„Rano cisza” Patryk Fijałkowski

„Na głównym skrzyżowaniu, jakieś pięćdziesiąt metrów od nas, stoi olbrzymi autobus. W jego prawy bok wbił się niebieski samochód osobowy. Nieopodal leży góral z wgiętym widelcem, bękart wśród aut. Z przednim kołem wycelowanym w stronę nieba wygląda jakby ćwiczył jogę. Między szprychami faluje pajęcza sieć i nawet ona wydaje się opuszczona. Wokół latarni przed pensjonatem wiatr owinął jadowicie zieloną skakankę. Po chodniku sunie pusta paczka czipsów. Po ulicy turla się butelka.”

W takich okolicznościach dzieje się akcja powieści Patryka Fijałkowskiego. Lichy pensjonat, brudny i dość zaniedbany, opuszczony podobnie jak całe miasto, które nie wiedzieć czemu wymarło, to miejsce w którym przebywają nasi bohaterowie. Ale zanim o nich coś powiem, to chwilowo zostanę w tym post-apokaliptycznym miejscu, które ogromnie mi się podobało. Nadało całej historii dodatkowej mrocznej i posępnej atmosfery, takiej aury samotności ludzkiej, jakkolwiek to brzmi. Samotności człowieka, który szuka natchnienia, celu, który jest wypalony, niedoskonały, niedostateczny, niewystarczający. Jeden z bohaterów powie: „Cały ten pierdolony kryzys. To, że tak się zafiksowaliśmy. by stworzyć coś pięknego, że pięć lat stoimy w miejscu. Sparaliżowani, nieusatysfakcjonowani. Przerażeni, że jak już jedną szansę spaliliśmy, to spalenie drugiej spali też nas”.

Kim są bohaterowie? To zespół „Kałuże”, który tworzą Ramiro, Wogól i Rafał. Zespół fikcyjny, choć gdy tak czytałam o nich, to chciałam by istnieli. Chciałam móc posłuchać płyty „Rano cisza”, która im wyszła, która była czymś dobrym, o której opowiadają z dumą i nostalgią. Właściwie ta książka jest subtelnym, mrocznym i nietypowym wywiadem z zespołem. Narrator zadaje im pytania o utwory, z których każdy ma swoją historię. Jak powstał, dlaczego, skąd wziął się taki a nie inny tekst, jakie emocje towarzyszyły muzykom przy jego tworzeniu. To wszystko jest niezmiernie ciekawe, dotyka, boli, oddziałuje na emocje i wiele w tym wszystkim jest żalu, smutku, tęsknoty, ale tez miłości dzięki, której powstała dana piosenka. Niemniej jednak bardziej jest to książka o ciągłym poszukiwaniu: sensu, aprobaty bliskich, bliskości, głębi w życiu. To też opowieść o szarej rzeczywistości, o tym jacy jesteśmy/bywamy przygaszeni, samotni, przeciętni, bezsilni, przestraszeni, a chcielibyśmy być wspaniali, pewni siebie i idealni.

„Po raz pierwszy mam ochotę, żeby coś zrobić z tym całym bałaganem, coś zmienić, działać. Czuje jednak, że to płonny zryw, taki, co to karmimy się samym faktem jego istnienia, co szybko wygasa, a my zostajemy w łóżku, usatysfakcjonowani nie tym, że coś robimy, ale tym, że w ogóle o tym pomyśleliśmy. Jutro. Jutro coś zrobię”.

Zespół „Kałuże” pragnie nagrać coś nowego, szuka pomysłu, by stworzyć muzykę jeszcze lepszą od „Rano cisza”, tylko czy jest to jeszcze możliwe? Czy znajdą w sobie na tyle sił i pasji, by się „obudzić” i „urodzić w bólach” nową muzykę? I dodajmy, że niesamowicie ciekawa jest tutaj rola narratora. Kim jest? Okaże się to zaskakujące, zarówno dla czytelnika, jak i dla niego samego.

Podobało mi się. Dobre pióro, płynnie się czyta, jest subtelnie, niebanalnie i prawdziwie. Do tej pory gdzieś w głowie mi siedzi ta książka. Podobnie było z poprzednią „Filip i hydra”, o której pisałam tutaj.

