„Czarne miasto” Marta Knopik

90685273_2802074603175315_998386588431941632_o„Życie trwa dalej. Ale to już nie jest ta sama Wanda. To jest pół Wandy. Drugie pół zostało pod ziemią. Więc oddycha Wanda połowicznie, połowicznie bierze udział w sprawach tego świata. Pół serca się spopieliło, więc bije tylko połowa. I taka już Wandzia została: połowiczna, niepełna i wybrakowana. I do dziś, kiedy wraca ze spacerów z psem, to wraca tylko pół Wandy. Pół Wandy wchodzi do mieszkania na pierwszym piętrze wdrapując się po rozdygotanych schodach w drgającej kamienicy stojącej w tym mieście wydrążonym pod spodem, lada chwila mogącym zapaść się w całości pod ziemię ze wszystkimi urzędami, bankami, sklepami, wszystkimi mieszkańcami i ich psami. Kiedy staje pod drzwiami mieszkania przy Szerokiej, częściowo oswojonego, a częściowo cudzego, dzikiego i nieogarniętego, zawsze przez chwilę czuje się nieswojo, jakby nie miało jej tu być, jakby jej właściwie nie było, jakby się z tym dziwnym mieszkaniem, z tą zniszczoną kamienicą i jej wszystkimi dawnymi i obecnymi mieszkańcami, z całym tym spowitym dymem, mogącym w okamgnieniu zniknąć pod ziemią miastem, samej sobie się śniła albo jakby się śniła komuś innemu. Jakby śniło się to wszystko tej drugiej połówce Wandy. Tej czekającej pod ziemią”.

To właśnie Wanda, która jest jedną z głównych bohaterek książki „Czarne miasto”.  Rozdarta, zagubiona i smutna kobieta. Nie była taka, ale niedawno, w kopalni, zginął jej ukochany mąż. Tragedia odbije się na życiu Wandy i jej dwóch córek, Bianki i Belindy, które niebawem wyjadą z Czarnego Miasta, by szukać lepszego życia. W Czarnym Mieście nie ma przyszłości. A Białe Miasto może ją zapewnić. Tam wszystko jest zupełnie inne, radośniejsze, czystsze, nowocześniejsze, ale z drugiej strony jakby mniej prawdziwe. Niemniej jednak warto spróbować. 

Wanda zostanie sama w Czarnym Mieście, ukochanym, ale też rozpadającym się jak po jakiejś apokalipsie. Jej koleżanki należące do towarzystwa Burgundowych Bibliotekarek, sąsiad Dzida i ciotka Genowefa pewnego dnia zauważą, że Wanda zniknęła. Co się z nią stało? Czy to zmusi córki Wandy do powrotu? Jak się potoczy historia tej rodziny? Jaka tajemnica kryje się w starej kamienicy pełnej przedmiotów po poprzednich właścicielach? 

Samo Czarne Miasto jest przedstawione jako mroczne, dziwne miejsce, pełne podziemnych tuneli, w których żyją ludzie, bo w roku zaćmienia Słońca, miasto, niczym po apokalipsie, zaczęło się rozpadać, budynki burzyć. Gdzieś znajduje się też przejście do Podziemnego Miasta, w którym żyją zmarli, a które poznajemy z legend i opowieści ciotki Genowefy. Mity o starym, świętym dębie i mającej dziwne moce czarnej wodzie przeplatają się tu z rzeczywistością, snami i przemyśleniami bohaterów na temat życia, miłości, poszukiwania celu w życiu, własnej tożsamości. „Myślę, że każdy z nas ma w sobie podziemny labirynt”, mówi ciotka Genowefa, która jest bardzo ciekawą postacią w tej książce. Zresztą, Bianka i Belinda również są ciekawymi postaciami. Ich relacja jest bardzo intymna, taka prawdziwie siostrzana, której siłę, autorka umiejętnie przedstawia w powieści.

