„Jesień. Pory roku. Tom 1” Ali Smith

„Minutę temu był czerwiec. Teraz pogoda jest wrześniowa. Zboża rosną wysoko, czekają na skoszenie, jasne, złociste. Listopad? Niewyobrażalne. Został już tylko miesiąc. Dni są wciąż ciepłe, powietrze w cieniu przenikliwsze. Noce zapadają wcześniej, są chłodniejsze, światła za każdym razem trochę mniej. Ciemno o wpół do ósmej, ciemno piętnaście po siódmej, ciemno o siódmej. Zieleń drzew przygasa od sierpnia, a tak naprawdę od lipca. Za to kwiaty wciąż się rozwijają. Żywopłoty wciąż brzęczą. Szopa jest już pełna jabłek, a drzewo jest nadal nimi oblepione. Ptaki siedzą na liniach wysokiego napięcia. Jerzyki odleciały już kilka tygodni temu. Są już setki kilometrów stąd, gdzieś nad oceanem”.

Jesień. Niech was jednak nie zwiedzie cytat. Ta książka nie jest otulająca jak ciepły kocyk, kolorowa, jak złote liście na drzewach. Jest smutna, nostalgiczna, z jednej strony piękna, a z drugiej bardzo specyficzna i dziwna. Nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak sądziłam, że będzie, choć przyznaję, że od momentu jak ją skończyłam, to dużo o niej myślę.

Mała Elisabeth pewnego dnia ma napisać zadanie domowe, w którym ma zadać jakieś pytanie sąsiadowi i zapisać jego odpowiedź. Mama nie pozwala jej tego zrobić, każe jej wymyśleć odpowiedzi, byle tylko nie mieć nic do czynienia z dziwnym, starszym panem z mieszkania obok, który pewnie jest niebezpiecznym dla małych dziewczynek gejem. Dlaczego tak o nim myśli? Elisabeth jednak mimo wszystko i z upływem czasu, zaprzyjaźnia się ze staruszkiem. Dzieli ich ogromna różnica wieku, ale dogadują się niezwykle łatwo. „Nikt nie mówił tak jak Daniel. Nikt nie milczał tak jak Daniel”. Ich spacery to wymiana metafor, skojarzeń, zabawy słowem, opowieści o starych obrazach, które Daniel zapamiętał i opisuje w genialny sposób dziewczynce. Skąd jego miłość do takiej dziwnej (bo te obrazy są dziwne) sztuki? Dlaczego akurat mówi o nich z takim smutkiem? Co się wydarzyło w jego młodości? „Nigdy nie można uciec z graciarni swojego „ja””.

Daniel Gluck, bo o nim wyżej właśnie mowa, niegdyś piszący teksty do popularnych piosenek, teraz ma już 101 lat. Przebywa w domu opieki, a trzydziestoletnia już Elisabeth nadal go odwiedza. Jej wizyty parę razy w tygodniu polegają na czytaniu mu książek, podczas gdy Daniel głównie śpi. Pielegniarki myślą, że to wnuczka odwiedza dziadka, nie domyślają się, że łączy ich inna relacja. Jaka? Czy to przyjaźń? Miłość? Elisabeth wie, że ta relacja jest wyjątkowa, mimo iż do tej pory dość krytykowana przez jej matkę. Nie ma w tej przyjaźni nic zdrożnego czy kontrowersyjnego. Nigdy z nikim tak dobrze jej się nie rozmawiało, nigdy nikt jej tak dobrze nie rozumiał. I właściwie to czytelnik ma wrażenie, że Daniel, mimo swojego wieku, czuł i czuje podobnie. Kiedy Elisabeth przypadkiem natrafia na album z obrazami pop-artowej, niedocenianej malarki lat sześćdziesiątych, Pauline Boty, zaczyna zagłębiać w historię jej krótkiego życia, bo jej obrazy dziwnie przypominają jej te, wspominane na spacerach w dzieciństwie przez Daniela. I tu, pojawiają się pytania o tożsamość kulturową, o kwestie bycia kobietą, pojawia się analizowanie własnych emocji, uczuć, na tle rozpadajacego się poniekąd kraju, który stoi przed widmem brexitu, choć to słowo nie pada tu wcale. „Nadszedł czas, kiedy ludzie mówią do siebie różne rzeczy, ale nic z tych rzeczy nie zamienia sią w dialog”.

Ta książka to dość chaotyczny momentami zapis wspomnień obydwojga bohaterów. Są tu częste retrospekcje, strumienie świadomości, słowa płynące nie wiadomo skąd i dokąd, sny, w których człowiek ukrywa się w pniu drzewa, albo z którego wyrastają liście (co możemy odnieść do sztuki „Burza” Szekspira, którego Daniel lubił). Czasem pojawiają się opisy jesieni, jak w powyższym cytacie, bo pory roku są i były zawsze takie same, tu akurat nie ma niespodzianek, to życie i spojrzenie na życie się zmienia. Często trzeba się dostosowywać do aktualnej rzeczywistości, lub też buntować, bo w końcu brakuje cierpliwości, zupełnie jak w przytoczonej historii z robieniem przez Elisabeth zdjęcia do paszportu, czy też w historii wspomnianej Pauline Boty. I jeszcze matka Elisabeth, która początkowo uważana przez córkę za niezbyt inteligentną osobę, po latach zyskuje w jej oczach. Dojrzewanie Elisabeth i jej przyjaźń z Danielem, sprawiają, że dziewczyna patrzy na świat w bardziej wrażliwszy sposób, widząc więcej i rozumiejąc więcej.