Rano cisza”, Patryk Fijałkowski, wydawnictwo Poradnia K, 2021

„Oszustki. Naciągaczki. Fałszerki. Kameleony” Tori Telfer

Bardzo lubię czytać tak ciekawe książki z gatunku non-fiction/dokumentu historycznego/opowieści na faktach. Sama nie wiem jak to nazwać nawet, ale to mało istotne w sumie. Wcześniej „Poradnia K” zaserwowała książkę o ofiarach Kuby Rozpruwacza, równie interesującą, co świetnie napisaną, z ogromem włożonej przez autorkę pracy w research, zresztą pisałam o niej już na blogu (link tutaj). Dodam, że w „Oszustkach” wspomniana jest nawet jedna postać z tamtej książki: Elisabeth Stride, która zanim została zamordowana przez Kubę Rozpruwacza parała się m. in. udawaniem ofiary katastrofy morskiej, po to by dostać odszkodowanie.

Kolejna pozycja wydawnictwa „Poradnia K” autorstwa Tori Tefler, która już wcześniej napisała książkę „Seryjne zabójczynie” (której nie czytałam) opowiada o kobietach, które na przestrzeni wielu lat (bo mamy tu i wiek XVIII, XIX, a także czasy współczesne) zostały zapamiętane niezbyt pozytywnie. No bo któż lubi być manipulowany, oszukiwany, okłamywany? Nikt. Ale drugą stroną medalu jest to że trzeba mieć świadomość bycia zmanipulowanym, oszukiwanym i okłamywanym. Wielu ludzi tej świadomości nie miało (i nie ukrywajmy nadal nie ma) i ślepo wierzyło w niestworzone cuda opowiadane przez bohaterki tej książki. Cóż za naiwność, można by rzec. Tyle, że większość z „ofiar” wierzyło w te banialuki, bo czuło, że ich życie jest beznadziejne, smutne, pełne trosk i kłopotów, biedy, zdrad czy żałoby. Dlaczego zatem nie posłuchać pięknej historii niby z zaświatów o ludziach nam bliskich, ale którzy już odeszli, dlaczego nie oddać wszystkich pieniędzy na cel, który jawi się cudowny i spełniający marzenia, dlaczego nie ożenić się z piękną kobietą, która kocha nad życie (w domyśle oczywiście wcale nie)?

Jak pisze autorka w „Przekonującym zakończeniu”: „jeśli dość długo obcujemy z twardym blaskiem oszustek, natykamy się na pewną zaskakująco delikatną prawdę. Gdy nasze człowieczeństwo objawia się ze swojej najgorszej strony, podchodzimy do świata z zaufaniem, a nie podejrzliwością. Wierzymy w przyszłość, mamy nadzieję na to, że są rzeczy większe niż my sami, obdarzamy zaufaniem sąsiadów. Wierzymy ludziom na słowo. Nasza ufność – właśnie ta cecha, którą oszustka usiłuje przeciw nam wykorzystać – jest najlepszą cząstką nas samych. I oczywiście właśnie dzięki temu udaje jej się do nas dobrać. Właśnie dlatego jesteśmy tak podatni na jej działania. […] Lepiej podjąć ryzyko i narazić się na jej sztuczki niż zamknąć się przed innymi na dobre”.

Gdy tak czytałam o tych wszystkich bywalczyniach salonów, jasnowidzkach, fantastkach parających się spirytualizmem głównie, włóczęgach, które podszywały się bardzo często pod ofiary różnych katastrof (nawet zamachu na WTC), to się zastanawiam jaki trzeba mieć tupet i jak trzeba być chciwym… Z drugiej strony to poniekąd odwaga i dystans do świata i siebie. Nie mogę być sobą, będę kimś innym, a jutro może jeszcze kimś innym, w innym kraju z kolejnym mężem, w kolejnych diamentach czy samochodzie. Niebywałe. Wiele z tych kobiet opisanych w „Oszustkach” było tak pomysłowych, tak pewnych siebie, a jednocześnie bardzo długo nieuchwytnych, że łapałam się za głowę! Jedna z kobiet, Polka, Franciszka Szankowska uważała się za księżniczkę Anstazję z Romanowów, inna zaciągała milionowe pożyczki w bankach, jeszcze inna mieszkająca w Harlemie uważana była za jedną z największych okultystek tamtych czasów, a kolejna kobieta zaś była winna tak zwanej Afery Naszyjnika (skądinąd tego z okładki) i wielu mistyfikacji.