To powieść, która łączy magię z rzeczywistością, przenosi czytelnika w bardzo dziwny świat, niespotykany, niejasny i pełen tajemnic, a także bogaty w historię, legendy i mity. Przenikają się tu światy żywych i zmarłych, marzeń i rzeczywistości, czerni i bieli tworząc cudowny i oryginalny obraz świata, który istniał i który zniknął, dając miejsce nowemu. Nieprawdopodobna, taka eteryczna, niespotykana proza. Polecam.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Czarne Miasto” Marta Knopik, Wydawnictwo Lira, 2020.

„Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga” Anna Matwiejewa

9788366436978

Anna Matwiejewa jest rosyjską pisarką z Jekaterynburga i tam też umiejscowiła akcję swojej powieści, która tak naprawdę nie wiem po co powstała. Miała to być powieść o tym, jak pewna pisarka próbuje rozwikłać sprawę śmierci dziewięciorga uczestników/studentów, którzy w niewyjaśniony do dzisiaj sposób ponieśli śmierć na zboczach uralskiego szczytu Chołatczahl. Ich celem była góra Otorten, niestety zboczyli lekko ze szlaku i musieli biwakować nieco niżej. Planowana trasa w porze zimowej oznaczona była jako trasa trzeciej, najtrudniejszej kategorii, ale wszyscy byli doświadczonymi narciarzami i turystami. Oczywiście wszystko to wydarzyło się naprawdę. Fakty te zostały włączone w powieść – i tak… wyszedł zlepek dokumentów, akt, fragmentów dzienników uczestników wyprawy, radiogramów, pomieszany ze współczesnymi dylematami kobiety, która tyle co rozstała się z mężem i która na powrót za nim tęskni i właściwie za chwilę do niego wraca. Tanie i banalne, trochę bez składu, rozczarowujące.

Sama historia wyprawy, kierowana przez Igora Diatłowa jest bardzo ciekawa. Nigdy o niej nie słyszałam, a minęło już wiele lat od 1959r. Grupa rozbiła namiot na zboczu góry, po czym wszyscy zginęli. Nagle. W niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Niektóre ciała zostały znalezione przy samym namiocie, zamarznięte, z połamanymi żebrami. Inne, nieco dalej w lesie, w strumieniu, oślepione, jedna dziewczyna bez języka, też zamarznięte. Jedni byli ciepło ubrani, inni jakby wybiegli z namiotu na wpół rozebrani, namiot przecięli od wewnątrz, żeby szybciej się wydostać. Dlaczego? Co się tam wydarzyło? Dlaczego wszyscy mieli na ubraniach ślady radioaktywnych substancji? Czemu władze nie rozpoczęły poszukiwań wcześniej, tylko zwlekały? Czy powód śmierci został zatuszowany, czy może to zwyczajne niedopatrzenie? 
O szczegółach tej sprawy można poczytać w internecie, wystarczy wpisać w google „przełęcz Diatłowa”, dlatego nie zamierzam się tu rozwodzić na ten temat. Wspomnę tylko, że hipotez śmierci było wiele, od ataku dokonanego przez zbiegłych więźniów poprzez atak ufo, wojskowe, tuszowane próby nuklearne, próby lotów rakiet z satelitami, aż do napadu przez miejscową ludność – Mansów.

Bohaterka książki dostaje przypadkiem akta sprawy, na podstawie których chce napisać powieść. Śledzimy jej pracę, razem z nią czytamy te dokumenty, które momentami nużą, ale wiadomo, że to oficjalne papiery pisane wiele lat temu, zatem i interpunkcja zawodzi, i styl, a i jest wiele powtórzeń. Wszystko to razem włożone w otoczkę współczesnej rzeczywistości, słabą dodajmy, nie ma takiej siły rażenia, jaką miałby zwyczajny reportaż. Myślę, że taka forma byłaby o niebo lepsza. Bez tych wszystkich banałów, migawek z kotem bohaterki i dziwnych dialogów, oraz jakichś nadprzyrodzonych halucynacji, których doświadcza bohaterka.

Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. No ale bywa i tak. Nie wszystkie książki, jakie sobie wybieram, czy na jakie trafiam, muszą mi się podobać. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga” Anna Matwiejewa, tłumaczenie Magda Dolińska-Rydzek, Wydawnictwo Kobiece, 2020.

