„Jedna jedyna” Jørn Lier Horst

622715-352x500Kolejny kryminał z serii z Williamem Wistingiem i kolejny dobry. Szczególnie końcówka, która zaskakuje i zasmuca jednocześnie. Lubię kryminały Horsta, bo są proste, nie przesadzone, historia skupia się na faktycznym śledztwie, bez zbędnych ozdobników i wymyślnych postaci.

Komisarz Wisting w tej części, która jest czwartą z kolei, a nie wiadomo już którą wydaną w Polsce (zgubiłam rachubę, bo są wydawane nie po kolei) bardzo tęskni za swoją żoną, która wyjechała do Afryki w ramach programu „Lekarze bez granic”. Martwi się o nią, bo ma z nią rzadki kontakt, czeka nieustannie na telefon, dodatkowo gryzie go sumienie, że tak rzadko odwiedza swojego ojca, który niedawno przeszedł zawał. I z kwestii osobistych to właściwie wszystko.

Autor bardziej skupia się na śledztwie, które dotyczy zaginięcia młodziutkiej piłkarki ręcznej Kajsy Berg. Sportsmenka wyszła na trening i ślad po niej zaginął. W tym samym czasie w pobliskim lesie wybucha pożar, a na miejscu policja znajduje zwęglone zwłoki przykute kajdankami do drzewa i spalonego kota z odciętymi łapami. Brzmi brutalnie i obrzydliwie. Kim jest ofiara? Czy to dziewczyna, czy ktoś inny? Dlaczego tak brutalnie potraktowano człowieka? 

Policja będzie długo kluczyć, przesłuchiwać wielu świadków, i jak to u Horsta, Wisting wie, że coś przeoczył, tylko akurat w tym momencie nie może skojarzyć co. Czy to było jakieś zeznanie, na które wcześniej nie zwrócił uwagi? Czy może drobiazg, jaki zauważył któryś z jego kolegów? Wszyscy znajomi Kajsy, jej chłopak, jej trener, koleżanki z drużyny, koledzy z przeszłości, świadkowie różnych zdarzeń będą zeznawać. Czy jednak każdy z nich powie prawdę?

Wiele wątków nie będzie się początkowo ze sobą łączyć, ale Horst (taki już ma schemat) zwykle w 3/4 książki robi „coś”, co sprawia, że Wistingowi zapala się żaróweczka i momentalnie wszystko wskakuje na swoje miejsce. Wystarczy impuls, jakieś słowo, detal i od razu puzzle układają się same. W tym tomie jednak, to co wskoczy na miejsce, za chwilę z tego miejsca wyskoczy i znajdzie się zupełnie gdzieś indziej, kompletnie nie powiązane i błędne. „Jedna jedyna” to książka, która zaskoczyła mnie chyba najbardziej z tej serii rozwiązaniem zagadki kryminalnej. Okaże się, że zniknięcie Kajsy będzie tylko czubkiem góry lodowej, Wisting  poczuje się naprawdę wyjątkowo wyczerpany.

„Czuł się zmęczony. Prędzej czy później sprawcę uda się wytypować i ująć, tego był pewny, ale teraz sprawa wyglądała beznadziejnie. Miał wrażenie, że poruszają się po omacku. Zbierają luźne wątki. Ale właśnie na tym w dużej mierze polegało prowadzenie śledztwa: na tkaniu sieci o jak najdrobniejszych oczkach, tak aby sprawca nie był w stanie się wymknąć”.

Typowy dla Horsta kryminał. Jeśli znacie autora, to wiecie czego się spodziewać. Tu dodatkowo, jest więcej gmatwaniny, więcej nazwisk, głębsze dno samej sprawy i ciężki, emocjonalny finał. Lubię i polecam, szczególnie miłośnikom autora.

„Jedna jedyna” Jorn Lier Horst, tłum. Milena Skoczko, wyd. Smak Słowa 2018

Reklamy

„Dziecko” Fiona Barton

Fiona Barton_Dziecko grzbiet 32_3 mm.indd„Czasem przekonanie, że wie się wiele, może okazać się niebezpieczne, bo kto tak naprawdę w pełni zna inną osobę? Można dotknąć skóry, ale nigdy nie przebijesz się do mięsa. Nie wnikniesz do szpiku kości”.