Przeciekawych przykładów tu jest sporo, a przedstawione kobiety miały w sobie wiele sprytu, hipnotyzującego wdzięku i przebiegłość najchytrzejszego lisa. Świetnie napisane, widać ogrom włożonej pracy (sporo przypisów) i naprawdę warto sięgnąć, by sobie czytać tak po rozdzialiku do poduszki. Polecam serdecznie.

„Oszustki. Naciągaczki. Fałszerki. Kameleony” Tori Telfer, tłumaczenie Jarosław Mikos, Wydawnictwo Poradnia K, 2021.

„Exodus. Księga wyjścia. Moja droga do Berlina” Deborah Feldman

To kontynuacja książki „Unorthodox”, o której pisałam tutaj. Deborah w wieku 23 lat opuszcza wspólnotę satmarskich, chasydzkich Żydów, która ją uwiera i nie pozwala na normalne życie. Ograniczenia, nakazy religijne i aranżowane małżeństwo odbierają jej prawo do wolnych wyborów i szczęścia. W „Exodusie” 27-letnia już Deborah, po opuszczeniu wspólnoty wspomina swoje życie we wspólnocie w Williamsburgu, ale też martwi się o przyszłość swoją i swojego synka, któremu chce zapewnić wolność i godne życie bez łatek i wykluczenia z powodu narodowości i korzeni żydowskich. Dąży do rozwodu z mężem i poszukuje własnej drogi, ale przede wszystkim własnej tożsamości, co nie jest łatwe we współczesnym świecie, gdzie wciąż jeszcze istnieje antysemityzm, a widmo Zagłady Żydów z czasów Holokaustu ciąży nadal nad historią narodu żydowskiego.

Naśladowałam ludzi wokół. Przymierzałam dostępną mi amerykańskość i choć nie pasowała idealnie, myślałam, że będzie musiała mi wystarczyć, bo innych opcji nie widziałam. Zrozumiałam, że ktoś taki jak ja nigdy nie przywdzieje innej tożsamości bez poczucia, że coś gdzieś uwiera albo ciśnie. Będę musiała nauczyć się żyć z poczuciem dyskomfortu. W końcu czymże było jedno czy dwa uszczypnięcia w porównaniu z gorsetem, który nosiłam całe życie?”

Z mieszkania nad rzeką Hudson, Deborah wyrusza do Europy, śladami swojej Babci. To ona zawsze była dla naszej bohaterki „źródłem miłości i piękna w życiu”. Deborah odwiedza Francję, Paryż i Niemcy szukając jej śladów ale też śladów innych przodków. Często te poszukiwania nie przynoszą oczekiwanego rezultatu, gdyż trudno jest już znaleźć jakiekolwiek ślady wspólnot żydowskich w niektórych miastach. „Teraz i ja czułam się zagrożona wymazaniem, gdyż bez przeszłości, która odzwierciedlałaby moją teraźniejszość, mogłam tylko dryfować, pozbawiona korzeni, a to budziło mój głęboki sprzeciw. Niczego bardziej nie pragnęłam, niż fizycznie zmusić otaczające mnie społeczeństwo do przyznania się do prawdy, do tego, że stanowiłam integralną część ich historii”.

Deborah Feldman w swojej książce pokazuje jak trudno jest odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie, kiedy jest się naznaczonym, kiedy z jednej strony jest się częścią Narodu Wybranego, a z drugiej narodu zgładzonego, którego nadal niektórzy nie chcą tolerować. „Część mojej duszy została wymazana. Jak mam uleczyć tę ranę w mojej rodzinie? Jak opowiedzieć o tym synowi?” Czy Deborah odnajdzie swoje miejsce? Jak skończy się jej podróż po Europie? Gdzie się osiedli i czy zapuści wreszcie korzenie? Jakie rodzinne tajemnice odkryje?