 

„Podpalacze” R.O. Kwon

podpalacze„Unikałam tłuczonego szkła, rozdartych torebek aluminiowych. Świeżych plam psiego gówna. Stawiałam kroki, meandrując między nimi. Wschodziło słońce. Kiedy byłam mała, nie wolno mi było wyjść na zewnątrz bez kremu przeciwsłonecznego na twarzy. Matka wklepywała ochronną substancję w moje policzki delikatnymi, chłodnymi dłońmi, Mocowała kapelusz o szerokim rondzie, podwiązując mi go pod brodą za pomocą solidnej, równej kokardki, Ileż wkładała wysiłku w to, bym stała się kimś lepszym, niż jestem.”

Główna bohaterka Phoebe, młoda dziewczyna, mająca za sobą traumatyczne przejścia, jest bardzo pogubiona i nie wie jak żyć dalej, po tym co przeszła. „Chciała cofnąć stratę, zaleczyć śmiertelną ranę”, jak mówi Will, kolejny bohater, a zarazem chłopak Phoebe. Oboje spotykają się przypadkiem i zakochują w sobie. Bezradni i zamknięci w swoich skorupach zatracają się wręcz w sobie. I choć oboje cierpią w tym związku z różnych przyczyn, są dni kiedy bywają naprawdę beztroscy i szczęśliwi. Niemniej jednak oboje żywią się bólem, ich relacja jest dość trudna. 

Will za wszelką cenę pragnie niezmąconej niczym bliskości, Phoebe potrzebna mu jest niczym oddech, to dzięki niej otwiera się przed nim świat pewności siebie i radości z detali. „Przez całe miesiące nie opuszczało mnie wrażenie, jakbym żył odgrodzony od świata szklanymi ścianami. Nie potrafiłem się przez nie przebić. Mogłem tylko przystanąć samotnie na chodniku i zajrzeć do wnętrza, gdzie bawili się inni. Dzięki Phoebe ściany się rozstąpiły”.  Ona z kolei całe życie błądzi, i nawet kiedy znajduje Willa, tak jej oddanego, z jednej strony chce z tego korzystać i czuć się szczęśliwą, a z drugiej wyrywa się, ucieka i w końcu … trafia do sekty.

Sekta Jejah, prowadzona przez Johna Leala przeprowadza zamach na klinikę aborcyjną. Prowodyrką jest Phoebe, w zamachu ginie 5 młodych kobiet. O tragedii wiemy już od pierwszych stron książki. Kolejne, to próba zrozumienia przez Willa, dlaczego do tego doszło, czy może miał on w tym swój udział i popchnął Phoebe w „ramiona” sekty? i co tak naprawdę dalej stało się z dziewczyną. Czytamy ich wspomnienia, poznajemy ich dzieciństwo, dorastanie, początki ich relacji i poprzez narrację prowadzoną dwutorowo, autorka przedstawia nam ich postacie z dość ujmującą, emocjonalną, dokładnością.  Czasem pojawiają się też słowa Johna Leala, który kiedyś uciekł z koreańskiego gułagu, a  jego bose stopy są wyznacznikiem poświęcenia się idei wiary.

Ta kwestia wiary jest tu znacząca. W co wierzy Phoebe? Czego oczekuje od siebie i od  świata? Czy szuka zbawienia, wymazania przeszłości i traumatycznych wydarzeń? Czy faktycznie zawierzenie ludziom, poddanie się ich manipulacji, wykonanie zadania, które zlecają w imię jakichś górnolotnych idei, uwalnia człowieka / ją od poczucia winy? Czy to pokuta? Skuteczna? Nagle świat się zmieni i to zło, które wyrządziliśmy zostanie nam wybaczone?

To książka z dobrą fabułą, ciekawie zarysowanymi postaciami, wywołująca emocje, stawiająca wiele pytań, ale z drugiej strony niezwykle męcząca w odbiorze. Oczywiście, to moje zdanie, może nie byłam na tyle wypoczęta, kiedy ją czytałam… ma niecałe 300 stron, a moja lektura trwała tydzień. Sposób narracji mnie nieco męczył, dialogi wpisane są w treść, nie są wyróżnione, wiec czasem gubiłam się, czy to opis czy dialog. Język momentami bywał przytłaczający, jak sama historia, choć ona sama w sobie jest z kolei bardzo dobra.