Fiona Barton, brytyjska reporterka i dziennikarka, postanowiła napisać drugą książkę. Debiut „Wdowa” (którego nie znam) ponoć będzie ekranizowany, natomiast kolejna powieść „Dziecko” okazała się być całkiem dobrym thrillerem/kryminałem. Początkowo, nie sądziłam, że akcja się rozkręci, troszkę zamieszania stanowił dla mnie podział na rozdziały. pisane każdy z perspektywy innej kobiety. Niemniej jednak, da się to opanować i potem lektura idzie jak z płatka, fabuła wciąga i właściwie nie wiadomo kiedy, książka się kończy. 

Na budowie, podczas prac, robotnicy znajdują szkielet małego dziecka, właściwie noworodka. Kate Waters, reporterka gazety „Post”, czytając newsa o sensacyjnym znalezisku, „czuje w kościach”, że to będzie wielka sprawa, którą to właśnie ona powinna się zająć. Jej reporterski nos już węszy. Nie tylko sensację, ale na pewno wiele tajemnic, które się w tej sprawie kryją. Od razu zaczyna prowadzić swoje małe prywatne śledztwo. Musi być pierwsza. Musi wreszcie zabłysnąć w gazecie, tym bardziej, że szykują się zwolnienia. Nie przypuszcza, że nie będzie to zwykłe śledztwo i nie spodziewa się, że tak się w nie zaangażuje. Jej pokłady empatii i zwykłej ludzkiej dobroci pomogą w rozwiązaniu tej bardzo trudnej, jak się okaże, sprawy.

Emma – druga kobieta z kolejnych rozdziałów książki, czytając tego samego newsa, sprawia wrażenie przerażonej odkryciem, ale i liczącej na ciąg dalszy w tej sprawie. Dlaczego? Czuć, że nosi w sobie jakiś wielki ciężar, o którym nikomu nie mówi, ale chciałaby, by wreszcie ktoś go z niej wydobył. Jej relacja z matką, Jude (kolejną kobietą z kolejnych rozdziałów książki) nie jest typową relacją matki i córki. Dlaczego? Obie są wobec siebie oschłe, obie mają do siebie pretensje o przeszłość, obie cały czas myślą o Willu. Kim był i jaki miał wpływ na Emmę i Jude? Co takiego wydarzyło się wiele lat temu, że Jude jest jaka jest? Co stało się Emmie, która tak zamknęła się w sobie, że nawet jej mąż nie zna jej przeszłości? I co ma z tym wszystkim wspólnego znaleziony na budowie szkielet dziecka, zakopanego tam wiele lat temu… ?

Stopniowo zaczynamy być wprowadzani w ciąg wydarzeń poprzez retrospekcje i wspomnienia Emmy i Jude. Dodatkowo możemy łączyć je z odkryciami reporterki Kate, która zawzięcie grzebie w archiwach i próbuje wraz z policją odkryć, co wydarzyło się w Woolwich i kim jest znalezione na budowie dziecko.  Finał będzie zaskakujący.
„Kiedy prawdę zastępuje się milczeniem, milczenie jest kłamstwem” cytat Jewgienija Jewtuszenko umieszczony na początku książki dobrze pasuje do całej fabuły. Polecam. Czyta się szybko, jest to książka na jeden, dwa wieczory do pochłonięcia i zapewnienia sobie rozrywki. Nic ambitnego, ale jeśli macie chęć na trzymającą w napięciu książkę, to sięgnijcie. Premiera 15.02.2018.

ps. troszkę dziwne były dla mnie niektóre słowa np. „pierwiastek” – kobieta która rodzi dziecko po raz pierwszy, albo „ejtisowy kostium” jako kostium z lat 80-tych. Ale może się nie znam… 

„Dziecko”, Fiona Barton, tłum. Agata Ostrowska, wyd. Czarna Owca 2018.

„Dziewczyna bez skóry” Mads Peder Nordbo

aaa„Dziewczyna bez skóry” Madsa Pedera Nordbo, to kolejny dobry i mroczny kryminał, pierwsza część arktycznej serii. Autor jest Duńczykiem mieszkającym od wielu lat na Grenlandii w miasteczku Nuuk, gdzie umieścił akcję książki. „Do Nuuk nie prowadziły żadne drogi. Miasto było jedyne w swoim rodzaju, ze wszystkich stron otoczone górami, niebem i morzem.” Niewielka, znająca się społeczność zamieszkująca Nuuk, lodowaty wiatr i śnieg oraz mgła są idealnym tłem dla powieści, w której tajemnica goni tajemnicę. 

