„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” Souad Mekhennet

DSC06882„Za sprawą mojej dziennikarskiej pracy częstokroć bywałam obiektem rozmaitych form nienawiści: od Niemiec, kraju mojego urodzenia, po Irak i Pakistan, zarówno wśród muzułmanów, jak i chrześcijan. W dzisiejszych czasach ludzie oczekują od dziennikarza, że opowie się po jednej ze stron. To nie jest moim zadaniem. Trudno zająć stanowisko pośrodku, ale uważam, że utrata umiejętności słuchania różnych głosów przyniosłaby znacznie więcej szkód.

Jeśli czegokolwiek nauczyłam się przez te lata, to tego, że płacz matki nad ciałem zabitego dziecka wszędzie brzmi tak samo, bez względu na to, czy matka jest czarna, brązowa, czy biała; czy jest muzułmanką, żydówką czy chrześcijanką; czy jest szyitką czy sunnitką. Wszyscy w końcu spoczniemy w tej samej ziemi”.

Ten cytat właściwie jest dla mnie sednem całego reportażu. Souad Mekhennet – niemiecka dziennikarka o marokańskich korzeniach, muzułmanka, jest kobietą, która dzięki swojej odwadze, chęci zrozumienia i poznania człowieka i jego odczuć, genialnie i mądrze opisuje aktualną rzeczywistość, a szczególnie konflikt na linii Stany Zjednoczone (i szeroko pojęty Zachód) a islamska reszta świata.

Pochłonęłam te prawie 600 stron w kilka dni. Autorka mnie zafascynowała i wprawiła w bezgraniczny podziw. Zastanawia mnie zawsze, skąd w ludziach siła, by podążać za swoją pasją, która bardzo graniczy z ryzykiem własnego życia? Uprawianie zawodu dziennikarza śledczego, a wreszcie wojennego jest niezwykle niebezpieczne. Souad wybrała ten najbardziej niebezpieczny rewir wojenny. Dżihad, Państwo Islamskie, terroryści, mordercy mniejszej lub największej rangi. Poniekąd jest jej łatwiej, bo sama jest muzułmanką, a artykuły jakie pisze są mądre, obiektywne i wyważone. To jest doceniane. Nawet przez tych najgroźniejszych. Wiedzą, że mogą z nią rozmawiać, bez ryzyka, że zostaną wydani, sprzedani. Dziennikarz szuka odpowiedzi na pytania. Oni ich udzielają. Opowiadają dlaczego robią to, co robią, co czują, a Souad próbuje rozumieć ich poprzez ich doświadczenia z dzieciństwa i wykształconą osobowość. Może się to wydawać kontrowersyjne dla czytelnika z Zachodu, ale ja również uważam, że nie wszyscy muzułmanie są terrorystami, marzą o kalifacie i wysadzaniu ludzi. Podobnie myślę o chrześcijanach, którzy nie zawsze są dobrymi ludźmi i gdyby mogli, to chętnie ucięliby komuś głowę na wizji, bo tak wypełnia ich nienawiść. 

Souad jest obiektywna. Daje prawo głosu każdemu. Nie ocenia i nie każe oceniać czytelnikowi. Wdziera się sposobem i sprytem w ten świat dżihadu, po to by zrozumieć,  dlaczego w religijnej wspólnocie pojawia się wściekłość? Skąd ludziom wychowanym na Zachodzie, nagle przychodzi do głowy dołączenie do Państwa Islamskiego? Sama, jako muzułmanka, nie mająca nic wspólnego z ekstremizmem, zadaje sobie od dawna pytanie: „Dlaczego oni tak bardzo nas nienawidzą?”.

Padło tu bardzo mądre stwierdzenie dotyczące porozumienia i tolerancji: „Kto ustala reguły dla wszystkich pozostałych?” To nie tylko problem świata muzułmańskiego, ale także Zachodu. Nie można oczekiwać tolerancyjnego traktowania, jeśli sami nie zachowujemy się tolerancyjnie wobec innych. W momencie, gdy ktoś mówi, że tylko on ma rację, a cała reszta się myli, znika przestrzeń dla jakiegokolwiek dialogu”.

Souad spotyka na swojej drodze różnych ludzi, z którymi zawiera bliższe znajomości, których historie poznaje, są to ludzie z różnych krajów: Amerykanie, Syryjczycy, Irańczycy etc. Z niektórymi się zaprzyjaźnia, inni stają się jej anonimowymi informatorami. Wchodzi w ich światy po cichu, ale z rozsądkiem. Kiedy trzeba przywdziewa czarną abaję. Kiedy trzeba udaje żonę islamisty, byle tylko dostać się w odpowiednie miejsce. Pomaga jej w tym arabska uroda i znajomość języka. Poznajemy ją nie tylko, jako bardzo dobrą, bezkompromisową dziennikarkę, ale też jako małą dziewczynkę, wyobcowaną i postrzeganą kiedyś jak Cygankę, tę „inną”, w swoim dawnym miejscu zamieszkania, w Niemczech. Wiele razy odczuła na własnej skórze strach, a szczególnie wtedy, kiedy napotkani po drodze skinheadzi grozili jej komorą gazową. Kilka razy w takich sytuacjach zastanawiała się już po latach, czy gdyby przyszło dalej żyć jej w świecie przepełnionym taką nienawiścią do niej jako do człowieka, czy sama wreszcie nie wzięłaby broni w rękę?

Reportaż pokazuje długą drogę kariery, jaką pokonała Souad, od momentu szkoły, poprzez niewielkie artykuliki, pracę w radio, potem pisanie dla „Der Spiegel”, aż do momentu, w którym zauważył ją „Washigton Post”. To ona zdemaskowała kata Państwa Islamskiego – Jihadi Johna, który zamordował na wizji amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya w 2014r. i to też bardzo ciekawa historia, o tym jak bardzo przeszłość wpływa na rozwój człowieka, który z normalnego, fajnego studenta, staje się zamaskowanym katem. 

Ten reportaż pomaga ogarnąć cały ten konflikt, który objawił się światu 11 września 2001r. a przecież istniał już dużo wcześniej, Arabską Wiosnę, konflikt szyicko-sunnicki, porusza problemy tolerancji, wykluczenia, wolności słowa – tu odsyłam też do książki „Strzały w Kopenhadze” Niklasa Oreniusa.

Polecam. To jeden z lepszych reportaży, jakie czytałam w tym roku. 

Premiera 2-go października.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” Souad Mekhennet, tłumaczenie Mariusz Gądek, Wydawnictwo Poznańskie.