Uważam, że to dobra książka, dobry debiut, ale wymagający specjalnego rodzaju skupienia i chyba innego podejścia, bo to nie jest powieść, która „płynie”, ona trochę staje ością w gardle i czasem ma się ochotę odłożyć tę książkę i nie brnąć w to dalej. Niemniej jednak, kiedy ją skończyłam, to cały czas o niej myślę. Jest intrygująca i kto wie, czy nie sięgnę po nią kiedyś drugi raz, żeby już ze spokojną głową, więcej z niej zaczerpnąć i może bardziej zrozumieć bohaterów… o ile w ogóle się da.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Podpalacze” R.O. Kwon, tłum. Łukasz Błaszczyk, wydawnictwo Agora 2020.

„Strupki” Paulina Jóźwik

strupki„Nie znam Boga ani ludzi, ale wiem, że są tacy, co żyją i umierają po cichu. Cichą śmierć miała moja babka Hanna. Cichą śmierć miał jej brat Stefan. W ciszę zamienialiśmy nasze rozmowy. W milczenie wkładaliśmy to,co nas najbardziej bolało. Po cichu kochaliśmy tych, którzy byli nam przeznaczeni. Sprawy załatwialiśmy tak, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał. To, co ważne, nosiliśmy w sobie, jak najcenniejszy skarb ukryty w koszach pełnych zboża, w które nikt nie miał odwagi włożyć ręki. Żyliśmy na utrzymaniu strachu. Po cichu uciekałam z rodzinnej wsi. W drodze gubiłam korzenie, ale one były jak pępowina, która oplotła mi wnętrzności grubym supłem. Mogłam uciekać jak najdalej, ale wciąż czułam jej ucisk. Przeszłość, która swymi mackami dopadała mnie w każdym możliwym miejscu i pozbawiała schronienia przed tożsamością”.

Już ta pierwsza strona mnie zachwyciła. To piękna powieść. Napisana pięknym językiem i opisująca kruchość i sekrety relacji rodzinnych w niezwykły sposób. Jest tu i tęsknota za dzieciństwem, i smutek utraconej miłości, właściwie niespełnionej, mocno niedopowiedzianej, a może źle zrozumianej? Są też związki duszone w zarodku i takie, które rodziły się z przymusu otoczenia. Wszędzie sekrety, stare, tajemnicze zdjęcia, a w tym wszystkim Pola, kobieta, która próbuje zrozumieć samą siebie, odnaleźć swoje miejsce w rodzinie, od której uciekła. Po prostu szuka domu, swoich korzeni, jakiejś przynależności i prawdy. Czy to odnajdzie?  

Pola przyjeżdża do rodzinnej wsi na pogrzeb swojej babci, która umarła tak naprawdę już parę lat temu. „Śmierć siedziała na wózku, w serdaku, grubych rajstopach i góralskich kapciach, i poruszała ledwo widoczną linią warg. […] Myślałam o tym, na co babce były te wszystkie modlitwy, te pacierze, klękanie każdego wieczora i ranka. Na co te różańce, nabożeństwa majowe. Na co te msze, roraty i litanie. Na co to jej „Jak Bóg da”. Na co to wszystko, skoro tak wyglada koniec”. Alzheimer nie zna litości i babka Hanna od kilku lat nie była już tą samą babką. Właściwie nie wiadomo, kim się stała. Mówiła od rzeczy, ciągle widziała swojego zmarłego brata Stefana, ukrywała jakieś zdjęcia.. Jaka tak naprawdę była historia babci Hani? bo na pewno nie taka, jaką do tej pory znała Pola. 