Matthew Cave osiedla się w Nuuk po śmierci swojej ciężarnej dziewczyny w wypadku samochodowym, jaki mieli jakiś czas temu. Matt zatrudnia się w lokalnej gazecie, by zapomnieć o stracie ukochanej i ich nienarodzonej córeczce. Znalezione w szczelinie lodowca zwłoki mężczyzny, wikińskiego osadnika, solidnie zmumifikowane staną się dla Matthew dobrym tematem na artykuł. Kim jest znaleziony w lodzie człowiek? I dlaczego jego zwłoki, zanim jeszcze zostaną zbadane, znikną? a policjant ich pilnujący zostanie w brutalny sposób zamordowany? Rozpłatany brzuch pozbawiony wnętrzności i krew na śniegu. 

„– Przenieśliście wczoraj mumię? – Odwrócił się i popatrzył na troje naukowców. – Przenieśliście gdzieś wczoraj mumię? Jeden z nich pokręcił głową. – Nie. – Nie ma jej tam – wymamrotał Matthew i ponownie zwrócił twarz ku zimnej szybie.Czerwona plama pod nimi stawała się coraz większa. Pośrodku leżał Aqqalu z rozciętym brzuchem, a obok niego klęczał Ottesen wśród czerwonych kryształów, które jeszcze dzień wcześniej były ciepłą krwią.”

Matthew zacznie prowadzić swoje własne śledztwo. Pomoże mu w tym tajemniczy notes z zapiskami policjanta – Jakoba – który w 1973r. prowadził śledztwo w sprawie morderstw czterech mężczyzn. Oni wszyscy mieli rozbebeszone wnętrzności. Zupełnie jak upolowane i wypatroszone foki, na które w Nuuk polują i polowali zawsze wszyscy. Mężczyźni i kobiety, a nawet dzieci. 

„W nocy wiatr zmienił kierunek i rano Nuuk spowiła gęsta mgła. Widoczność zmniejszyła się do około dziesięciu metrów. Wszystko przesłoniła północnoatlantycka szara kurtyna, ocierająca się wilgotnym oddechem o domy i góry i stapiająca otoczenie w rozmazaną zimną chmurę. Wszystko zniknęło. Całkowicie. Zarówno morze, jak i góry, które Matthew zazwyczaj mógł podziwiać z okna mieszkania. Mężczyzna wciągnął głęboko do płuc dym z papierosa i pozwolił mu tam pozostać przez kilka sekund, nim wypuścił go na wolność prosto we mgłę.”

Akcja książki dzieje się dwutorowo. Śledzimy zmagania Matthew oraz pewnej wytatuowanej, niezwykle bystrej, ogolonej na łyso dziewczyny, Grenlandki Tupaarnaq, która niedawno wyszła z więzienia i jest jedyną osobą (jak się okaże), której Matt może zaufać. Śledzimy również zmagania Jakoba, policjanta z 1973r., który próbując rozwikłać tajemnicę brutalnych morderstw, odkrywa, iż mają one być może związek z seksualnym wykorzystywaniem małych dziewczynek, które zaginęły. Wysoko postawieni politycy i urzędnicy mogą mieć związek z gwałtami oraz z innymi, jeszcze paskudniejszymi wyczynami, które nieźle ukrywają. Ujawnienie prawdy może wywołać ogromny skandal, życie Jakoba jest zagrożone. Życie Matthew, który natrafi na pewne ważne ślady zagrożone będzie również. Jak się skończy cała historia? 

„Dziewczyna bez skóry” to dobry kryminał, choć nie jest to wielkie odkrycie, bo takich książek jest już sporo na rynku. Jednak uważam, że warto sięgnąć chociażby ze względu na wciągającą fabułę i Grenlandię w tle. Samo miasteczko Nuuk „wyguglałam” i ogromnie zazdroszczę autorowi, że może mieszkać w tak pięknym, nieskażonym zanieczyszczeniami, miejscu z kolorowymi domkami. Sama Tupaarnaq, Grenlandka przypomina mi Lisbeth Salander z „Millenium”, co nie jest niczym złym według mnie, bo to dobry wzorzec. Ciekawa jestem rozwoju jej postaci i rozwoju relacji między nią a Matthew. 

Serdecznie polecam miłośnikom gatunku. 

P.S. Korekta tylko mogłaby być solidniejsza, bo znalazło się kilka literówek.

