„Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii” Małgorzata Sidz

To pierwszy reportaż o Finlandii, jaki przeczytałam. Sporo jest różnych książek o Szwecji, Norwegii, ale o Finlandii jakoś nie wpadło mi nic w ręce. Ciekawa byłam tego kraju, bo wizualnie robi na mnie wrażenie swoją przyrodą, urokliwymi miastami i sporą liczbą wysp, no i oczywiście… Doliną Muminków w Naantali.

Tak w ogóle, to nie sądziłam, że tyle się o Muminkach dowiem, bo czytając kiedyś, dawno temu poszczególne tomy opowieści o tych białych trollach, nie zdawałam sobie sprawy, że każdy z nich razem z postaciami odzwierciedla różne etapy i osoby z życia autorki! To mnie mega zaskoczyło. Może jestem jedną z ostatnich osób, która o tym nie wiedziała, ale czytając rozdział o Muminkach – przeżyłam lekki szok. Nie znam biografii Tove Jansson, więc to też może dlatego. W każdym razie, jest to bardzo ciekawy rozdział.

Czego możemy się dowiedzieć z reportażu, poza tym czym są tytułowe kocie chrzciny albo gaciopicie? Ano wielu rzeczy. Autorka pokazuje różnice między Finami, a Szwedami, a szwedzkojęzycznymi Finami, a fińskimi Szwedami, lekko zarysowuje historię Finlandii, ale skupiając się raczej na wojnach, które Finowie pamiętają i wspominają. Każdy rozdział a jest ich tu sporo, to też opowieści o ludziach, znajomych autorki, czy po prostu ciekawych osobach, jakie opowiedziały jej o sobie. Sporo jest tu imigrantów, są dziewczyny z Japonii, które wyszły za Finów, są studenci, którzy mieszkają (podobnie jak autorka swego czasu) w mieście Turku, które tutaj jest dość dokładnie przedstawione. Jest w tym reportażu też nieco polityki, opowieści o tolerancji (tudzież akceptacji – lepsze słowo) różnych spornych kwestii czy zachowań, jest dużo o osobowości Finów i ich kulturze. Pojawia się nawet rozdział o Marie Boine (znanej wokalistce, artystce pochodzącej z rdzennej ludności Laponii – Saamów).

„Googlowałam” różne miejsca przedstawione w tym reportażu, z ciekawości, by zobaczyć symbol Turku, albo ubrania marki Marimekko, czy posłuchać utworów Korpiklaani, albo rzucić okiem na Wyspy Alandzkie – symbol bogactwa. Jest tu naprawdę wiele, wiele ciekawostek, które pokazują Finlandię w interesujący sposób, a Finów głównie jako naród lubiący imprezować i się kształcić, ale też jako naród niestety zamknięty w sobie, dość depresyjny i stroniący od przyjaźni z obcokrajowcami (choć tolerancyjny – co do Szwedów może mniej), raczej każdy obraca się w gronie własnych przyjaciół poznanych w czasach szkolnych.

Ogólnie sam reportaż wydał mi się bardzo chaotyczny. Nie ma tu raczej jakiegoś konkretnego „scenariusza”, jest wszystko w kupie: mydło i powidło, choć nie ukrywam, że dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Przeszkadzało mi jednak trochę to pomieszanie z poplątaniem. No ale.. wybaczam. Widać tu miłość autorki do tego kraju, może dlatego momentami miałam też wrażenie, że nie jest za bardzo obiektywna. Jednak uważam, że warto sięgnąć, to dobre źródło by „liznąć” nieco Finlandię. Zawsze to dobrze poszerzać swoją wiedzę o innych krajach, choć oczywiście lepiej byłoby samemu tam pojechać, pomieszkać i ocenić subiektywnie…

Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii”, Małgorzata Sidz, Wydawnictwo Czarne, 2020.

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer

Jedna z najgroźniejszych organizacji terrorystycznych na świecie – nigeryjska Boko Haram, która w 2014r. uprowadziła z internatu w mieście Chibok ponad 276 dziewcząt i przetrzymywała w pobliskim obozie założonym w lesie Sambisa, to temat, którym zajął się Wolfgang Bauer w swoim przejmującym reportażu. Autor jest dziennikarzem i korespondentem wojennym i przez ponad pół roku rozmawiał z dziewczynami / kobietami, którym udało się od islamskiej organizacji uciec.

