, że Jojo żyje, a Bogaś już nie. Dlaczego jest takim smutnym chłopcem? dlaczego cały czas próbuje odnaleźć swoją własną prawdę, swoją pieśń, którą będzie mógł śpiewać z czystym sumieniem? I czego nauczy się od niego Jojo? 

To właściwie dzięki Bogasiowi czytelnik ma możliwość poznać przeszłość, spojrzeć na poniżanych kiedyś i bitych mężczyzn i chłopców, którzy cały czas muszą ciężko pracować na plantacji. „Wiedziałem, że łańcuchy i kajdany wrastają w skórę. Wiedziałem, że cienka, zwierzęca skóra bata wchodzi w ciało jak w masło. Wiedziałem, że głód boli, patroszy człowieka jak tykwę, a widok głodującego rodzeństwa patroszy jeszcze inaczej. Sprawia, że serce wyrywa się rozpaczliwie z piersi”. Segregacja rasowa wciąż żywa. Pot, kurz i łzy, zgnilizna i zło, które powstało z prochów

Podobnie świat widzi Leonie, czarnoskóra matka Jojo, która o swoim mężu mówi: „Ujrzał mnie, nie bacząc na skórę koloru czarnej kawy, czarne oczy, wargi koloru śliwek – ujrzał m n i e. Ujrzał chodzącą ranę, którą byłam, i przyszedł uśmierzyć ból”. Nie zaakceptowana nigdy przez białych rodziców Michaela, czuje, że tonie, że wszyscy toną. I że nie ma ratunku. Jedynym ratunkiem dla niej jest Michael, który wreszcie ma wyjść z więzienia, i którego musi za wszelką cenę odebrać, nawet za cenę choroby córeczki.

Cóż. Ta książka ściska za serce. Czytając o Mamci, ogarniętej bólem całego swojego jestestwa, zżeranej przez raka, miałam szczerze ochotę wyć. Emocje mnie rozjechały. Podobnie, kiedy widziałam tę miłość Kayli, małej dziewczynki do swojego brata… 

To piękna książka, a tłumaczenie Pana Jędrzeja Polaka, jak zawsze niezawodnie cudowne. Mnie ta opowieść bardzo ujęła i cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać.

ps. może ta recenzja jest nieco nieskładna, ale ostatnie upały chyba wypaliły mi jakąś część mózgu…

„Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie”, Jesmyn Ward, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie 2019.