Sama Pola nie potrafi pogodzić się ze śmiercią babci, podobnie jak nie potrafi zapomnieć śmierci swojej matki i nie bardzo akceptuje, że jej ojciec znalazł sobie nową kobietę. Relacje Poli z ojcem są bardzo trudne, podobnie jak relacje z siostrą Irką, która mieszkała z babcią i która ma żal do Poli, że zostawiła ją samą i uciekła do miasta robić karierę ilustratorki, zamiast pomóc w opiece nad chorą. Rodzinna wieś stała się kiedyś dla Poli miejscem przytłaczającym, przypominającym o beznadziei losu, o dzieciństwie, w którym wydarzyło się coś, co stało się drzazgą w sercu. Wszystkie te wydarzenia z przeszłości, choć kiedyś były ranami, teraz są na dobrym etapie do zagojenia się. Strupki jak te na kolanie, kiedy zdzieramy skórę, przewracając się na rowerze, kiedyś odpadną, ale ziarenka piasku, jakie wniknęły w tkankę, mogą dalej uwierać. „Ile musi minąć czasu, żeby mieć naprawdę już pewność, kim się jest?”

To cudowna powieść, historia opowiedziana z czułością i wrażliwością, pełna wyrazistych postaci i emocji. Na długo zostanie w mojej pamięci. Bardzo dobry debiut.  Świetny klimat wsi, natury, z aurą wspomnień z dzieciństwa, no i jeszcze pies Blues.. No i piękna okładka projektu Anny Niklewiz.

Czekam z niecierpliwością na kolejne książki pani Pauliny. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Strupki” Paulina Jóźwik, wydawnictwo Znak, 2019

„Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk

87392128_2729305240452252_7868219879696891904_o„W Radziłowie są dwie ważne postacie: ksiądz i wójt. Jak podpadniesz, ludzie traktują Cię jak powietrze, obmawiają, dokuczają. Ja tam przyjeżdżam od święta, to gówno mnie obchodzi czy odpowiedzą mi dzień dobry, czy nie, chcę tylko by moja rodzina czuła się ta dobrze. Pierwszy raz usłyszałam o Żydach, gdy miałam czternaście lat, na wycieczce szkolnej z nauczycielem z gimnazjum. Obchodziliśmy wszystkie miejsca pamięci w Radziłowie. Pod pomnikiem poświęconym ofiarom wojny bolszewickiej złożyliśmy kwiaty, odczytaliśmy referaty, nauczyciel wygłosił prelekcję. W miejscu po spalonej stodole, pod pomnikiem z tablicą ustawioną w latach siededziesiątych, kazał przeczytać tekst, który był na niej wyryty: „W sierpniu 1941r. faszyści zamordowali 800 osób narodowości żydowskiej, z tych 500 osób spalili żywcem w stodole. Cześć ich pamięci”. Koniec lekcji. Nie wyjaśnił, że napis jest fałszywy, że zabijali miejscowi”.

Wszystko zaczęło się od jednego zdjęcia, grupy młodych dziewcząt, Żydówek w ludowych, polskich strojach. Dziewczęta pochodziły ze Szczuczyna, jednego z miasteczek na Podlasiu. Mirosław Tryczyk próbuje odnaleźć coś na temat historii życia tych dziewczyn, a to z czym się zderza, jest trudne do ogarnięcia rozumem i sercem. Pogrom Żydów, w którym brał udział dziadek autora, okazuje się nie jedynym pogromem dokonanym w 1941r. w podlaskich wioskach. Im głębiej zaczyna są drążenie i dociekanie prawdy, tym trudniej jest zrozumieć to, co się wydarzyło. 