„Dziewczyna bez skóry” Mads Peder Nordbo, wyd. Burda Książki 2017, tłum. Haber-Biały Justyna, Lubowicka Agata

 

„Żebro Adama” Antonio Manzini

zebro-adamaPierwszą książkę Manziniego z Rocco Schiavone – wicekwestorem (przez wszystkich uparcie zwanym komisarzem) przeniesionym z Rzymu do Aosty, czytałam jakiś czas temu i ogromnie polubiłam tego nadętego, wrednego i nieprzyjemnego w obyciu człowieka. Była to książka „Czarna trasa”, o której pisałam tutaj

Rocco nadal nie pogodził się z zimnym i smętnym klimatem Aosty, jego nieodłączne clarksy przemakają na deszczu i w śniegu, ale nie dla Rocco inne obuwie, lepiej się męczyć, ale zachować swój styl. Cóż. Współpracownicy już się do tego przyzwyczaili. Kiedy wezwany do włamania do mieszkania małżeństwa Baudo, odnajduje w nim zwłoki pani Baudo, wie, że to nie będzie prosta sprawa i że jej zwłoki wiszące na żyrandolu to raczej nie samobójstwo.

Skrupulatny, bystry i dokładny, a także szybki w działaniu Rocco zajmie się sprawą, choć jego myśli ciągle będą wracać do ukochanej żony Mariny, którą jakiś czas temu zamordowano. Nie wiemy dlaczego i jak to się stało, bo autor książki niczego nie wyjaśnia (może dowiemy się w następnej powieści z cyklu). Niemniej jednak Rocco, z pozoru sarkastyczny dupek, przedstawiony zostaje w tej powieści, jako romantyczny i mocno kochający (tak prawdziwie, raz na całe życie) mężczyzna. Ba, dodatkowo nawet cierpi! Tęskni za Mariną, a jej rodzice obwiniają go za jej śmierć. Dlaczego? Dodatkowo zbliża się wiosna, a wraz z nią urodziny zmarłej żony. Wspomnienia z ich wspólnego życia przeplatają się z realną pogonią za rozwiązaniem sprawy śmierci Ester Baudo. Tu nic nie będzie jasne. Do samego końca. Samiutkiego. 

Tytułowe żebro Adama ma również ważny wydźwięk w tej książce. Jak wiadomo z Biblii, to z żebra Adama, Bóg stworzył kobietę. Kobieta według tej teorii (przedstawionej w książce) należy do mężczyzny. Według tej teorii również można uznawać, że mężczyzna nie kocha kobiety jako takiej, on zawsze kocha siebie i tylko siebie, a kobieta stworzona z kawałka jego ciała, jest przecież tak naprawdę nim i skoro już jest, to ma mu służyć. Jeśli nie robi tego jak należy, może być pobita, upokorzona, zmuszona do uległości i posłuszeństwa. Kobiety takie cierpią w milczeniu, znoszą katusze, bo wierzą, że to chwilowe, że to minie i że mężczyzna się opamięta. Nigdy tak nie jest. Przemoc domowa jest w tej książce ważnym elementem. Czynnikiem, który doprowadzi do takich a nie innych zachowań. Czy zatem Ester Baudo faktycznie popełniła samobójstwo, bo miała ku temu powód? Czy Rocco upora się z zagadką jej śmierci? Jaki związek ze sprawą będą miały osoby, które znały Ester? 

To dobry kryminał. Prosto podany, bez żadnych skomplikowanych rozważań, dialogi są konkretne, pełne ironii, humoru jaki lubię (często śmiałam się czytając rezolutne riposty Rocco). Czyta się to bardzo szybko, świetna rozrywka, świetny bohater, polecam :) Premiera 8 listopada. 

„Żebro Adama” Antonio Manzini, wyd, Muza 2017, tłum. Paweł Bravo.