Ta książka jest niezwykle mądra i potrzebna, uświadamiająca, stawiająca wiele pytań, prowokująca do myślenia i do zastanowienia się nad własną tolerancją, pochodzeniem, życiem. Niemniej jednak momentami bardzo ciężko mi się tę powieść czytało. Według mnie jest mocno przegadana i przeintelektualizowana, czasem się nawet zastanawiałam, czy bohaterka faktycznie w wieku dopiero 27 lat posiadała już taką wiedzę, dojrzałość i mądrość? Momentami męczyłam się strasznie, choć rozumiem, że ta droga prowadząca do źródeł własnej tożsamości i pragnienie określenia tego, kim się jest, wymaga takiej drobiazgowej analizy, niemniej jednak, cieszę się, że już skończyłam tę książkę. Chciałam w sumie skończyć, choć byłam często bliska porzucenia. Zdecydowanie „Unorthodox” dało mi więcej przyjemności z lektury. Tę też polecam, choć wymaga dużo większego skupienia i cierpliwości.

„Exodus. Księga wyjścia. Moja droga do Berlina” Deborah Feldman, tłumaczenie Katarzyna Gucio, Poradnia K, 2021

„Podróż nieślubna” Christina Lauren

aaaChristina Lauren to pseudonim dwóch przyjaciółek, amerykańskich autorek romansów: Christiny Hobbs i Lauren Billings. Zacznijmy od tego, że nie czytam romansów, mierzi mnie ta szczęśliwa, romansidłowa otoczka, słodkie do bólu, romantyczne sceny seksu itp. Będąc jednak dużo młodszym osobnikiem, dawno, dawno temu, podkradałam mamie Harlequiny, nie ukrywam, podczytywałam z wypiekami na twarzy, ale potem, z wiekiem, zaczęło mnie odrzucać od tego typu książek.

Po „Podróż nieślubną” sięgnęłam, aby przełamać swoją niedawną niemoc czytelniczą. Pomyślałam, że coś lekkiego, zabawnego i w sumie nie bardzo ambitnego, pozwoli mi na nowo poczuć magię czytania. I faktycznie, pomogło. To bardzo przyjemna opowieść, dokładnie taka, jakiej potrzebowałam, nie znudziła, nie zniesmaczyła, nie spowodowała odruchu wymiotnego od ilości miłości i lukru. To bardzo, że tak kolokwialnie powiem, fajna i sympatyczna powieść.

Olive jest trzydziestoparolatką, ma siostrę bliźniaczkę, która właśnie wychodzi za mąż. Trwają przygotowania do ślubu, Olive jest druchną, w dość niefortunnie dobranej zielonej kiecce nie czuje się najlepiej, ale ma do ‚ogarnięcia’ mnóstwo spraw przed ceremonią, więc trudno. Jest dość podenerwowana, bo raz, że jej życie osobiste to ciągły pech, podczas, gdy życie siostry to ciągłe wygrane na loterii (dosłownie i w przenośni), a dwa, że musi stawić czoła drużbie, którego szczerze nie znosi. To Ethan, brat pana młodego, który od dawna wykazuje jakąś dziwną niechęć do Olive. Nie wiedzieć czemu, choć Olive się domyśla, że być może chodzi o nieszczęsne, smażone serki? (!, tak, serki, nie powiem nic więcej..).
Ślub się udaje, wszystko ładnie, pięknie się toczy, ale na przyjęciu, wszyscy goście wraz z parą młodą ulegają zatruciu pokarmowemu. Dziwnym trafem omija ono Ethana i Olive. To zbieg okoliczności, który zmieni życie obojga, nie cierpiących się ludzi. Dlaczego? Ano, dlatego, że przypadnie im w udziale podróż poślubna w którą mieli jechać państwo młodzi. Szkoda, by się zmarnowała taka atrakcyjna wycieczka na Hawaje… tyle, że wymogiem jest, aby Olive i Ethan zachowywali się jak małżeństwo, świeżo poślubione, zakochane w sobie do bólu, co oczywiście nie będzie im na rękę. Do czasu, oczywiście… :)