To mądra książka, ale chyba nie jestem odpowiednim odbiorcą i nie jestem w stanie bardziej docenić tak zachwalanego kunsztu Ali Smith. Częściowo mi się podobało, ale bardziej zmęczyłam lekturę, choć tak jak wspomniałam wcześniej, zostawiła ta książka coś w mojej głowie, bo cały czas o niej myślę. Hmmm. Przeszkadzał mi ewidentnie ten chaos i styl pisania, który zaburzał mój odbiór. No nie wiem… Na pewno jest to intrygująca powieść.

Recenzja powstała w ramach współpracy z księgarnią Tania Książka.

„Jesień. Pory Roku. Tom I” Ali Smith (wyd. W.A.B., 2020) w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego, możecie nabyć w tej właśnie księgarni, w dziale „Beletrystyka i literatura piękna”. Może akurat docenicie ją lepiej?

„Niewidzialne kobiety” Caroline Criado Perez

„Przeświadczenie, że to, co męskie, jest uniwersalne, wynika bezpośrednio z luki w danych na temat płci. Białość i męskość mogą uchodzić za zrozumiałe same przez się tylko dlatego, że o większości innych tożsamości w ogóle się nie wspomina. Ale męska uniwersalność to też przyczyna wspomnianej luki: ponieważ kobiet się nie dostrzega, nie pamięta się o nich, a dane o mężczyznach stanowią większość naszej wiedzy, w rezultacie to, co męskie, zaczyna uchodzić za uniwersalne. Prowadzi to do zepchnięcia – połowy rodzaju ludzkiego – do roli mniejszości. Z niszową tożsamością i subiektywnym punktem widzenia. A taki schemat myślowy pozwala uznać kobiety za niewarte zapamiętania. Pomijalne. Niepotrzebne – w kulturze, historii, statystykach. W ten właśnie sposób kobiety stają się niewidzialne”.

Autorka jest brazylijską dziennikarką i oczywiście feministką. Jestem pod wielkim wrażeniem ogromu pracy, jaki włożyła w pracę nad tą pozycją. Jest tutaj mnóstwo, mnóstwo przykładów, popartych innymi przykładami, dyskryminacji kobiet we współczesnym świecie, nie tylko w Brazylii, ale i w Japonii, Norwegii, Bangladeszu i wielu innych krajach, jakie pod lupę wzięła Caroline Criado Perez. Ogrom tych przykładów momentami mnie przytłaczał, ale trzeba przyznać, że w wielu przypadkach uświadamiałam sobie, że tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z istotnych faktów. A przecież jestem kobietą i jak wiele kobiet wkurzam się o wiele spraw.

To, że praca wykonywana w domach przez kobiety, związana z wychowywaniem dzieci, utrzymywaniem domu w czystości, robieniem zakupów, posiłków, odbieraniem tych dzieci ze szkoły, czy opieką nad starszymi rodzicami, jest generalnie nieodpłatna i traktowana nie jak „praca”, to dobrze wiem. Wiem, jak wiele kobiet się przeciwko temu buntuje, co oczywiście jest słuszne. Ale na przykład, nie zdawałam sobie sprawy z takich banalnych rzeczy jak: wielkość smartfonów kompletnie niedopasowana w większości do kobiecych dłoni, cieżkość drzwi w niektórych budynkach, które są projektowane pod mężczyzn, z założenia silniejszych, budowa samochodu, który też nie zawsze dopasowany jest do kobiecej sylwetki, z tego, że wyszukiwarki czy słowniki w telefonach z reguły podpowiadają męskie zaimki, rodzaje czy formy czasowników. Takich przykładów autorka wymienia tu ogrom, że już nie mówiąć, że po angielsku „man” oznacza „mężczyzna”, ale również „człowiek”. Gdzie tu mowa o kobietach?

W książce poruszanych jest wiele tematów: od seksistowskiego traktowania kobiet w miejscach pracy, molestowania, ruch #metoo, poprzez kandydowanie Hilary Clinton na stanowisko prezydenta, co było ogromnie kontrowersyjne i zarzucano jej wówczas przerost ambicji, chociaż Trumpowi tej ambicji nie zarzucano, dalej przez medycynę, prawo pracy, problematykę transportu i dojazdów do pracy, miejsce kobiet w podręcznikach do anatomii, budowę laktatorów, aż do projektowania przestrzennego, budowy toalet publicznych czy hipotezy pługa. Musicie sami przeczytać, bo za wiele nie chcę zdradzać, a tematyka jest tu przeogromna i niezwykle różnorodna, do tego wszystko jest poparte artykułami, wywiadami, faktami (samy przypisów jest tu 1241, o ile dobrze policzyłam).

Pozaznaczałam sobie mnóstwo cytatów, które ukazują ważność kobiet w świecie, ale jednocześnie ich „pomijalność”. Wychodzi na to, że cały świat i rzeczywistość nas otaczająca jest skrojona pod mężczyzn. W dużej mierze na pewno tak jest, biorąc pod uwagę te wszystkie kwestie wymienione wyżej. No albo choćby taki „niby” banał: „Ponieważ wielkim biznesem nadal rządzą mężczyźni, współczesne miejsca pracy obfitują w podobne luki: od drzwi zbyt ciężkich, by przeciętna kobieta otwierała je bez wysiłku, przez szklane schody i podłogi w holu, przez które każdy może oglądać, co masz pod spódnicą, po przerwy między płytami chodnikowymi – są one jakby obliczone na to, żeby utykały w nich obcasy”. Oczywiście niektóre te „rzeczy” można uznać za wylbrzymianie, ale jak się tak zastanowić, to faktycznie coś w tym jest.