Na okładce jest Sadiya, miała 38 lat i pięcioro dzieci, była przetrzymywana w obozie przez dziewięć miesięcy, przymusowo została wydana za mąż, a uciekła będąc w ciąży z jednym ze swoich oprawców. W książce są też zdjęcia innych kobiet czy dziewczynek, których historię poznajemy. Jest między innymi zdjęcie córki Sadiyi: Talatu, która w momecie wywiadu miała 14 lat i została również uprowadzona z matką i wydana pod przymusem za mąż. Historie tych kobiet wzruszają, sprawiają, że człowiekowi się jeży włos na głowie i zastanawia się nad tym, jak bardzo mężczyźni z organizacji terrorystycznych są pozbawieni empatii, sumienia, rozumu??

Autor w tym króciutkim reportażu nie tylko przedstawia historie tytułowych porwanych, ale też historię samej organizacji, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej niebiezpieczna. Porywane kobiety zmuszane są do podporządkowywania się mężczyznom. Są tylko „naczyniami dla genów”, albo „środkiem płatniczym”. Niektóre z nich są szkolone do przeprowadzania zamachów samobójczych. W głowie się to nie mieści. Sama organizacja Boko Haram poprzysięgła wierność Państwu Islamskiemu, a w jej szeregi wchodzą często nieletni chłopcy mamieni wieloma obietnicami. Boko Haram walczy o utworzenie w Nigerii kalifatu, wiele operacji przeprowadzanych przez Boko Haram przypominało akcje oddziałów ISIS w Iraku – szybko, brutalnie. Mamy tu sporo informacji, jak powstała Boko Haram, jak wygląda sytuacja polityczna i społeczna Nigerii, jak żyją ludzie w okolicznych wioskach i miastach, czego się boją i dlaczego myślą tylko o tym, by ratować siebie, często nie patrząc na innych członków rodziny? Reportaż Bauera jest nasycony informacjami i przeplatny wywiadami z porwanymi kobietami.

Jak pisze autor „I każdego tygodnia Boko Haram uprowadza kolejne. Koniec tej książki, to nie koniec historii. Bo właśnie teraz, w tym momencie, wszystko zaczyna się od nowa, w małej wsi, która nie jest zaznaczona na żadnej mapie”. I podobnie jak w epilogu można byłoby użyć słów „a co mnie to obchodzi, jakaś tam wioska w Nigerii”? ale autor ma na to prostą odpowiedź: „Świat zmalał. Fala uderzeniowa odległych eksplozji bombowych też szybko nas dosięgnie”. Warto przeczytać, warto by wstrząsnęło, bo trzeba interesować się światem i rzeczywistością jaka nas otacza. „Kobiety, których historie zbiera ta książka, nadal zmuszone są uciekać z domów i spędzać noc w polach”. Wyobrażacie sobie żyć w ten sposób?

A u nas? Może trochę z innej bajki stwierdzenie ale… uchodźców odgradzamy drutem kolczastym od granicy naszego cudownego państwa i patrzymy jak umierają. Jesteśmy lepsi?

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” Wolfgang Bauer, tłumaczenie Elżbieta Kalinowska, wydawnictwo Czarne, 2017

„Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie” Michael Booth

„Co najmniej setka uczniów szkół średnich siedzi po turecku na chodniku w dzielnicy biznesowej Seulu. Każdy trzyma w ręku żółtego papierowego motyla na patyku. Śmieją się i wdzięczą do aparatów w swoich smartfonach, poprawiają włosy i wydymają wargi, pozując do selfie. Wygląda to jak klasowa wycieczka albo dzień sportu. Jedna z dziewczyn ma torbę z napisem: TOKYO STREET GIRL. U kilku innych zauważam gadżety z logo Hello Kitty. Kapłan w ciężkiej szacie barwy kości słoniowej, z zaczeską, którą w tej części świata nazywa się kodem kreskowym, stoi tyłem do nastolatków za niewielkim pulpitem ustawionym w rynsztoku. Na zwoju, który zwisa z pulpitu, widnieje napis: „Kościół Pamięci Dziewcząt Niewolnic Seksualnych Armii Japońskiej” wraz z numerem telefonu, adresem strony na Facebooku i strony internetowej. Duchowny stoi twarzą do szarego parkanu, który otacza plac budowy po drugiej stronie ulicy. Scenie tej przyglądają się z pewnej odległości przywiezieni tu czterema autokarami policjanci z oddziałów prewencyjnych”.