Co takiego wydarzy się na Hawajach? Czy wzajemna niechęć do siebie okaże się tylko pozorna? Czy wiecznie „pechowa” Olive znajdzie szczęście, a zagubiony Ethan swoją miłość? Jak wpłynie na obojga ta „nieślubna” podróż? :)

Można się domyślać ciągu dalszego, to bardzo przewidywalna książka, ale naprawdę nie przeszkadzało mi to, że wiedziałam z góry, co się wydarzy. Fajnie przedstawione zostało też to, że czasem jedno malutkie kłamstewko może zaprowadzić w życiu totalny chaos i jego konsekwencje nie będą przyjemne. Ubawiłam się przy okazji kilku komedii omyłek, a dialogi między Olive i Ethanem podszyte sarkazmem i wzajemnymi złośliwościami, były naprawdę niezłe.
Ale to też nie tak, że wszystko jest w tej powieści czarno białe. Sporo się wydarza, ale też bohaterowie dowiadują się wiele o sobie. Nie tylko Olive i Ethan, ale również wspomniani wcześniej państwo młodzi, a siostrzana i braterska więź okazuje się na tyle silna, że powoduje dość przykre konsekwencje w życiu całej czwórki.

Fajna, relaksująca powieść. Taka babska, ale bardzo przyjemna, prosta w odbiorze. Nie drażniąca. Sympatyczna i taka normalnie śmieszna. Skojarzyła mi się trochę w odbiorze z „Cholerną książka” Magdaleny Czmochowskiej, o której pisałam tutaj.

Polecam, jeśli szukacie czegoś rozrywkowego i sympatycznego.

„Podróż nieślubna” Christina Lauren, tłumaczenie Nina Dzierżawska, wydawnictwo Poradnia K, 2020.

„Moje życie w drodze” Gloria Steinem

aaa„Kiedyś uważałam, że są tylko dwie możliwości. Pierwsza, w którą wierzyło wiele osób: że równość mężczyzn i kobiet jest niemożliwa i sprzeczna z naturą ludzką. Druga, w której wiele pokładało nadzieję: że w przyszłości, po raz pierwszy, równość stanie się możliwa. Po konferencji w Houston i po spędzeniu dłuższego czasu wśród kobiet i mężczyzn z Terytorium Indiańskiego, zaczęłam myśleć, że być może istnieje trzecia opcja: że równowaga między tym co męskie, a tym, co kobiece, istniała już w przeszłości i że, dla nielicznych, istnieje nadal. Są ludzie, od których można się jej uczyć. Kiedy naszymi przywódcami stają się nowi ludzie, dostrzegamy nowy kraj”.

Gloria Steinem to amerykańska aktywistka i dziennikarka, aktualnie mająca 86 lat. Książka „Moje życie w drodze” to autobiografia autorki, a jednocześnie fantastyczna podróż przez Amerykę, głównie lat 60-70, podczas której poznajemy Glorię jako założycielkę feministycznego pisma „Ms.”, działaczkę na rzecz dyskryminowanych (nie tylko kobiet), ale przede wszystkim, jako wrażliwą na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość kobietę. Problemy, jakich dotyka Gloria dotyczą tylko Ameryki, kraju w którym rasizm, seksizm, dyskryminacja ze względu na pochodzenie, stan zdrowia (niepełnosprawność), wiek, stan majątkowy są niezwykle widoczne. Oczywiście każdy kraj można by tutaj przywołać, bo wszędzie są problemy z brakiem tolerancji, ale tutaj akurat uwaga czytelnika skupiona jest na Stanach Zjednoczonych. Po tych stanach podróżuje autorka wygłaszając wykłady, przemawiając publicznie (czego nie cierpi) na kampusach studenckich, organizując pikiety czy nawołując ludzi do walki na rzecz równouprawnienia. Dorywczo pisze artykuły do amerykańskich gazet, przeprowadza wywiady z politykami, bierze udział w kampaniach wyborczych polityków ubiegających się o stanowisko w Kongresie. Sporo pisze m.in. o kampanii prezydenckiej, w której startowała Hilary Clinton i Barack Obama, ale wraca też pamięcią do rządów Kennedy’ego, Roosevelta czy Nixona. Nieobcy jest jej też temat wojny w Wietnamie, morderstwo Martina Luthera Kinga, czy kwestia tożsamości i praw rdzennych Amerykanów, sytuacja kobiet – kelnerek, stewardess, oraz zwykłych kierowców tirów, którzy też napotykają różnego rodzaju problemy.