„Nie myśl, że znikną” Marcin Grygier

583167-352x500Nie czytałam pierwszej części „Nie patrz w tamtą stronę”, ale nie przeszkodziło mi to w lekturze „Nie myśl, że znikną”. Roman Walter, aktualnie szef dochodzeniówki w Katowicach, do których tyle co został przeniesiony z Drohiczyna, po śmierci żony i córki, nadal spada na dno, pije, nie potrafi znaleźć sobie miejsca i jest dość mrocznym człowiekiem. Niemniej jednak policjantem bardzo dobrym. Drążącym i dociekającym. Lubię takich bohaterów, którzy zmagają się z demonami przeszłości i chociaż można by powiedzieć, że „to już było” w wielu innych kryminałach, to mnie jednak nie przeszkadza. Kryminał ma być mocny i mieć w sobie mrok. Najczęściej jest to mrok związany z tajemnicą jakiegoś zabójstwa, ale jeśli jeszcze do tego dołożymy mrok i tajemnicę policjanta prowadzącego śledztwo, mamy całkiem sporą dawkę dobrego kryminału. To oczywiście moje subiektywne odczucie, z którym nie trzeba się zgadzać. 

Roman Walter zaczyna swoją pracę w Katowicach. „Nie tak to sobie wyobrażał. W zasadzie niczego sobie nie wyobrażał. Gdy jednak przyjechał do Katowic, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w głębi duszy spodziewał się czegoś innego. Czegoś – wstyd mu było przyznać nawet przed samym sobą – niższej kategorii. W jego podświadomości pokutował utrwalony przez stereotypy obraz, nad którym wcześniej nawet się nie zastanawiał. Tymczasem na miejscu nie ujrzał rozsianych po horyzoncie kominów fabrycznych, wypluwających ze swych czeluści kłęby toksycznego dymu, w powietrzu nie wisiał smog duszących oparów, hutniczych wyziewów i połowy tablicy Mendelejewa, a ludzie na ulicach nie byli przyprószeni węglowym pyłem. Katowice pod względem architektury i infrastruktury niczym nie ustępowały innym wielkomiejskim ośrodkom Polski; na szyldach królowały te same logo kanapkowych potentatów czy szwedzkich tekstyliów, a mieszkańcy wyglądali tak jak rodacy z każdego innego miejsca w kraju”.

Dostaje na asystenta dewianta i palanta jednocześnie, którego po prostu miałam ochotę potrząsnąć. Nie dość, że ten cały Szutkowski ma ogromne plecy w postaci swojego wuja i właściwie jest w policji nietykalny, może robić co chce, to jeszcze jego osobiste, obrzydliwe zboczenia, którym się oddaje w domowych pieleszach są niestrawne i wywołują niesmak, ale z drugiej strony, też dodają tej opowieści dodatkowego „brudnego” klimatu. Bo i zbrodnia jest „brudna”. „Na dnie parowu twarzą do ziemi leżał mężczyzna. Od pasa w dół był nagi. Miał zakrwawione pośladki. W zakrzepłej krwi migotały kawałki zielonego szkła, rozświetlane przez słabe promienie słońca.” 

Dlaczego bogaty biznesmen został zamordowany i tak po śmierci upokorzony? Kto maczał w tym palce i kto jeszcze zginie? Brudne interesy, brudne myśli, brudne czyny – wszystko tu jest zagmatwane, spływa krwią, kłamstwem i odsłania powoli tajemnicę sprzed lat. Autor nie pozwoli, by czytelnik domyślił się tak łatwo. Różne poboczne, meandrujące wątki (w tym osobne rozdziały opisujące historię pewnej dziewczyny) doprowadzą wreszcie do zakończenia. Czy będzie ono zaskakujące? 

Walter nie dość, że będzie się zmagał ze swoją przeszłością, brakiem snu i jakąś apatią, to również będzie musiał chronić swoją bratanicę Luizę, która wplątana w różne dziwne sytuacje, narkotyki, pojawi się nagle znikąd w jego życiu. Czy jej obecność rozjaśni nieco mroczne życie Waltera?  

Podobało mi się. Czytało się szybko, było wszystko, co w kryminale być powinno. Nie porównam do części pierwszej bo jej po prostu nie znam, ale myślę, że jeśli pojawi się część kolejna, bo zakończenie jest tu dość otwarte, to chętnie sięgnę. 

„Nie myśl, że znikną” Marcin Grygier, wyd. Prószyński i S-ka 2017.

 

„Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst

william-wisting-tom-2-felicia-zaginela-b-iext50009520Książka „Felicia zaginęła” będzie miała swoją premierę 16 sierpnia, ale mnie udało się ją już przedpremierowo przeczytać, dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa.