Taka próbka stylu Michaela Bootha na początek. Styl ten bardzo mi pasuje, a książkę, mimo trudnej tematyki i wielu poważnych zagadnień czy to politycznych, czy historycznych czyta się płynnie i lekko. To ogrom wiedzy tak naprawdę, ale też ciężka praca autora i duży talent do przekazywania obserwacji i przemyśleń. Lektura była przeciekawa, nie na raz, bo jest dość wymagająca. Czytałam ją długo, bo jednak mimo, iż przez tekst się płynie, informacji jest naprawdę bardzo dużo. Książka jest reportażem, momentami śmiesznym, ze względu na poczucie humoru autora, momentami wzruszającym i smutnym. Na pewno mocno obiektywnym, a biorąc choćby pod uwagę powyższy cytat, widać, że autor doskonale zauważa to, co widoczne na każdym kroku w odwiedzonych krajach: łączenie nowoczesności i współczesności z tym, co już było i minęło, ale dalej siedzi zadrą w sercach mieszkańców.

Michael Booth ma niezwykły talent do przekazywania wiedzy (a tę bezspornie posiada), widać że jest dobrym dziennikarzem. To także autor książki „Skandynawski raj”, którą mam gdzieś na półce i niebawem pewnie po nią sięgnę. Tutaj, autor rozmawia z różnymi ludźmi w różnym wieku, o różnych poglądach, są to politycy, weterani wojen, ale też ofiary zbrodni wojennych czy represji. Spotyka się też z osobami kierującymi muzeami, prowadzącymi badania czy choćby ze zwykłymi studentami. W każdym z odwiedzonych krajów dowiaduje się czegoś na temat zaszłości historycznych, kultury, polityki, ale szuka przede wszystkim odpowiedzi na pytanie: dlaczego narody Japonii, Chin i Korei są od lat ze sobą skłócone, jakoś nie do końca się akceptują mimo, że są „sąsiadami”.

NIezwykłe ile smaczków można wynieść z lektury tej książki. Ileż tu jest informacji i ciekawostek. Nie jest to książka podróżnicza jednak w swoim zamyśle, to bardziej opowieść o ludziach, o historii krajów, narodu. Kto komu podlegał, kto kogo wybijał, albo kto komu zawadzał. To również opowieść o tych wszystkich kwestiach, które zaważyły na wzajemnym szacunku czy jego braku. O tym, co wpłynęło na takie a nie inne postrzeganie danego kraju i jego mieszkańców. Ważne są tu przede wszystkim sprawy takie jak: przebaczenie, zadośćuczynienie, przeproszenie za zbrodnie i krzywdy, wszystko to głównie widać u starszych pokoleń mieszkańców (głównie Chin i Korei, bo generalnie te kraje są najbardziej uprzedzone do Japonii, to jej najwięcej zarzucają, choć z drugiej strony fascynują się jej kulturą, technologią i nowoczesnymi modami. Dlaczego?)

W tych wszystkich rozmowach, spotkaniach widać, że ludzie młodzi są bardziej tolerancyjni, bo albo nie znają na tyle dobrze historii swojego kraju, albo po prostu chcą o niej zapomnieć i żyć w normalnym, zgodnym świecie, bez uraz i bez rozpamiętywania. Weźmy na przykład rzeź w chińskim Nankinie dokonaną na ludności cywilnej przez wojska japońskie. Chiński producent mebli, który założył muzeum masakry nankińskiej, prywatne dodajmy, mówi „Ludzie stają się potworami i może się to przydarzyć każdemu narodowi i każdemu krajowi. Każde państwo może się dopuścić czegoś równie potwornego, jak masakra w Nankinie. Stać na to każdą cywilizację i każdą grupę etniczną”. Czyż nie tak? (A propos masakry w chińskim Nankinie polecam również książkę Iris Chang „Rzeź Nankinu”, którą autor tu wspomina, a którą czytałam parę lat temu. Jej recenzja na blogu nie powstała, bo nie mam słów, by o tym pisać. Nadal te emocje są we mnie i w głowie nie mieści mi sie takie okrucieństwo ludzkie.)

Ciężko jest czytać o Jednostce 731 w Korei, w której przeprowadzano okrutne badania na ludziach, czy o tak zwanych „sekcjach pocieszania” tworzonych podczas II wojny światowej. To o kobietach z tych sekcji mówi mówi m.in cytat z początku mojego wpisu. „Kobieta pocieszycielka” mogła być gwałcona dziennie przez około 40 mężczyzn, co było dopuszczane przez rząd. Ciężko się czyta o podziale Korei na Północną i Południową (Północnej autor nie odwiedził, ale przytacza różne trudne historie związane z tym krajem). Dużo się dowiedziałam też o Tajwanie, może to są podstawowe rzeczy, ale podane bardzo czytelnie i lekko, zresztą nigdy specjalnie się nie interesowałam tą wyspą, a tu proszę: populacja to Hakka, Hoklo i Aborygenowie tajwańscy. Tajwan jest też jednym z pierwszych państw (nie-państw, bo nadal z tym uznaniem niepodległości jest ciężko), które może pochwalić się równouprawnieniem płci, albo akceptacją małżeństw jednopłciowych. Nie wiedziałam o tym. A wiecie co to jest Związek Bambusowy? Ha.