Jej życie w drodze, jak mówi tytuł, to naturalnie przedłużony sposób życia jakiego nauczyli ją rodzice, głównie ojciec, który nigdzie nie mógł długo zagrzać miejsca. Gloria nie chodziła do szkoły, gdyż rodzice uważali, że to podróże kształcą. Matka właściwie poświęcała swoje życie bardziej, nie czując do końca bakcyla ustawicznego wędrowania, to jednak życie rodziny Steinem płynęło na wiecznej migracji z miejsca na miejsce, która zarabiała imając się różnych dorywczych prac czy też żyła ze zbieractwa. Ta włóczęga sprawiła, że dorosła już Gloria nadal chce poznawać świat, czuć z nim jedność, poznawać nowych ludzi. Oczywiście tęsknota za domem, jako fizycznym miejscem, również się w niej budzi, ale jak sama przyznaje, stworzyć dom, do którego może wracać, udaje się jej dopiero po pięćdziesiątce. Większość swojego życia spędza w autobusach, samolotach, samochodach jeżdżąc od stanu do stanu, poznając nie tylko osoby uciśnione, ale podobne sobie działaczki i działaczy. Wymienia wiele nazwisk, które nam niewiele mówią, ale są ważne dla historii ruchu emancypacyjnego w Stanach. W pamięci została mi m.in. Wilma Mankiller (swoiste nazwisko, nieprawdaż?) i Flo Kennedy.

Jest tu poruszonych tak wiele ważnych tematów, że trudno o wszystkich z nich powiedzieć w skrócie. Na pewno najważniejsze są tu prawa kobiet. Sama Gloria często używa słów w żeńskiej formie „byliśmy i byłyśmy”, „powinnyśmy i powinniśmy” „kierowczyni”, „wódzka”, „prezydentka”, „świadkini”, co może brzmieć dziwnie, ale ma swoje racje. Co ciekawe, autorka wcale w tej książce nie nawołuje do tego, by być feministką czy feministą, nie namawia i nie krzyczy „róbmy tak, bo ja tak mówię”. Ona przede wszystkich słucha, wyraża opinie, delikatnie sugeruje, co można zmienić i jak, pomaga napotkanym kobietom w walce o siebie zwykłą rozmową, wskazaniem jakiejś możliwości, zbiera fundusze na różne cele, ale przede wszystkim słucha i rozmawia.  No i oczywiście sama też się wiele uczy od napotkanych w drodze osób.

Warto dodać, że w 2013r. Gloria Steinem otrzymała od Baracka Obamy najwyższe cywilne odznaczenie w Stanach Zjednoczonych: Medal of Freedom, za swoją działalność na rzecz równouprawnienia.

Ta książka otwiera oczy na wiele spraw, o których się normalnie może się nie myśli, nie pamięta, tym bardziej, że kogo z nas obchodzą losy Ameryki tak naprawdę? Tyle, że tu nie chodzi o losy kraju, ale o prawa człowieka w ogóle. I jak weźmiemy pod lupę nasze państwo, szczególnie w aktualnej sytuacji przedwyborczej, to okazuje się, że my też mamy wiele za uszami i dużo trzeba by ponaprawiać. Warto sięgnąć po tę książkę, choćby dlatego, że jesteśmy ludźmi i sami życzylibyśmy sobie zawsze równego traktowania. Polecam. 

„Musimy nie tylko głosować, ale też walczyć o głosy. Kabina do głosowania naprawdę jest jedynym miejscem na ziemi, w którym najsłabsi liczą się dokładnie tak samo jak najpotężniejsi. […] Prawdą jest, że nie wiemy, które z naszych działań, podejmowanych tu i teraz, mogą wpłynąć na kształt przyszłości. Musimy jednak zachowywać się tak, jak gdyby wszystko, co robimy, miało znaczenie. Ponieważ może mieć. Jak powiedziałaby moja matka: „Demokracja jest ziarnem, które może zostać zasiane tylko tam, gdzie ty jesteś”. 

