„Nie myśl, że znikną” Marcin Grygier

583167-352x500Nie czytałam pierwszej części „Nie patrz w tamtą stronę”, ale nie przeszkodziło mi to w lekturze „Nie myśl, że znikną”. Roman Walter, aktualnie szef dochodzeniówki w Katowicach, do których tyle co został przeniesiony z Drohiczyna, po śmierci żony i córki, nadal spada na dno, pije, nie potrafi znaleźć sobie miejsca i jest dość mrocznym człowiekiem. Niemniej jednak policjantem bardzo dobrym. Drążącym i dociekającym. Lubię takich bohaterów, którzy zmagają się z demonami przeszłości i chociaż można by powiedzieć, że „to już było” w wielu innych kryminałach, to mnie jednak nie przeszkadza. Kryminał ma być mocny i mieć w sobie mrok. Najczęściej jest to mrok związany z tajemnicą jakiegoś zabójstwa, ale jeśli jeszcze do tego dołożymy mrok i tajemnicę policjanta prowadzącego śledztwo, mamy całkiem sporą dawkę dobrego kryminału. To oczywiście moje subiektywne odczucie, z którym nie trzeba się zgadzać. 

Roman Walter zaczyna swoją pracę w Katowicach. „Nie tak to sobie wyobrażał. W zasadzie niczego sobie nie wyobrażał. Gdy jednak przyjechał do Katowic, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w głębi duszy spodziewał się czegoś innego. Czegoś – wstyd mu było przyznać nawet przed samym sobą – niższej kategorii. W jego podświadomości pokutował utrwalony przez stereotypy obraz, nad którym wcześniej nawet się nie zastanawiał. Tymczasem na miejscu nie ujrzał rozsianych po horyzoncie kominów fabrycznych, wypluwających ze swych czeluści kłęby toksycznego dymu, w powietrzu nie wisiał smog duszących oparów, hutniczych wyziewów i połowy tablicy Mendelejewa, a ludzie na ulicach nie byli przyprószeni węglowym pyłem. Katowice pod względem architektury i infrastruktury niczym nie ustępowały innym wielkomiejskim ośrodkom Polski; na szyldach królowały te same logo kanapkowych potentatów czy szwedzkich tekstyliów, a mieszkańcy wyglądali tak jak rodacy z każdego innego miejsca w kraju”.

Dostaje na asystenta dewianta i palanta jednocześnie, którego po prostu miałam ochotę potrząsnąć. Nie dość, że ten cały Szutkowski ma ogromne plecy w postaci swojego wuja i właściwie jest w policji nietykalny, może robić co chce, to jeszcze jego osobiste, obrzydliwe zboczenia, którym się oddaje w domowych pieleszach są niestrawne i wywołują niesmak, ale z drugiej strony, też dodają tej opowieści dodatkowego „brudnego” klimatu. Bo i zbrodnia jest „brudna”. „Na dnie parowu twarzą do ziemi leżał mężczyzna. Od pasa w dół był nagi. Miał zakrwawione pośladki. W zakrzepłej krwi migotały kawałki zielonego szkła, rozświetlane przez słabe promienie słońca.” 

Dlaczego bogaty biznesmen został zamordowany i tak po śmierci upokorzony? Kto maczał w tym palce i kto jeszcze zginie? Brudne interesy, brudne myśli, brudne czyny – wszystko tu jest zagmatwane, spływa krwią, kłamstwem i odsłania powoli tajemnicę sprzed lat. Autor nie pozwoli, by czytelnik domyślił się tak łatwo. Różne poboczne, meandrujące wątki (w tym osobne rozdziały opisujące historię pewnej dziewczyny) doprowadzą wreszcie do zakończenia. Czy będzie ono zaskakujące? 

Walter nie dość, że będzie się zmagał ze swoją przeszłością, brakiem snu i jakąś apatią, to również będzie musiał chronić swoją bratanicę Luizę, która wplątana w różne dziwne sytuacje, narkotyki, pojawi się nagle znikąd w jego życiu. Czy jej obecność rozjaśni nieco mroczne życie Waltera?  

Podobało mi się. Czytało się szybko, było wszystko, co w kryminale być powinno. Nie porównam do części pierwszej bo jej po prostu nie znam, ale myślę, że jeśli pojawi się część kolejna, bo zakończenie jest tu dość otwarte, to chętnie sięgnę. 

„Nie myśl, że znikną” Marcin Grygier, wyd. Prószyński i S-ka 2017.

 

Reklamy

„Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst

william-wisting-tom-2-felicia-zaginela-b-iext50009520Książka „Felicia zaginęła” będzie miała swoją premierę 16 sierpnia, ale mnie udało się ją już przedpremierowo przeczytać, dzięki uprzejmości wydawnictwa Smak Słowa.