To bardzo ważna książka, mocno skondensowana i zdumiewająca ogromem pracy, ale i ogromem kwestii w niej poruszonych, o których szczerze mówiąc w sporej mierze, wcześniej nie myślałam. To książka uświadamiająca, choć często dość ciężka i męcząca w lekturze. Doceniam jednak mocno tę pozycję, bo pokazuje w jak wielu dziedzinach życia kobiety są tytułowo niewidzialne. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że kobiety muszą dalej uparcie dążyć do swoich praw, nie dać się stłamsić, krzyczeć głośno o tym, że są takim samym człowiekiem, jak mężczyzna, tylko inaczej zbudowanym i o innym postrzeganiu świata. Pytajcie nas o zdanie, dopuszczajcie do głosu i traktujcie zwyczajnie równo. Po prostu. Tak niewiele, a tak trudne.

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka, a „Niewidzialne kobiety” możecie kupić w dziale „Literatura faktu i reportaż” księgarni Tania Książka. Sprawdźcie również inne nowości z tej popularnej księgarni)

„Niewidzialne kobiety” Carolie Criado Perez, tłumaczenie Anna Sak, wydawnictwo Karakter, 2020.

„Zagubieni w Neapolu” Heddi Goodrich

DSC09588

„Gówniane życie, nie ma co mówić. Paskudnym faktem jest przyzwyczajenie. Sądzę, że już zabliźniły się wszystkie rany po zawodach, błędach i przykrościach. Opisuję się jako mężczyznę na dobrowolnym wygnaniu, ale moja dusza wciąż ma odruchy wymiotne. Nie widzę żadnego wyjścia ani drogi ucieczki.  Z drugiej strony cynicznie i małostkowo myślę, że wiele z moich przykrości i lęków to prezenty od moich rodziców, którzy sprzysięgli się wraz z tą głupią częścią mnie, że uczynią mnie potwornie podobnym do siebie samych”. 

To fragment listu Pietro do Heddi, który niegdyś, jako student geologii na Uniwersytecie w Neapolu zakochał się na zabój w Heddi właśnie, Amerykance, która przyjechała studiować do Neapolu. Zbieżność imienia z imieniem autorki chyba nie dziwi, można przypuszczać, że to jej osobista historia będzie opisana w książce. Kiedy Heddi po zakończeniu studiów opuszcza Neapol, by zamieszkać w Nowej Zelandii, po latach dostaje niespodziewany list od Pietro. To sprawia, że powracają wspomnienia z czasów studenckiego, beztroskiego życia w Neapolu, mieście pięknym, a jednocześnie tak odpychającym, że nie wiadomo, czy je kochać, czy z niego uciekać,a w którym oboje przeżyli coś pięknego, miłość niezwykle trudną, obfitującą w momenty pełne uniesień i szczęścia, ale również nie do końca spełnioną. Nie jest tajemnicą, ani nie będzie spojlerem to, że oboje nie są już razem, bo świadczy o tym już pierwszych kilka stron. Dlaczego zatem miłość tak silna nie miała przełożenia na późniejszą relację?

Pietro, to chłopak z małej wioski, mający prostych, bardzo poświęconych pracy i swojej ziemi rodziców, Heddi z kolei jest wyzwoloną, marzącą o wielkich podróżach dziewczyną. Mimo, iż Pietro chciałby zmienić swoje życie, to z drugiej strony ciężko jest mu odciąć korzenie i zawieść tym samym rodzinę. Można by rzec, że to trochę tchórzliwe zachowanie, świadczące o tym, że chłopak, a potem już mężczyzna, nie potrafi podejmować własnych decyzji i żyć własnym życiem, po trosze tak też jest, ale z drugiej strony, czasem bardzo ciężko jest wziąć los w swoje ręce, kiedy odpowiedzialność za rodzinę, przywiązanie i strach przed odcięciem się od wszystkiego, co pewne i znane, są silniejsze. Tak bywa, spotkałam się z takimi sytuacjami również i jestem w stanie to zrozumieć. Oboje próbują ze wszystkich sił, by ich związek przetrwał. Heddi odwiedza rodzinę Pietro, w której nie jest akceptowana i nie czuje się dobrze, Pietro poznaje rodzinę Heddi, którą zwyczajnie w świecie uznaje za fantastyczną. Niemniej jednak nigdy nie będzie między nimi czegoś, co by scaliło ich na zawsze. Czy to wina różnych oczekiwań? czy niezgodność charakterów? czy może jednak odrażającego, gorącego i męczącego Neapolu? „Setki tysięcy juter, wyrzuconych w błoto możliwości. Nagle opanowało mnie wrażenie dyskomfortu, uczucie nieznośnego bezruchu, poczucie utraty, na którą nie było lekarstwa”. Po kilku latach spędzonych w tym mieście, w zabytkowej Quartieri Spagnoli, pod którą jest Podziemne Miasto, pełne tuneli, pustych przestrzeni, a na dodatek upał i sirocco nie dają żyć, można mieć dość. Można mieć wrażenie, że to miasto wysysa energię i chowa ją gdzieś pod te wszystkie ulice, do podziemi i że ona tylko tam czeka, by razem z Wezuwiuszem kiedyś wybuchnąć i zetrzeć w pył każde istnienie.