„Moje życie w drodze” Gloria Steinem, tłumaczenie Anna Dzierzgowska, Wydawnictwo Poradnia K., 2020.

„Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów” Deborah Feldman

90685273_2802074603175315_998386588431941632_o„W szkole uczą nas, że Bóg zesłał Hitlera, by pokarać Żydów za to, że posiedli wiedzę. Przyszedł nas oczyścić, wyeliminować wszystkich zasymilowanych Żydów, tych frei Jiden, którzy myśleli, że mogą uwolnić się spod jarzma bycia wybranymi. Teraz musimy pokutować za ich grzechy. Pierwszy najwspanialszy satmarski rabbi powiedział, że jeśli staniemy się wzorowymi Żydami, jak w dawnych czasach, Holokaust więcej się nie wydarzy, bo Bóg będzie z nas zadowolony. Ale czy naprawdę Boga zadowala tak niewiele jak grubsza pończocha czy dłuższa spódnica? Czy to naprawdę wszystko, czego Bóg potrzebuje do szczęścia?”

Deborah Feldman, autorka książki, jest główną bohaterką powieści „Unorthodox”, którą napisała opierając się na własnych doświadczeniach i wspomnieniach. Zarzucano jej obrazę społeczności żydowskiej, jaką są radykalni satmarscy chasydzi, zarzucano jej kłamstwa i próbowano zdyskredytować, porównywano ją nawet do Goebbelsa, nazywano antysemitką. Ale Deborah Feldman walczyła o prawdę, chciała pokazać jak bardzo uwierało i bolało ją życie w społeczności tak zamkniętej na współczesność i nowoczesność, w społeczności, gdzie kobiety i dzieci właściwie nie mają żadnych praw, a jedynie obowiązki i zakazy. Od zawsze czuła się źle w rodzinie, w której najważniejsze były prawa Tory. Żyjąc z dziadkami w Wiliamsbourgu – dzielnicy Brooklynu, doświadczała cały czas nakazów, zakazów i surowego wychowania według Prawa Żydów. Rodzice Deborah zostali wykluczeni przez społeczność żydowską. Matka uznana została za gojkę, bo od zawsze nie przestrzegała praw Tory, a ojciec z racji choroby  psychicznej przynosiłby tylko wstyd rodzinie. 

Mimo, iż od urodzenia Deborah mieszkała w Stanach Zjednoczonych, zabraniano jej mówić po angielsku, a jej jedynymi obowiązkami miało być skończenie żydowskiej podstawówki, przestrzeganie wszystkich żydowskich świąt, a potem wczesne wyjście za mąż, oczywiście poprzez małżeństwo aranżowane, urodzenie dziecka i zajmowanie się domem. „Wiem, że ja nigdy nie będę studiować. Samo słowo zostało usunięte przez cenzorów z naszych podręczników. Mówią nam, że nic dobrego nie wynika z edukacji.”  Zakochana w książkach, sama próbuje uczyć się angielskiego, korzysta po kryjomu z bibliotek, chce jak najwięcej dowiedzieć się o otaczającym ją, zakazanym świecie, marzy o domu na Manhattanie. „Nie chcę być żoną rabina. […] Pożądam władzy, ale nie po to, by dyrygować innymi: chcę być Panią samej siebie” – myśli podczas nocy Simchat Tory w synagodze.

Opresyjne i bardzo tradycyjne wychowanie wzbudza w Deborze od najmłodszych lat poczucie niedopasowania do tego świata, w którym przyszło jej funkcjonować. Zmaga się z narzuconymi zasadami z pokorą i bólem, bo wie, że i tak nie może się przeciwstawić, że to jeszcze nie ten moment. Wie również, że ten moment nadejdzie. Kiedyś. Wtedy będzie gotowa odejść.