To bardzo mocna pozycja, dobrze napisana, przenikliwa, rzetelna i ciekawa, a przede wszystkim poszerzająca wiedzę. Doskonałe studium kultur i konfliktów w Japonii, Chinach i Korei. Bardzo polecam.

„Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie” Michael Booth, tłumaczenie Barbara Gutowska – Nowak, wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego – Bo.Wiem, 2021

„Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon” Marc Bowden

„Zaginięcie Sheili i Kate od lat domagało się sprawiedliwości. To nie byla wyłącznie kryminalna zagadka, ale też lokalna trauma. Napełniające nas największym przerażeniem zbrodnie to te, do których dochodzi, gdy wszyscy czujemy się bezpieczni i szczęśliwi. Ta zbrodnia stanowiła cios w samo serce lokalnej społeczności, była wstrząsem dla każdego, kto kochał swoje dziecko lub pamiętał, jak sam był dzieckiem. Dla Wydziału Policji hrabstwa Montgomery było to również źródło wstydu, plama zarówno na zawodowym, jak i osobistym honorze. Na zawodowym, ponieważ śledztwo pozostawało nierozwiązane i należało do najgłośniejszych tego typu spraw w historii wydziału w ostatnim półwieczu. Na osobistym zaś dlatego, że jeden z dwóch braci dziewczynek, Jay, gdy dorósł, wstąpił do policji, Za sprawą panujących wśród policjantów silnych braterskich więzi zniknięcie sióstr stało się dla nich rodzinną tragedią. Śledztwo to było niczym kamyk w bucie dla całego wydziału”.

Marc Bowden, amerykański dziennikarz, autor m.in. książki non fiction „Polowanie na Escobara”, napisał tym razem reportaż o siostrach Lyon, który czyta się jak najlepszy kryminał. Zaczęłam i przepadłam, ponad 520 stron połknęłam w jakieś 3 wieczory. Dwie dziewczynki, 10 i 13 lat, przebywały w 1975r. w centrum handlowym Wheaton Plaza, z którego po prostu nie wróciły do domu. Całkowicie zaginął po nich ślad. Niewybrażalna sytuacja…. a jednak. Policja po długim czasie poszukiwań, przesłuchań, zawiesza śledztwo, a papiery odkłada do archiwum. Jednak po latach, w 2013r. śledztwo zostaje wznowione. Czy pojawiło się zatem coś nowego w sprawie? Czworo śledczych z policji z hrabstwa Montgomery: Chris Homrock, Dave Davis, Katie Leggett i Mark Janney zauważa w aktach pewien jednostronicowy raport z przesłuchania Lloyda Welcha, młodego meżczyzny, który w 1975r. zgłosił się na policję, by zeznać, że widział dwie dziewczynki, które wsiadły do samochodu pewnego człowieka z magnetofonem, chodzącego wcześniej po centrum handlowym. Jednak…nie wiedzieć czemu, na raporcie z tego przesłuchania w 1975r., oficer Steve Hargrove, dopisał „Kłamie”. Dlaczego zatem śledztwo utknęło? Dlaczego nikt nie skupił się na Welchu bardziej? Co takiego wydarzyło się podczas tamtego przesłuchania, że uznano, iż mężczyzna kłamie. Musiało minąć 38 lat, by sprawa ruszyła z miejsca…

I tu dopiero zaczyna się jazda bez trzymanki. Lloyd Welch zostaje odnaleziony po latach przez śledczych. Przebywa w więzieniu z wyrokiem za różne przestępstwa. Niemniej jednak policja zaczyna przesłuchania… To, co wyjdzie w trakcie tych przesłuchań, a będą się one ciągnąć i ciągnąć… naprawdę mrozi krew w żyłach i wprawia w zdumienie. Muszę powiedzieć, że ten reportaż, to przede wszystkim brawurowy popis umiejętności śledczych. Jak jest napisane na okładce „to krok milowy w dziejach amerykańskiej kryminalistyki” i to chyba fakt. To w jaki sposób śledczy przesłuchują podejrzanego, jak zdobywają jego zaufanie, jak potrafią cierpliwością, precyzyjnością i sprytem wyciągać z niego najdrobniejsze szczegóły, które i tak za każdym razem właściwie są zupełnie inne – to coś niesamowicie fascynującego! A z drugiej strony, równie fascynująca jest osobowość Welcha, który opowiadając po raz kolejny to, co widział, czego nie widział, albo to, co zrobił, czy nie zrobił, przedstawia siebie co rusz w innym świetle. Nie wiadomo już co jest prawdą, a co kłamstwem. Genialnie zostało to przedstawione i opisane przez Bowdena. Całą historię czyta się z niesłabnącym napięciem i właściwie to do samego końca nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło z dziewczynkami.

