„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha

572728-352x500Ta książka jest piękna. Czytałam ją dość długo, dawkując te krótkie rozdziały, wracając do niektórych, podczytując szczegóły, bo ze szczegółów się ten zbiór składa. Ni to eseje, ni to wspomnienia, ni to opowieści. Wszystkie dotykają życia i jego spraw. Czasem trudniejszych, jak polityka. Czasem po prostu zwyczajnych sytuacji. Tłem jest śmierć. A może nie tłem, może głównym tematem. Śmierć i odchodzenie. Bo kiedy umiera rodzic nie wiadomo co dalej. I co zrobić z tymi rzeczami, które pozostają? Zostawić? Wyrzucić? Jak to „m” z wyrazu „wyrzuciłem” na okładce, które jest w części obecne, a w części nie.

We wrześniu tego roku minęły 4 lata od śmierci mojej mamy. Dobrze znam opisany na końcu książki, wzruszający, niby stereotypowy dla lekarzy etap nazwany tutaj po prostu „TO”, w którym człowiek odchodzi. Ostatnie rozdziały, choć bardzo krótkie, były dla mnie dość trudne w lekturze. To finalne odchodzenie jest najtrudniejsze, bo nie da się go już zatrzymać. I z jednej strony myślisz sobie, okey, taka kolej rzeczy, lepiej niech już będzie koniec, a z drugiej: nie, jeszcze nie teraz, to za wcześnie. Wicha chyba też nie do końca umiał rozgraniczyć te myśli. Tak naprawdę się nie da tego zrobić. Ale to, czego dokonał w swojej książce, która otrzymała tegoroczną Nagrodę Nike, to cudowne zatrzymanie w kadrze obrazu swojej matki, opisanie tego kim była, przez pryzmat wspólnych wspomnień i jej rzeczy, które teraz musi uporządkować.

Z pozostawionych starych notatek, karteczek z zapiskami, przepisami, książek, jakie czytała, wyłania się obraz kobiety twardej, nieustępliwej, walczącej o swoje, lubiącej pokazać, że ona ma rację, może nieco szyderczej i krytycznej wobec syna czy innych ludzi z otoczenia, ale silnej i mądrej kobiety. Nie była pozbawiona wad, sam autor i inni bliscy nazywają ją „trudną osobą”: „Moja matka nie zostawiała maksym, złotych myśli ani przykazań. Zbyt ostrożna, żeby miała pierwsza występować z jakąś opinią, wybuchała w odpowiedziach. W reakcjach. W szyderstwach. Zawsze gotowa do interwencji, kiedy ktoś za bardzo się nadymał”. Podobało mi się jej ‚motto”, by zawsze być „zawadiacką liszką. Wesołą, pewną siebie liszką. Nie wychodzić z roli. Nie stroszyć. Nie użalać się nad sobą.  „Lepiej mnie zostaw w spokoju. Ze mną nie próbuj, bo stanę ci w gardle”. Słuszne podejście.

Ta książka ma tylko 183 strony, ale pokłady emocji są w niej nieprzebrane. Jedno słowo, jedno zdanie potrafi trafnie podsumować cały rozdział i pobudzić do myślenia. O tym, co można było zrobić, o ile miałoby się jeszcze czas… 

Wicha pisze tak lekko, ale jednocześnie mocno porusza struny wrażliwości. Mojej na pewno. Mówi, że „kiedyś sądziłem, że ludzi pamiętamy, dopóki możemy ich opisać. Teraz myślę, że jest odwrotnie: są z nami, dopóki nie umiemy tego zrobić”. Czy faktycznie tak jest? Myślę, że w moim przypadku jeszcze trochę tak. A rzeczy? „Pilot od telewizora. Pudełko z lekami. Miska do wymiotowania.” Czy one faktycznie pozwalają zachować jakiś ślad tego, że istnieliśmy? czy właściwie to tylko przedmioty, które będą się tylko kurzyć? To pozostawiam bez odpowiedzi.

Intymna książka o intymnym życiu zwyczajnej rodziny w Polsce, którym autor potrafił się tak pięknie podzielić. Dziękuję.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha, wyd. Karakter, 2017