To smutna, ale piękna historia, świetnie pokazana od strony psychologicznej: obraz dwóch istnień, które choć nie potrafią żyć bez siebie, nie umieją również żyć razem. Wiecznie się ścierają, zbliżają i oddalają, aż w końcu przychodzi moment wyboru, który i tak niewiele zmieni w warstwie uczuciowej. Heddi Goodrich nie napisała płomiennego romansu, który kończy się happy endem, to książka, która jest pełna melancholii, nostalgii za dawnymi czasami i jest dobrą analizą ludzkich odczuć: pragnień i lęków.

Warto również wspomnieć o samym Neapolu, który jest niekwestionowanym bohaterem tej książki. Opisy miasta świetnie oddają jego atmosferę i sprawiają, że z jednej strony od razu chce się tam pojechać, a z drugiej, w ogóle nie. Mamy tu przedstawienie miasta za pomocą zmysłów: wzroku, dotyku, słuchu, węchu, albo przez pryzmat mieszkańców. Bardzo mi się podobały te opisy, a jest ich naprawdę sporo, na koniec wybrałam dwa cytaty.

„Błękitna noc spływała jak akwarela na budynki Quartieri Spagnoli, a mimo to nieśmiałe ciepło tego wiosennego popołudnia zostawało uwięzione w zaułkach, zaplątane w pajęczyny porozwieszanego, zapomnianego prania, w opary smażących się kalmarów i słodkawy odór śmieci”.

„Melancholia żyła w każdym zaułku, w parze z dwoma dziewczynkami jedzącymi lizaki w seksownych minispódniczkach, była w ich straconym dzieciństwie. Była w bezrobotnych przed barem, którzy wymieniali wiadomości na temat piłki nożnej, w jęku młynka do kawy, który wciąż od nowa musi powtarzać codzienną, odwieczną pracę, i nigdy niczego nie osiągnie; była w kobiecie w średnim wieku, sprzedawczyni książek dla dzieci, która usadowiona na brudnych schodach jakiegoś kościółka na oczach wszystkich sylabizowała tekst bajki „Trzy świnki”. Smutek był w braku prywatności i wstydu”

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka i literatura piękna).

„Zagubieni w Neapolu”, Heddi Goodrich, tłumaczenie Iwona Banach, wyd. Zysk i S-ka, 2020

„Miasto niedźwiedzia” Fredrik Backman

IMG_20200802_110542_232

„Björnstad nie leży w pobliżu niczego i nawet na mapie wygląda nienaturalnie. „Jakby pijany olbrzym, sikając, próbował napisać na śniegu swoje imię” – powiedzieliby jedni. „Tak jakby przyroda i człowiek przeciągali linę, walcząc o przestrzeń do życia” – stwierdziłby pewnie ktoś myślący bardziej racjonalnie. Tak czy inaczej, miasto przegrywa, dawno już niczego nie wygrało. Coraz mniej pracy, więc każdego roku jest i mniej ludzi, las zjada jeden czy dwa opuszczone domy na sezon. W czasach gdy było jeszcze czym się chwalić, gmina postawiła przy wjeździe do miasta tablicę z hasłem przypominającym popularne wówczas slogany: „Witamy w Björnstad. Chcemy trochę więcej!”. Wiatr i śnieg potrzebowały kilku lat, aby wywiać słowo „więcej”. Niekiedy całe miasteczko wydaje się filozoficznym eksperymentem. Jeśli całe miasto zniknie w lesie i nikt o tym nie usłyszy, czy będzie to miało jakieś znaczenie?”

Björnstad jest miastem hokeja, miastem niedźwiedzia, który jest symbolem siły, a zarazem drużyny juniorów, która niebawem ma zagrać ważny mecz z drużyną z sąsiedniego miasta Hed. Mała społeczność miasta skupiona na tym wydarzeniu nie żyje właściwie niczym innym. Każdy z bohaterów tu przedstawionych miał albo ma coś wspólnego z hokejem. Sport jest czymś co daje siłę, co sprawia, że ludzie czują się ważni, co napędza ich do życia i bez czego byliby nikim. Peter, dyrektor sportowy mówi: „Co może dać nam sport? Poświęcamy mu całe życie i na co możemy liczyć w najlepszym przypadku? Kilka chwil… zwycięstw, kilka sekund, dzięki którym czujemy się więksi, niż w rzeczywistości jesteśmy, kilka odosobnionych momentów, gdy łudzimy się, że jesteśmy… nieśmiertelni. A przecież to kłamstwo. Nic z tego nie jest ważne. […] Jedyne, co nam daje sport, to chwile. Ale do cholery, czym więcej jest życie, jeśli nie chwilami?”.

Kiedy drużyna juniorów wygrywa, społeczność Björnstad przepełnia duma i wiara, że nic nie powstrzyma hokeistów przed wygraną jeszcze ważniejszego meczu – finałowego. I mimo, że wokół sportu kręci się akcja książki, to nie tylko o sporcie, sile drużyny i wspólnoty, jest to powieść. To przede wszystkim powieść o tym, czym jest społeczność, jaka jest natura ludzka i jak zachowuje się człowiek stojący przed wyborem między tym, co dobre, a co złe, właściwe a niewłaściwe. Czy lepiej być niedźwiedziem, czy lwem i kto w tym wszystkim jest drapieżnikiem, a kto ofiarą?