Kryminały tego norweskiego pisarza są dla mnie zawsze gwarantem dobrej kryminalnej rozrywki i przykładem skandynawskiego klimatu. Ubolewam tylko nad faktem, że seria o komisarzu Wistingu wydawana jest nie po kolei. Zaznaczam to chyba w każdej mojej recenzji. bo mnie to irytuje. Tym razem, patrząc według kolejności, mamy do czynienia z drugim tomem serii, a ósmym wydanym w Polsce (gdyż tomy publikowane są niestety od końca). W sumie nie przeszkadza to zbytnio w lekturze, bo każdy tom opisuje inną sprawę kryminalną, a życie Wistinga właściwie nie ewoluuje jakoś specjalnie. Oczywiście zmienia się jego sytuacja osobista i dorastają dzieci (bliźniaki Line i Thomas), ale w każdej części mamy ogólny zarys sytuacji, więc spokojnie można czytać nie po kolei (chociaż ja wolałabym jednak mieć ciągłość, no ale to ja).

Wiliam Wisting tym razem zajmuje się starą, (jak się okazuje sprzed 25 lat) sprawą zaginięcia, która zmienia się nagle w sprawę o morderstwo. Podczas prac budowlanych znaleziony zostaje szkielet kobiety ukryty w starej szafce na ubrania (takiej jakie są w zakładach przemysłowych). Zwłoki (o ile tak można nazwać te pozostałości) mają ślad po kuli kalibru 22. Po żmudnych badaniach, okazuje się, że szkielet należy do kobiety, której poszukiwano 25 lat temu. Felicia Natholm została uznana za zaginioną, miejscowi ze Stavern podejrzewali samobójstwo, jednak Wisting stwierdza zupełnie coś innego. Kobieta została zamordowana, a jej ciało ukryte. W obliczu nowych okoliczności sprawa sprzed 25 lat nabiera innej mocy, ale zostaje tylko kilka dni do jej przedawnienia. Czy Wistingowi uda się odnaleźć sprawcę zabójstwa w tak krótkim czasie? 

Dodatkowym utrudnieniem będzie kolejne zaginięcie innej kobiety, które zgłosi jej narzeczony. Amalie Lund zniknęła z powierzchni ziemi nagle i bez powodu, jak się wydaje wszystkim świadkom i tym, którzy ją znali. Wisting cierpliwie i skrupulatnie będzie wszystko badał i w następstwie okaże się, że zaginięcie Amalie ma wiele wspólnego z zaginięciem Felicii. Śledztwo nabierze nowego wymiaru, pojawi się wielu podejrzanych, wiele spekulacji, ale po nitce do kłębka (a właściwie po szpilce) Wistingowi uda się rozwiązać te bardzo skomplikowane sprawy, choć sam narazi się na ogromne niebezpieczeństwo. Śledztwo na medal, Wisting w formie.

Trzeba również zwrócić uwagę, że komisarz mimo pewnego problemu osobistego, potrafi się skupić na pracy. Właściwie to ucieka w to skupienie, by nie myśleć. Jego żona Ingrid, o której mówi z ogromną czułością wspominając początki ich znajomości, zamierza zostawić go na trzy lata i wyjechać do Zambii na kontrakt związany z pracą w pomocy społecznej. Tak naprawdę Wisting zdaje sobie sprawę dopiero teraz, że Ingrid i jej pasje były cały czas w cieniu, ważniejsza w ich związku zawsze była jego praca i jego problemy. Rzadko udawało mu się spędzić z żoną wieczór, zjeść kolację, jak sam mówi nie pamięta, aby widział zapalone świece w mieszkaniu, choć często w śmieciach znajduje ogarki. Dopiero teraz, kiedy żona oznajmiła mu o podjętej decyzji, której on nie ma prawa zakwestionować, Wisting zdaje sobie sprawę, że zostanie sam, na tak długo. Dzieci mają już swoje życia, a on, będzie musiał nauczyć się przez ten okres organizować sobie czas i domowe obowiązki. „Rozmyślał o czymś, co mroziło go od środka. Usiłował odsunąć od siebie tę przedziwną myśl, że wkrótce zostanie sam, ale świadomość, że czeka go wiele takich samotnych chwil na werandzie z widokiem na całe Stavern, nie dawał mu spokoju”.