Kryminały tego norweskiego pisarza są dla mnie zawsze gwarantem dobrej kryminalnej rozrywki i przykładem skandynawskiego klimatu. Ubolewam tylko nad faktem, że seria o komisarzu Wistingu wydawana jest nie po kolei. Zaznaczam to chyba w każdej mojej recenzji. bo mnie to irytuje. Tym razem, patrząc według kolejności, mamy do czynienia z drugim tomem serii, a ósmym wydanym w Polsce (gdyż tomy publikowane są niestety od końca). W sumie nie przeszkadza to zbytnio w lekturze, bo każdy tom opisuje inną sprawę kryminalną, a życie Wistinga właściwie nie ewoluuje jakoś specjalnie. Oczywiście zmienia się jego sytuacja osobista i dorastają dzieci (bliźniaki Line i Thomas), ale w każdej części mamy ogólny zarys sytuacji, więc spokojnie można czytać nie po kolei (chociaż ja wolałabym jednak mieć ciągłość, no ale to ja).

Wiliam Wisting tym razem zajmuje się starą, (jak się okazuje sprzed 25 lat) sprawą zaginięcia, która zmienia się nagle w sprawę o morderstwo. Podczas prac budowlanych znaleziony zostaje szkielet kobiety ukryty w starej szafce na ubrania (takiej jakie są w zakładach przemysłowych). Zwłoki (o ile tak można nazwać te pozostałości) mają ślad po kuli kalibru 22. Po żmudnych badaniach, okazuje się, że szkielet należy do kobiety, której poszukiwano 25 lat temu. Felicia Natholm została uznana za zaginioną, miejscowi ze Stavern podejrzewali samobójstwo, jednak Wisting stwierdza zupełnie coś innego. Kobieta została zamordowana, a jej ciało ukryte. W obliczu nowych okoliczności sprawa sprzed 25 lat nabiera innej mocy, ale zostaje tylko kilka dni do jej przedawnienia. Czy Wistingowi uda się odnaleźć sprawcę zabójstwa w tak krótkim czasie? 

Dodatkowym utrudnieniem będzie kolejne zaginięcie innej kobiety, które zgłosi jej narzeczony. Amalie Lund zniknęła z powierzchni ziemi nagle i bez powodu, jak się wydaje wszystkim świadkom i tym, którzy ją znali. Wisting cierpliwie i skrupulatnie będzie wszystko badał i w następstwie okaże się, że zaginięcie Amalie ma wiele wspólnego z zaginięciem Felicii. Śledztwo nabierze nowego wymiaru, pojawi się wielu podejrzanych, wiele spekulacji, ale po nitce do kłębka (a właściwie po szpilce) Wistingowi uda się rozwiązać te bardzo skomplikowane sprawy, choć sam narazi się na ogromne niebezpieczeństwo. Śledztwo na medal, Wisting w formie.

Trzeba również zwrócić uwagę, że komisarz mimo pewnego problemu osobistego, potrafi się skupić na pracy. Właściwie to ucieka w to skupienie, by nie myśleć. Jego żona Ingrid, o której mówi z ogromną czułością wspominając początki ich znajomości, zamierza zostawić go na trzy lata i wyjechać do Zambii na kontrakt związany z pracą w pomocy społecznej. Tak naprawdę Wisting zdaje sobie sprawę dopiero teraz, że Ingrid i jej pasje były cały czas w cieniu, ważniejsza w ich związku zawsze była jego praca i jego problemy. Rzadko udawało mu się spędzić z żoną wieczór, zjeść kolację, jak sam mówi nie pamięta, aby widział zapalone świece w mieszkaniu, choć często w śmieciach znajduje ogarki. Dopiero teraz, kiedy żona oznajmiła mu o podjętej decyzji, której on nie ma prawa zakwestionować, Wisting zdaje sobie sprawę, że zostanie sam, na tak długo. Dzieci mają już swoje życia, a on, będzie musiał nauczyć się przez ten okres organizować sobie czas i domowe obowiązki. „Rozmyślał o czymś, co mroziło go od środka. Usiłował odsunąć od siebie tę przedziwną myśl, że wkrótce zostanie sam, ale świadomość, że czeka go wiele takich samotnych chwil na werandzie z widokiem na całe Stavern, nie dawał mu spokoju”.