Benji, Bobo, Kevin, Lyt to jedni z głównych zawodników, charakteryzujący się siłą, sprytem i szybkością. Są przyjaciółmi, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Dołącza do nich Amat. Młodszy chłopiec mieszkający w Björnstad, ale w tak zwanej Niecce (jak mówią bogatsi, odpowiedniku slumsów). Mama Amata – Fatima jest sprzątaczką w szkole i w hali hokejowej. Ledwo wiąże koniec z końcem, walczy z bólem pleców w pracy, ale jest szczęśliwa, że jej syn dzięki ciężkim treningom, zostaje doceniony i awansuje do drużyny juniorów. Początkowo wyśmiewany, traktowany gorzej ze względu na pochodzenie i status społeczny, zostaje jednak doceniony przez kolegów z drużyny. Zawsze marzył, by przynależeć do jakiejś grupy społecznej, by być traktowanym równo i z szacunkiem. Tylko czy będzie szanował sam siebie, kiedy wydarzy się to, co się wydarzy? A co się wydarzy?

Impreza zorganizowana w domu Kevina zmieni życie całej społeczności już nieodwracalnie. Drużyna juniorów zostanie poddana próbie, w tym przede wszystkim Amat. Peter,dyrektor sportowy będzie za wszelką cenę próbował chronić swoją córkę Mayę, która z ofiary zmieni się w drapieżnika. Jej przyjaciółka Ana dowiedzie czym jest prawdziwa przyjaźń, bo pamiętajcie, że „prawdziwych przyjaciół ma się tylko w wieku piętnastu lat”.  David, trener drużyny również będzie musiał rozprawić się ze swoimi wewnętrznymi dylematami. Cała przyszłość miasteczka stanie pod znakiem zapytania. „Jak bardzo możemy być egoistyczni. Jak bardzo powinniśmy się czuć odpowiedzialny za siebie nawzajem” […] Kogo byśmy ratowali, gdybyśmy mogli wybierać tylko jedną osobę? Kogo wyciągnęlibyśmy pierwszego z lodowatej wody, jeśli łódź ratunkowa miałaby ograniczoną liczbę miejsc?” . Czy zawsze byłaby to rodzina? 

Mogłabym tu opowiadać wiele, naprawdę wiele…. ale po co? Lepiej samemu sięgnąć i przeczytać. Tu każdy z bohaterów ma swoją historię, a każda z rodzin problemy.  Niby banalnie, ale jak świetnie pokazane! Wszystkich jednoczy i jednocześnie dzieli jedno wydarzenie, które jest punktem wyjścia do dalszych wydarzeń. Fredrik Backman genialnie opowiedział tę historię. Przede wszystkim, genialnie opowiedział o człowieku i jego naturze. Czyta się tę książkę w napięciu, chłonąc atmosferę małego miasta i zastanawiając, jakby człowiek się zachował na miejscu tej czy tamtej osoby.

Wszystko mi się tutaj podobało: postacie (szczególnie Maya, Amat i właścicielka baru Futro – Ramona), świetny styl pisarza, niezwykle celne zdania i zakończenie książki. To mądra książka o bohaterstwie, o dorastaniu, o podejmowaniu decyzji, wyborach i ich konsekwencjach. Na pewno sięgnę po kolejne książki Backmana, jestem zachwycona!

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura obyczajowa).

„Miasto niedźwiedzia”, Fredrik Backman, tłum. Anna Kicka, wyd. Sonia Draga, 2020

„Lista nieobecności” Michał Paweł Urbaniak

DSC08681

To powieść, która gromadzi w sobie tyle smutku, żalu i bółu, że nie wiadomo, czy czytać dalej i poddawać sie temu, czy odłożyć, by uniknąć przygniecenia nadmiarem. Czytałam ją poniekąd dlatego tak długo, bo aż miesiąc. W części spowodowane to było również zmęczeniem i tak zwaną „niemocą czytelniczą”, nadmiarem pracy itp., ale faktem jest, że to jest książka bolesna i mimo tego, że wciąga i po odłożeniu na tydzień, pamięta się dalej bohaterów i wszystko, co im się przydarzyło, to jednak „daje po emocjach”. 

Zuzanna i Artur to małżeństwo. Ona pracuje w aptece, on jest malarzem, niespecjalnie wybitnym. Ona ma syna Krzysztofa z poprzedniego związku, którego nie kocha, później Arturowi rodzi dwie córeczki, których sama też specjalnie nie pragnie. Mówi, że dzieci zabierają jej wolność i samą siebie. Przyznaje szczerze (nie bezpośrednio dzieciom), że nigdy ich nie chciała. Artur z kolei żyje w świecie zmarłych. Przepełnia go mrok, poczucie winy, chęć śmierci, nie potrafi zapomnieć o śmierci swoich siostrzyczek. Jedna wypadła przez okno, druga zmarła śmiercią łóżeczkową. Artur był wtedy nastolatkiem. „Kiedyś spadła na mnie ciemność, krople czarnego atramentu z boskiego pióra. Kleksami rozlała się po duszy. Teraz noszę ją jak płaszcz. Często zasłaniam oczy powiekami. Lubię ciemniejący świat. Umiera dzień za dniem, a potem się rodzi. Na końcu zamknę oczy i nie będzie zmartwychwstania”.