Autor korzysta z wielu źródeł, artykułów, starych zdjęć, równiecześnie stara się przełamać istniejące od lat milczenie i przekonać miejscowych do rozmowy.  A ludzie boją się i wstydzą o tym mówić.  Nie chcą wracać do przeszłości, boją się, że ktoś może ich źle ocenić, wykluczyć z miejscowej społeczności. I choć faktem jest, że pokolenie dokonujące mordu Żydów już praktycznie wymarło, to pokolenie następujące po nich, które przecież nie pamięta tamtych wydarzeń, nadal jest traktowane jako winne tych zbrodni.  Mirosław Tryczyk nie chce nikogo oceniać, chce po prostu dowiedzieć się prawdy, chce by ludzie otworzyli się na nią, by nie czuli się zaszczuci i nie uginali się pod ciężarem nieswoich win. Chce również, by w historii Polski zawarto wreszcie prawdę i by pomordowani odzyskali swoją godność i zostali upamiętnieni. „Co ja mam powiedzieć” mówi proboszcz Radziłowa „w momencie kiedy ja nie wiem co się stało. Ja mogę mówić, że Pan Jezus potępia zabójstwo i to powiem, tylko nie wiem, kogo ja za zabójstwo Żydów mam potępić. Jak nie uczono mnie w szkole o Katyniu, tak teraz nikt nie uczy o pogromie w Radziłowie. Nie znam prawdy” [….] „Pan tylko o tych Żydów pyta, a teraz tu się dużo w naszych stronach mówi o żołnierzach wyklętych, bo ich też dużo w naszych stronach było i też po wojnie się ukrywali. Za partyzantów uważa się tu tych wojennych, do wyzwolenia, a o tych powojennych to raczej mówią „bandyci”. Wszystko jest subiektywne.

Zamierzeniem autora jest pewnego rodzaju „spowiedź”, choć jak sam przyznaje, nie da się żyć, bez „przytłaczającego cienia przeszłości”, a kłamstwo powtarzane tysiące razy często jest uznawane za zatrutą prawdę. 

Osoby z którymi rozmawia Tryczyk, to dzieci, wnuki czy też prawnuki tych, którzy brali udział w pogromach. Oni usilnie chcą chronić pamięć o swoich dziadkach, pradziadkach czy rodzicach. Tyle że, ta ochrona pamięci o nich wiąże się z dźwiganiem ciężkiego brzemienia wstydu i winy, co z kolei naturalnie jakby prowadzi do kłamstw i do wyparcia. Rozmowa z bohaterami książki ma być takim wentylem dla ujścia wiecznie skrywanych uczuć, wyrzutów sumienia, rozdarcia pomiędzy miłością a nienawiścią. No bo jak kochać osobę, która była dla nas cudownym dziadkiem czy pradziadkiem, a która jednocześnie potrafiła zapędzić grupę Żydów do stodoły i ją podpalić, jak kochać dziadka, który gwałcił Żydówki, albo pradziadka, który bił młotkiem po głowie Żydów i wrzucał półżywych lub martwych do wykopanego dołu i zasypywał. Nie lepiej jest wyprzeć takie prawdy i pamiętać dziadków jako tych kochających swoje żony, sadzających na kolanach swoje wnuczki czy wnuków i opowiadających im bajki? 

To bardzo trudna w odbiorze książka, tak jak trudna jest każda o tego typu wydarzeniach (dla mnie nie tylko o pogromach mniejszości żydowskich, ale o pogromach/uprzedzeniach do jakiejkolwiek innej mniejszości narodowej/seksualnej). Mocno emocjonalna, ciężka i wzruszająca. Poczucie winy zrzucane z pokolenia na pokolenie uwiera niczym tytułowa drzazga. Winy pradziadków i dziadków to ciągle jątrzące się rany. Potomkowie zbrodniarzy nie są przecież winni zbrodni, tylko dlatego, że są ich potomkami. Czy może jednak są uwarunkowani jakoś genetycznie do popełniania podobnych czynów? Czy więzy krwi mogą być podstawą do kontynuacji nienawiści i szkalowania? Jak żyć z takim brzemieniem, w ciągłym lęku, jak rozmawiać o historii, która w świadomości wielu po prostu przestała istnieć, została wyparta? 

„Zawsze chodzi o to samo, o obronę dobrego imienia, o tę opinię ludzką, o to, jak się wygląda w oczach sąsiadów, a nie można wyglądać źle, niezgodnie z obowiązującymi w plemieniu normami. To świat pełen hipokryzji, powierzchownego i podwójnego życia, kłamstw. Do dziś ukrywa się przed sąsiadami to, że ktoś się rozwiódł albo że młoda kobieta ma dziecko bez ślubu. I oni mieliby się przyznać, że ich dziadkowie spalili Żydów? Musieliby się jednocześnie przyznać, że dziadkowie byli źli, zburzyć ołtarze, jakie im zbudowali, a przecież o rodzinie nie wolno mówić źle”.