Świetnie się czyta książkę, w której czuje się ogromną sympatię do bohatera. Mamy do czynienia z człowiekiem z gruntu dobrym i kochającym, ciepłym i sprawiedliwym, pasjonującym się swoją pracą i cały czas dziwiącym, ile zła jeszcze na świecie przyjdzie mu zwalczać. To kolejna dobra część z serii z komisarzem Wistingiem. Czyta się szybko, bo rozdziały są krótkie, jest napięcie od samego początku, choć akcja pędzi swoim tempem. Bardzo dobra kryminalna zagadka, profesjonalnie prowadzone śledztwo – czego więcej trzeba, by stworzyć kryminał na jeden-dwa wieczory? Na okładce jest napisane, że „obecnie w Norwegii jest 1171 zaginionych osób. Za każdym zniknięciem kryje się swoiste misterium, zagadka. Książka „Felicia zaginęła” opowiada jedną z takich historii”. Polecam.

„Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst, wyd. Smak Słowa 2017, przekład Milena Skoczko.

P.S. Pozostałe recenzje książek Horsta, znajdziecie pod tymi linkami: „Kluczowy świadek”„Gdy mrok zapada”„Szumowiny”„Ślepy trop”„Poza sezonem”„Psy gończe”,  „Jaskiniowiec”.

„W linii prostej” Damien Boyd

aaDobry kryminał, w którym autor faktycznie skupia się na śledztwie. Nie ma tutaj wątków społecznych, jak w większości kryminałów aktualnie na rynku. Nie ma tu komisarza z mroczną przeszłością i problemami, za to jest komisarz, który jest skrupulatny, porządnie wykonuje swoją pracę, jest uprzejmy, grzeczny i jedyne co mnie w nim irytowało, to to, że ciągle zostawiał swojego psa w samochodzie na wiele godzin!

Nick Dixon, bo tak się nazywa ten brytyjski policjant, dodatkowo lubi wspinaczkę, co już w ogóle sprawiło, że zapałałam do niego sympatią. Jest również bardzo spokojnym człowiekiem, który wyładowuje swoje frustracje na…. długopisie :) Przyzwyczajona jestem do tych wszystkich głównych bohaterów, którzy wiecznie narzekają, analizują swoje życie, szukają dziury w całym, filozofując albo chlają na umór i są opryskliwi. A tu, proszę – spokojny, miły człowiek i w dodatku skuteczny, bo wie kiedy należy podjąć ryzyko i zadziałać na własną rękę. Lubi oglądać filmy i spacerować po plaży. Ma psa. Jest dobrze.

Akcja książki dzieje się w hrabstwie Somerset, w miejscowości Burnham-on-Sea. Doświadczony wspinacz, Jake Fayter, niegdyś dobry partner wspinaczkowy komisarza Dixona, spada ze skały w trakcie robienia nowej drogi. Dixon dobrze wie, że założona przez Jake’a asekuracja nie mogła zawieść. Jake był zbyt dokładny i zbyt doświadczony, by źle się zabezpieczyć. Podczas gdy policja uważa, że był to zwykły wypadek, których przecież wiele wśród wspinaczy, Dixonowi coś zgrzyta i zaczyna podejrzewać morderstwo. Być może ktoś rozwiązał linę przymocowaną do szczytu skały? Innego wyjścia nie ma. Jake spadł ewidentnie z powodu liny. Tylko dlaczego nie krzyczał? 

Spekulacje Dixona powolutku doprowadzą sprawę do końca, ale najpierw okaże się, że ważne jest tu pewne zdarzenie z przeszłości związane z narkotykami. Zmarła wówczas młoda dziewczyna. Kim była? Dlaczego jest to takie ważne? Co, lub może kto, łączy śmierć dziewczyny i śmierć Jake’a? 

Dixon odkryje dość dziwne rzeczy, których by się po Jake’u nie spodziewał. Wszystko okaże się dość tajemnicze i mroczne, a kiedy nam i komisarzowi będzie się wydawało, że sprawa już jest rozwiązana, morderca w zasadzie znaleziony, to … no właśnie, co?

Krótko (zaledwie 183 strony), treściwie i na temat. Bez zbędnego rozwodzenia się. Nie ma tu może jakiejś oryginalnej zagadki do rozwiązania, ale czyta się bardzo dobrze. „W linii prostej” jest świetną rozrywką kryminalną na jeden wieczór, która sprawiła mi ogromną przyjemność. Będę wyczekiwać kolejnych tomów, bo wiadomo jak jest: pierwsze koty za płoty – autor zadebiutował tą powieścią, więc teraz czekam na rozwinięcie tematu :) 

„W linii prostej” Damien Boyd, wyd. Helion – Editio Black, 2017, przekład: Krzysztof Krzyżanowski