Razem z bratem Jankiem, z którym jest bardzo związany, przeżyli to strasznie. Od tamtej pory nie potrafią oboje żyć normalnie. Cały czas wspominają, rozpamiętują, myślą dlaczego tak się stało, czy może oni też powinni umrzeć, że może nawet lepiej by było. Z upływem czasu dorastają, układają sobie życia, ale też ukrywają pewne tajemnice, które również ich łączą. Kiedy Janek ginie w wypadku, dla Artura kończy się świat. Zuzanna się nie może w tym końcu świata (ba, nawet początku) odnaleźć, ma dość mroku i bólu. Ma dość bycia duchem w tym związku. Co zrobi? 

Krzysztofa i Jakuba poznajemy w tak zwanym ‚międzyczasie’. Jakub jest gejem zakochanym w Krzysztofie (synu Zuzanny), już od dawna, właściwie od dziecka, kiedy pierwszy raz się spotkali i jako mali chłopcy bawili się razem i spali w jednym łóżku. Spotkanie po latach staje się katalizatorem wybuchu namiętności pomiędzy mężczyznami. Ale czy Krzysztof tak naprawdę jest gejem? Sam nie wie. Może po prostu żal mu Jakuba i jego maślanych oczu, jego zaborczej miłości? Może czuje się zbyt samotny i chce spróbować, jak to jest? A może faktycznie Jakub stanie się dla niego kimś więcej niż dobrym przyjacielem, który gotów jest za niego oddać życie? Zuzanna nie będzie przeciwna temu związkowi, ba, powie nawet do Jakuba: „Ja go nie kocham, więc ty go musisz kochać. On potrzebuje miłości”. 

Związki zarówno Artura i Zuzanny, jak i Krzysztofa i Jakuba są bardzo dziwne. To właściwie sploty zależności, niedopowiedzeń, poczuć winy i wyrzutów sumienia, aniżeli prawdziwej miłości, choć oczywiście i ona istnieje. Wszystkie uczucia między bohaterami są bardzo gwałtowne: niechęć, żal, złość, miłość, tęsknota, strach. Zuzanna wydaje się być znudzona i obojętna, Artur nie potrafi się otrząsnąć z żałoby i nie chce żyć, Krzysztof jest zagubiony i zmęczony Jakubem, choć jednocześnie mówi mu, że go kocha, Jakub z kolei wiecznie przeprasza, że żyje, tnie się by ulżyć sobie w bólu i strachu przed odrzuceniem i samotnością, od dziecka chce zniknąć: „Mógł wyjść przez okno z siódmego piętra prosto na parter, ta śmierć byłaby szybsza. Żadnych świeczek, piżam, tępych noży. Rodzice mogliby oglądać telewizję, nie słyszeliby. Przez okno wychodzi się po cichu, Weszliby do pokoju, a tam tylko chłód, firanka popychana przez wiatr, doniczka z fiołkiem zestawiona na podłogę. Nigdy tego nie zrobił, nigdy nawet nie sięgnął po doniczkę, by ją zestawić”.

Książka toczy się w różnych ramach czasowych „Przedtem” i „Potem”. Punktem odniesienia jest śmierć Artura, o której czytamy właściwie na początku ksiażki. To przez pryzmat tej śmierci poznajemy życie bohaterów przed i po. Świetnie jest to wszystko przedstawione. Na początku, troszkę się gubiłam, ale ta historia jest niczym pajęczyna. Krąży się po kolejnych niciach, by zawsze wrócić to tego głównego środka. Zakończenie zaskakuje, choć w pewnym sensie niektórych rzeczy się spodziewałam. Smutne jest to zakończenie. Jak cała historia. I właściwie to nie wiadomo, czy pewne rzeczy dzieją się, bo są konsekwencjami naszych czynów, czy zwykłymi zbiegami okoliczności czy może to po prostu jakieś fatum? 

Bardzo dobra powieść. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Beletrystyka i literatura piękna).

„Lista nieobecności”, Michał Paweł Urbaniak, wydawnictwo MOVA, 2020

„Wyrwa” Wojciech Chmielarz

9788366500167„Poczułem, że po raz kolejny ją zawiodłem. Byłem mężem, który zapomniał o marzeniach swojej żony. A ona zawsze mnie wspierała, kiedy ponosiłem porażkę, i zawsze powtarzała mi, że następnym razem już na pewno się uda. Że jestem wybitnym analitykiem. I byłem nim. A to dlatego, że nie zadowalałem się byle czym, potrafiłem drążyć głębiej”.

Tym razem jednak drążenie gdzieś umknęło w szarej codzienności. Szara rzeczywistość związana z kredytem nad głową, wychowaniem dwóch córek, kłopotami w pracy, przytłaczają. Uczucie między dwojgiem ludzi staje się jakieś takie skomplikowane, trudniejsze, coś wygasa, obojętnieje. Rutyna życia w ciągłym pośpiechu, niespełnione ambicje, sprawiają, że ludzie zaczynają się od siebie oddalać, mieć swoje tajemnice, sekrety, które ukrywają tak skrzętnie i doskonale, że zaczynają żyć jakby innym życiem, jakby byli kimś innym, przybierali inną formę, imię, naturę. I to wszystko fantastycznie uchwycił Wojciech Chmielarz w swojej najnowszej powieści. 