To ważna książka i dla Autora i dla nas wszystkich, ukazująca jak nienawiść i uprzedzenia prowadzą do podziałów, agresji i zbrodni. Dlaczego jesteśmy tacy właśnie? Czy jest recepta na to, jak być tolerancyjnym wobec człowieka? 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk, wydawnictwo Znak, 2020

Stosik styczniowy

Rozpoczynamy kolejny miesiąc nowego roku, a mnie dawno na blogu nie było. W styczniu przeczytałam tylko jedną książkę, czyli Włoskiego nauczyciela Toma Rachmana i jakoś czas zszedł na innych sprawach, a czytanie idzie mi bardzo powoli, ale już niebawem wracam do pisania recenzji. Jutro ukaże się recenzja książki „Bezwład”, której autorką jest Jessica Barry, a którą otrzymałam od wydawnictwa Rebis. Widnieje ona również na poniższym stosie, który znów prezentuje się okazale. 

DSC08060

Jest tu kilka moich zakupów jeszcze z grudnia i stycznia, no i kilka książek od wydawnictw wybranych przeze mnie w ramach współprac recenzenckich.

I tutaj, do recenzji mamy kilka górskich, czyli coś co tygrysy lubią najbardziej: „Wolne miasto Zakopane 1956-1970” od wyd. Znak, zaczęłam, ale to książka mocno historyczna, pisana przez Pana Profesora Jerzego Kochanowskiego, dlatego jest bardzo ciężka dla mnie w odbiorze, na pewno chcę ją skończyć, ale wymaga to czasu. Dalej, od wyd. Agora „Przeżyć” Elisabeth Revol, a od księgarni Tania Książka „Piekło mnie nie chciało. Wielicki” oraz „Trzy Bieguny. Leszek Cichy. Marek Kamiński”. O „Bezwładzie” było już słowo wyżej, a kolejnym thrillerem, tym razem od wyd. Editio Black jest „Mroczne Jezioro” Sarah Bailey. Ostatnią książką do recenzji jest powieść z serii dzieł pisarzy skandynawskich od wyd. Poznańskie „Życie Sus” Jonasa T. Bengstonna (tu, już nie mogę się doczekać lektury).

Reszta książek ze stosu to książki zakupione przeze mnie. Kilka w księgarni Świat Książki w rabatowych opcjach -42-45% od ceny, oraz w taniej księgarni Skup Szop gdzie ceny oscylują od 5-20 zł mniej więcej ( za 7 książek ze stosu po lewej zapłaciłam bodajże 50 zł).  Są okazje, więc łapię. Nieznośne jest tylko to, że tyle rzeczy mnie interesuje i chcę wszystko naraz :) Zachłanność książkowa! :D

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu.

„Włoski nauczyciel” Tom Rachman

DSC08051

Trudno było mi się na początku przebić przez tę prozę, nie wiem właściwie dlaczego, może trochę przez styl autora i sposób narracji w trzeciej osobie, jednak nie poddałam się. I zaskoczyło! Okazuje się, że to książka, która na pewno zostanie ze mna na długo, a jako pierwsza, ukończona w nowym roku lektura, nie umknie mojej uwadze przy kolejnym podsumowaniu roku. Nie czytałam „Niedoskonałych”, czyli debiutu powieściowego autora, a teraz jestem go bardzo ciekawa. Ktoś z Was czytał może?

Akcja „Włoskiego nauczyciela” dzieje się w latach 1955-2018 w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Anglii i Francji. Tytułowa postać to Pinch, a dokładniej, Charles Bavinsky, syn Bear’a Bavinsky’ego, amerykańskiego malarza, jednego z bardziej tajemniczych, modernistycznych, eksperymentujących geniuszy, fikcyjnych oczywiście. Czy naprawdę był geniuszem, czy może tylko tak siebie postrzegał i kreował? Kim był i dlaczego jest tak ważną postacią? 