Świetnie się czyta książkę, w której czuje się ogromną sympatię do bohatera. Mamy do czynienia z człowiekiem z gruntu dobrym i kochającym, ciepłym i sprawiedliwym, pasjonującym się swoją pracą i cały czas dziwiącym, ile zła jeszcze na świecie przyjdzie mu zwalczać. To kolejna dobra część z serii z komisarzem Wistingiem. Czyta się szybko, bo rozdziały są krótkie, jest napięcie od samego początku, choć akcja pędzi swoim tempem. Bardzo dobra kryminalna zagadka, profesjonalnie prowadzone śledztwo – czego więcej trzeba, by stworzyć kryminał na jeden-dwa wieczory? Na okładce jest napisane, że „obecnie w Norwegii jest 1171 zaginionych osób. Za każdym zniknięciem kryje się swoiste misterium, zagadka. Książka „Felicia zaginęła” opowiada jedną z takich historii”. Polecam.

„Felicia zaginęła” Jorn Lier Horst, wyd. Smak Słowa 2017, przekład Milena Skoczko.

P.S. Pozostałe recenzje książek Horsta, znajdziecie pod tymi linkami: „Kluczowy świadek”„Gdy mrok zapada”„Szumowiny”„Ślepy trop”„Poza sezonem”„Psy gończe”,  „Jaskiniowiec”.

„W linii prostej” Damien Boyd

aaDobry kryminał, w którym autor faktycznie skupia się na śledztwie. Nie ma tutaj wątków społecznych, jak w większości kryminałów aktualnie na rynku. Nie ma tu komisarza z mroczną przeszłością i problemami, za to jest komisarz, który jest skrupulatny, porządnie wykonuje swoją pracę, jest uprzejmy, grzeczny i jedyne co mnie w nim irytowało, to to, że ciągle zostawiał swojego psa w samochodzie na wiele godzin!

Nick Dixon, bo tak się nazywa ten brytyjski policjant, dodatkowo lubi wspinaczkę, co już w ogóle sprawiło, że zapałałam do niego sympatią. Jest również bardzo spokojnym człowiekiem, który wyładowuje swoje frustracje na…. długopisie :) Przyzwyczajona jestem do tych wszystkich głównych bohaterów, którzy wiecznie narzekają, analizują swoje życie, szukają dziury w całym, filozofując albo chlają na umór i są opryskliwi. A tu, proszę – spokojny, miły człowiek i w dodatku skuteczny, bo wie kiedy należy podjąć ryzyko i zadziałać na własną rękę. Lubi oglądać filmy i spacerować po plaży. Ma psa. Jest dobrze.

Akcja książki dzieje się w hrabstwie Somerset, w miejscowości Burnham-on-Sea. Doświadczony wspinacz, Jake Fayter, niegdyś dobry partner wspinaczkowy komisarza Dixona, spada ze skały w trakcie robienia nowej drogi. Dixon dobrze wie, że założona przez Jake’a asekuracja nie mogła zawieść. Jake był zbyt dokładny i zbyt doświadczony, by źle się zabezpieczyć. Podczas gdy policja uważa, że był to zwykły wypadek, których przecież wiele wśród wspinaczy, Dixonowi coś zgrzyta i zaczyna podejrzewać morderstwo. Być może ktoś rozwiązał linę przymocowaną do szczytu skały? Innego wyjścia nie ma. Jake spadł ewidentnie z powodu liny. Tylko dlaczego nie krzyczał? 

Spekulacje Dixona powolutku doprowadzą sprawę do końca, ale najpierw okaże się, że ważne jest tu pewne zdarzenie z przeszłości związane z narkotykami. Zmarła wówczas młoda dziewczyna. Kim była? Dlaczego jest to takie ważne? Co, lub może kto, łączy śmierć dziewczyny i śmierć Jake’a? 

Dixon odkryje dość dziwne rzeczy, których by się po Jake’u nie spodziewał. Wszystko okaże się dość tajemnicze i mroczne, a kiedy nam i komisarzowi będzie się wydawało, że sprawa już jest rozwiązana, morderca w zasadzie znaleziony, to … no właśnie, co?

Krótko (zaledwie 183 strony), treściwie i na temat. Bez zbędnego rozwodzenia się. Nie ma tu może jakiejś oryginalnej zagadki do rozwiązania, ale czyta się bardzo dobrze. „W linii prostej” jest świetną rozrywką kryminalną na jeden wieczór, która sprawiła mi ogromną przyjemność. Będę wyczekiwać kolejnych tomów, bo wiadomo jak jest: pierwsze koty za płoty – autor zadebiutował tą powieścią, więc teraz czekam na rozwinięcie tematu :) 

„W linii prostej” Damien Boyd, wyd. Helion – Editio Black, 2017, przekład: Krzysztof Krzyżanowski