Maciej i Janina tworzyliby normalne  małżeństwo, takie, jakich wiele, gdyby nie fakt, że coś w pewnym momencie zadziało się w ich życiach, co wyzwoliło łańcuch zdarzeń, konsekwencji tragicznych w skutkach. Błędy czy nawet przypadki życiowe zawsze mają swoje konsekwencje. Kierują człowieka na inny tor, tak jakby pchały w zupełnie inną stronę, niż człowiek początkowo się wybierał. To tak, jakby nagle zboczyć z kursu i poczuć, że wcale nie musimy zawracać, że można inaczej, że może tu będzie ciekawiej, niebezpieczniej, może lepiej? A może nie… W każdym razie życie małżeńskie nie jest łatwe, ale to wszystko zależy od wielu rzeczy… „I tak sobie żyliśmy. Poobijani, ale ciągle na powierzchni. Czy byliśmy szczęśliwi? Nie chcę odpowiadać na to pytanie”. 

Janina pracuje jako dziennikarka, Maciej jest analitykiem bankowym. Ona spełnia się w swojej pracy, jest ceniona, lubi się wykazywać, chwytać wyzwania, prowadzić wywiady. On z kolei jest po prostu dobry, tylko dobry, bez szans na awans, co rozczarowuje i frustruje, a do tego umniejsza jego ambicje w oczach żony. Pewnego dnia Maciej otrzymuje telefon, że jego żona zginęła w wypadku pod Mrągowem. Czołowe zderzenie z tirem. I teraz pojawia się pytanie: skąd się tam wzięła? Przed wyjazdem w delegację, mówiła, że jedzie w okolice Krakowa…. 

Dlaczego okłamała męża? Dlaczego nagle zmieniła kierunek wyjazdu? Maciej na wszelkie możliwe sposoby próbuje dociec prawdy, analizuje, wymyśla różne schematy zdarzeń, rozpacza, ale też próbuje się jakoś pozbierać, bo przecież ma dwie małe córeczki. Teraz on będzie musiał się nimi zająć, jak to zrobi? Jak one przyjmą wiadomość o śmierci mamy? I wszystko byłoby właściwie już zdefiniowane jako przebieg akcji książki, ale Maciej nagle dowiaduje się, że żona pradopodobnie popełniła samobójstwo. W dodatku będąc w ciąży. I to na pewno nie z nim!

Może zdradziłam zbyt dużo, ale to właściwie tylko przyczynek do tego, co się dalej wydarzy, a sytuacja w oczach Macieja zmieni się diametralnie. Dlaczego żona odebrała sobie życie (jeśli to faktycznie prawda)? Czego nie zauważył? Z kim spotykała się Janina? Dlaczego to Mrągowo? Ciąża? Wyjazd Macieja na Mazury uzmysłowi mu, że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż by się wydawało… 

Zakończenie mocno mnie zaskoczyło. I choć wydało mi się trochę nazbyt wydumane i może nie było zbyt dobitne, żebym zbierała szczękę z podłogi, to jednak poczułam się zmanipulowana przez głównego bohatera. Bo czy tak naprawdę znamy samych siebie, wiemy do czego jesteśmy / będziemy zdolni? Czy jesteśmy w stanie poznać drugą osobę żyjąc z nią wiele lat? 

To książka między innymi o tym, jak  poczucie straty i rozpaczy szybko potrafi zamienić się w gniew, oraz o tym jak ślepo szukamy winy w innych, w wydarzeniach, a nie widzimy jej w sobie. 

Nie znam zbyt wielu książek Wojciecha Chmielarza, więc nie mam jak porównać, czy tu jest lepiej, czy gorzej. Nie interesuje mnie to właściwie. Dodam, że czytałam tylko „Podpalacza” i „Wampira”, które były według mnie świetnymi kryminałami. A tu jest inaczej. Tu jest sporo psychologii, drążenia osobowości, a wszystko jest napisane w lekki i zarazem bardzo „filmowy” / obrazowy sposób, czytało mi się świetnie. Uważam, że to dobra, nieprzewidywalna i ciekawie przedstawiona historia. Na pewno sięgnę po jeszcze inne książki tego autora. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Kryminały i sensacja).

„Wyrwa”, Wojciech Chmielarz, wydawnictwo Marginesy, 2020

„Operator 112. Relacja z centrum ratowania życia” Roman Klasa

9788366520394„Przychodzi przelew – niecałe dwa tysiące złotych. Gdy sprawdzam stan konta, czuję się tak, jakbym dostał w pysk. Powtarzam sobie, że to nic, że przynajmniej robię coś ważnego, że przecież jest jeszcze satysfakcja z tego, że się komuś pomaga. Ale nie, satysfakcji już nie ma. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Zostaję więc z tym śmiesznym wynagrodzeniem sam na sam. A potem znów przychodzę do pracy, podłączam słuchawki, loguję się do systemu i grzecznie odbieram każde zgłoszenie. Coś we mnie krzyczy: „Dawajcie! Wylejcie na mnie całe szambo tego województwa! Wasze problemy są moimi problemami! Nie miejcie litości!” Nie mają, jakby to słyszeli.”

Książka Romana Klasy, niegdyś pracującego w Centrum Powiadamiania Ratunkowego, otwiera oczy na wydawałoby się z pozoru banalne sprawy, które jak się okazuje banalnymi wcale nie są. Dopóki nie przeczytałam tej książki, nie zdawałam sobie dokładnie do końca sprawy, z tego na czym polega praca takiego operatora numeru ratunkowego, choć parę razy miałam z nim do czynienia. I wszyscy, którzy kiedykolwiek korzystali z numeru 112 powinni zdać sobie sprawę, że człowiek odbierający ten telefon jest tylko człowiekiem. On nie ma mocy czarodziejskiej i nie czyta w myślach, za to podejmuje decyzje, gdzie przełączyć / komu przekazać dany przypadek jak najszyciej: policji, straży pożarnej, pogotowiu ratunkowemu? On jest na pierwszej linii ognia, a nadal jest traktowany jak ktoś nieważny.