Pinch od dziecka jest pod ogromnym wpływem swojego ojca. Ojca, który jest uparty, a wręcz zawzięty w swoich postanowieniach, zasadach i samoocenie, to cyniczny egocentryk, który ma głeboko gdzieś swoją żonę, syna, a w przyszłości również kilka innych żon i wiele innych dzieci, które spłodzi. Dla Bear’a najważniejsze jest malowanie,  jego obrazy nie mogą zostać sprzedane zwykłym marchandom, czy podrzędnym. nowojorskim galeriom sztuki. Bear marzy o największych muzeach świata. Uznaje tylko swoje racje. „Wszystko zawsze kręci się wokół jego sztuki – narzeka Birdie. – A prawdziwe dzieła, które stworzył, go nie obchodzą”. Birdie, to żona Bear’a, jedna z wielu, para się ceramiką, chce być w tym dobra, ale niestety żyje w cieniu męża, który skutecznie buduje swoje ego. Birdie prawdziwymi dziełami nazywa dzieci, w tym oczywiście Pincha, syna, który w pewnym momencie zostanie niejako „wybrany” przez ojca, ale do czego: do pomocy, czy do pracy dla niego? 

Seria obrazów Bavinsky’ego „Żywe natury”, które Bear stworzy w wielkiej udręce swojej ciągłej niedoskonałości, ujrzy światło dzienne, a właściwie „wystawiennicze” dopiero po jego śmierci. Choć czy faktycznie? Obrazy namalowane przez Bear’a i cały czas skrywane w jego pracowni, gdzieś we Francji, staną się przyczyną, celem i konsekwencją pewnych wydarzeń, które będą niejako zadośćuczynieniem, odkupieniem, a może zemstą Pincha? Albo zwyczajnie próbą jego poradzenia sobie ze sobą i ze światem? 

Czy Pinch zawalczy o siebie, czy pogrąży go cień swojego ojca? Czy w świecie sztuki, gdzie rządzą się całkiem inne prawa (co zresztą jest świetnie przedstawione) liczy się tylko wyrazista, dobrze kalkulująca osobowość, a talent schodzi na drugi plan? Czy z obrazu namalowanego przez jakiegoś twórcę, poznajemy prawdę o nim samym? A może to tylko iluzja? Pewności nie ma nigdy. 

Pinch vel Charles, to świetnie zarysowana postać. Poznajemy jego dzieciństwo i śledzimy jego losy aż do śmierci. Ten inteligentny, nieśmiały i wrażliwy człowiek, desperacko pragnący kogoś do kochania, samotny w swoim świecie, próbujący naśladować ojca, uczący się malować, budzi nasze współczucie, smutek, sympatię, kibicujemy mu. Nieważne, czy ma talent, czy tylko chciałby go mieć, jego postać „boli” czytelnika. „Nigdy nie zostanę swoim ojcem, bo zawsze byłem swoją matką” – powie, i to jest jedno z najsmutniejszych zdań, jakie przeczytałam w tej powieści. W nim jest wszystko, co określa Pincha i jego matkę. Bear to również genialnie przedstawiona postać – wzbudza tyle emocji, raczej negatywnych, że ma się ochotę naprawdę momentami wyrzucić tę książkę za okno, tak bardzo jest irytującym człowiekiem. 

To świetna powieść, z klimatem, z genialnie zbudowanymi postaciami, wzbudzająca wiele emocji, polecam. 

P.S. Każdy rozdział rozpoczyna się stroną z tytułem rozdziału i z notką na dole, typu „olej na płótnie (172x406cm) reprod. za zgodą spadkobierców autora”. Oczywiście na tejże stronie nie ma żadnego obrazu. Maluje go autor książki, a czytelnik, albo go ujrzy takim, jakim jest, albo zinterpretuje, jak będzie chciał.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania KsiążkaKsiążkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka).

„Włoski nauczyciel” Tom Rachman, tłum. Jerzy Kozłowski, wydawnictwo Znak, 2019.