Czy dziewczynie uda się wyrwać z tej dziwnej dla niej, niezrozumiałej rzeczywistości? Czy jej pragnienie wolności, zarządzania życiem po swojemu będzie miało szansę się spełnić? Czy mężczyzna za którego wyjdzie, będzie w stanie dać jej szczęście? „Opowiada nam się, że dwie płcie to jak dwa różne gatunki stworzeń, na zawsze skazane na wzajemne niezrozumienie – ale tak naprawdę jedyne prawdziwe różnice między kobietami i mężczyznami w naszej społeczności są nam narzucane z zewnątrz. W głębi ducha wszyscy jesteśmy tacy sami”. 

Ta książka jest momentami trudna w odbiorze, nie ze względu na styl czy język, ale raczej z powodu tego, co musiała przejść Deborah. Opisy pierwszego kontaktu seksualnego z mężem, zasady, jakich kobieta musi się trzymać, kiedy ma miesiączkę, opisy tego, jak rodzina bliższa i dalsza reaguje na nieudane lub udane współżycie seksualne – to wszystko wywoływało we mnie obrzydzenie, współczucie, wściekłość i zadziwienie: jak tak można żyć? Pomyśleć, że ludzie żyjący w najbardziej, zdawałoby się, otwartym mieście świata, jakim jest Nowy Jork, tak naprawdę żyją w klatce zasad, zakazów i opresji. W głowie nie mieszczą mi się tego typu sytuacje, wkurza mnie brak szacunku do kobiet i łamanie ich praw. Bardzo boli mnie to, że dziewczynki w takich społecznościach z góry skazane są na cierpienia. Trzeba naprawdę dużej odwagi, by wyrwać się ze szponów ortodoksyjnej społeczności.

Na podstawie książki powstał serial, który jest emitowany na Netflixie. Jeszcze go nie oglądałam, więc nie wiem jak ma się do samej książki, którą polecam oczywiście, bo warto czytać o tak odważnych kobietach i jednocześnie doceniać to, co się ma.

„Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów” Deborah Feldman, tłumaczenie Kamila Slawinski, wydawnictwo Poradnia K, 2020

stosik marcowo-świąteczny

Obiecałam resztę książek recenzenckich, jakie do mnie przyszły w marcu, więc wrzucam. Kilka przyszło w pierwszych dniach kwietnia, ale to już bez znaczenia. Jedna z nich autorstwa Katarzyny Tubylewicz, to wygrana na stronie FB „I cóż, że ze Szwecji-ambasada Szwecji w Polsce”. 

I tak: od samego dołu mamy: „How To. Jak? Absurdalnie naukowe rozwiązania codziennych problemów” autorstwa Randalla Munroe od wyd. Czarna Owca, dalej dwie książki od wyd. Poznańskie („Wierzyliśmy jak nikt” i „Kraj nie dla wszystkich”), następnie trzy książki od Księgarni Tania Książka („Była sobie rzeka” będzie czytana niebawem, Przełęcz Diatłowa” – recenzja tutaj, „Czarne Miasto” – recenzja tutaj), dalej cegła kryminalna „Himalaistka” od Wydawnictwa Zysk i S-ka, potem dwie świetne powieści od Wydawnictwa Poradnia K („Filip i hydra” – recenzja tutaj, a „Unorthodox” właśnie kończę czytać, recenzja na dniach). Następnie wspomniana wygrana, potem książka od Wydawnictwa Seqoja, autorstwa Jarka Czechowicza: „Winne”, kolejna to „Chata na krańcu świata” od Wydawnictwa Vesper i „Szwajcaria” Joanny Lampki od wyd. Pascal. 

Kolejne pięć to moje ostatnie zakupy w Świecie Książki, które rzutem na taśmę odebrałam dziś z paczkomatu.

Akcja #zostańwdomu trwa nadal, więc z czytaniem nieco lepiej, choć też nie tak, jakbym chciała :) tym bardziej, że po urlopie, jaki się skończył, zaczynam po Świętach pracę zdalną z domu, co mnie dość mocno irytuje, bo jakoś sobie tego nie wyobrażam.

W każdym razie, życzę Wam spokoju i nadziei na ten dziwny czas, jaki nastał. Jeśli obchodzicie Wielkanoc, spędźcie ją w miarę radośnie i przyjemnie, na tyle ile można aktualnie. Jeśli nie obchodzicie Świąt, odpoczywajcie, czytajcie, spędzajcie miło czas. Najlepszego.

dsc08596