A przecież, to głównie on ratuje, tudzież przyczynia się do uratowania życia, musi myśleć logicznie, szybko i rozsądnie. Nie zawsze można czekać na karetkę, często to operator numeru ratunkowego udziela pierwszej pomocy matce/ojcu dziecka, dziecku, wysłuchuje samobójcy albo radzi poszkodowanemu w jakimś wypadku, co ma robić do przyjazdu karetki. Przeszkolenie musi mieć we wszystkich dziedzinach, nawet topografię miasta trzeba w jednym palcu, bo co jeśli pokieruje karetkę zamiast na ulicę Srebrną do miejscowości Srebrna? (taki mój przykład, bo w książce są również podobne).

Roman Klasa to wszystko przedstawia w żywy i bardzo interesujący sposób. Opisuje jak zaczął studia, co było jego marzeniem, jakie życie prowadził zanim został operatorem numeru alarmowego, jak długo się uczył, szkolił, aż wreszcie jego ambicjom stało się zadość i został przyjęty do CPR. On, taki introwertyk, w takiej prestiżowej pracy? wreszcie będzie kimś, będzie mógł się pochwalić swoim stanowiskiem…. Rzeczywistość jednak okazała się inna, z tego wymarzonego zajęcia, została wraz z upływem czasu tylko męcząca, pełna stresu i nerwów, bardzo odpowiedzialną praca, którą mało kto docenia (szczególnie „góra” oraz sami dzwoniący, którzy potrafią rzucić słuchawką i przy okazji bardzo często obelgą). Ale podobnie teraz jest na przykład z lekarzami – co tu dużo mówić…

Wrażliwi ludzie nie mają szans na pracę w CPR. Po pewnym czasie będą musieli zrezygnować. Załoga z którą zaczynał pracę w CPR Roman Klasa z czasem zaczęła się wykruszać, szczególnie wtedy, kiedy do numeru 112 podłączono dododatkowo numer 997 i liczba telefonów zwiększyła się kilkukrotnie, niż była wtedy, gdy pod 112 działały tylko numery 999 i 998. Dodatkowo nierzadko były i są to telefony z kompletnie różnych bajek: „co zrobić z ranną foką znalezioną na plaży? co z samobójcą, który nie chce podać adresu? co z nieagresywnym i nieuporczywym żebrakiem? A zgubienie portfela, dokumentów lub karty kredytowej? […] A palenie ogniska na własnym podwórku? Głośne imprezy w środku miasta po godzinie dwudziestej drugiej? Petardy w okresie świąteczno-noworocznym? Irytujące remonty u sąsiadów w ciągu dnia? Pies zamknięty na balkonie? Alarm samochodowy wyjący w środku nocy?” I na wszystko trzeba odpowiadać rzetelnie, spokojnie, profesjonalnie i najlepiej z wyczuciem i uśmiechem. A często, operator na dyżurze nocnym na przykład jest już zmęczony, zirytowany, śpiący, odbiera akurat ciągle zgłoszenia o wypadkach, od samobójców, którzy każą przekazać swojej rodzinie, że kochają, ale nie potrafią, żyć dalej, albo telefony od przypadkowej osoby, której numer 112 wstukał się przez pomyłkę, osoba się rozłącza, ale operator musi oddzwonić, żeby zweryfikować, a wtedy co? wtedy ktoś traci panowanie nad kierownicą… i jeszcze na sam koniec taki operator „W ostatniej godzinie usłyszy jeszcze od kogoś, że jest głupią kurwą i nie nadaje się do tej pracy. I w tym momencie to wy możecie potrzebować pomocy. Chcielibyście, żeby ktoś taki odebrał wasze zgłoszenie?”

To była dla mnie naprawdę ważna lektura. Roman Klasa opisuje sporą część swojego życia w świetny sposób, ma lekkie pióro, nie przedstawia tylko suchych faktów, ale przemiela je przez swoje odczucia, opisuje to, czego się nauczył i jak musiał pracować. Po kilku latach zrezygnował i zajął się obsługą zwodzonej kładki dla pieszych – jakże inne zajęcie, prawda?! Ale czasem lepsze takie wyjście, niż życie z pooraną psychiką, koszmarami nocnymi i …. maską obojętności, która wraz z upływem czasu coraz bardziej przykleja się do twarzy.

To świetne świadectwo człowieka, który potrafi przyznać się do błędów, do własnych słabości, nie tyle narzekając na pracę, co przedstawiając ją, taką jaka jest. Nie koloryzuje, nie osądza. Jego podejście jest wyważone. Mówi jasno i szczerze jak jest. I to mi się podoba.

Warto przeczytać. Szczególnie też dla zamieszczonej na końcu instrukcji „Jak rozmawiać z operatorem 112” – to kilka prostych punktów, ale bardzo istotnych i ważnych, o których często zapominamy. Warto przeczytać, bo o ludziach, skromnych, dobrych, uczciwych ale bohaterskich warto wiedzieć i ich szanować.

Polecam również wywiad z autorem na kanale youtube „7 metrów pod ziemią”, który znajdziecie tutaj. 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura faktu, reportaż).

„Operator 112. Relacja z centrum ratowania życia” Roman Klasa, wydawnictwo Mova, 2020