Poznajemy w trakcie śledztwa wiele różnych postaci, głównie z rodziny Welcha, ale nie ma tu czegoś takiego, że podczas lektury czujemy przesyt imion czy jakiś chaos. Wszyscy mają tu swoje miejsce i każda z postaci jest dokładnie przedstawiona, podobnie jeśli chodzi o osoby śledczych. Sam Lloyd Welch to natomiast osobowość, która ukształtowana została na bazie mrocznych przeżyć z dzieciństwa i lat późniejszych, a trzeba dodać, że pochodził on z mocno „wynaturzonej” rodziny, w której m.in. molestowanie seksualne było na porządku dziennym właściwie od pokoleń. I choć jest to dość „mocny” temat, to ciekawie czyta się (pod kątem psychologicznym) o konsekwencjach/następstwach pewnych zaprzeszłych sytuacji w danej rodzinie i o tym ,jak również była ta rodzina widziana przez sąsiadów, czy innych znajomych. Jedna ze śledczych, Katie, mówi o Welchu „Wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z potworem (…)”, również sam autor reportażu, Marc Bowden spotkał się z Welchem – jakie były jego wrażenia?

To bardzo, bardzo dobrze napisany reportaż. Ogromnie się cieszę, że mogłam go przeczytać przedpremierowo. Kunszt autora i jego pióro sprawiły, że czytało się to jak najlepszy thriller/kryminał i do tej pory (a minął już chyba tydzień od lektury) pamiętam niektóre kwestie wypowiadane przez śledczych czy Welcha. Podziwiam za ogromną cierpliwość obie strony (przesłuchujących i przesłuchiwanego), również za spryt i za zaangażowanie w sprawę, którą udało się w końcu rozwiązać, choć dziewczynek nigdy nie odnaleziono.

Mistrzowski reportaż! Premiera 23.03. 2021 nakładem Wydawnictwa Poznańskie

„Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon” Marc Bowden, tłumaczenie Mariusz Gądek, Wydawnictwo Poznańskie, 2021

„Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii” Eliane Brum

„Reportaż oznacza konieczność opuszczenia siebie i zamieszkania w drugim człowieku – w świecie będącym drugim człowiekiem. Ruch ten możemy wykonać wyłącznie przez słuchanie angażujące wszystkie zmysły, a więc docierające zarówno do tego, co wypowiedziane, jak i do tego, co niewypowiedziane; do tego, co brzmi i wybrzmiewa, jak i do ciszy. Zarówno do powierzchni mebli, jak i do wyboru obrazków na ścianach. Do zapachów i nieobecności. Zaprzeczeń, zaskoczeń i wahań. Obgryzionych paznokci, nałożonego lub zapomnianego lakieru. Szczelin. Pozostałości. Słuchanie pozwala nie tylko poznać drugiego człowieka, lecz także umożliwia nam opuszczenie siebie i wejście w jego skórę. Reportaż oznacza wyjście poza uprzedzenia, sądy, światopogląd, aby wkroczyć w odmienne doświadczenie istnienia na świecie. Następnie trzeba udać się w długą drogę powrotną, wydać na świat słowa składające się na historię zapośredniczoną przez ciało powracające z nieznanego miejsca i opowiadające o pewnym „gdzieś”, które dzięki reportażowi stało się również „tu”. W ten sposób docieram też do ludzi, dla których słowo i pismo to dwie różne rzeczy”.

Powyższy cytat pochodzi ze wstępu do książki autorstwa Eliane Brum. Warto go przeczytać, bo autorka opisuje w nim swoje podejście do świata, do ludzi, do życia w ogóle. Przedstawia swój sposób widzenia różnych, poruszonych w reportażach kwestii, pokazuje jak dobierała sobie historię i jak odbywało się samo ich zapisywanie, ile czasu spędzała z konkretnymi osobami, które w tym zbiorze zyskują miano bohaterów.

Nie wiedziałam wcześniej zbyt wiele o Brazylii. Jak sama autorka wspomina, nikt z Europy o niej zbyt wiele nie wie. Kraj ten kojarzy się nam z nędznymi fawelami, karnawałem w Rio, piłką nożną i puszczą amazońską. Właściwie nikt nie zagłębia się w historię kraju i ludzi, których przeszłość to pokolenia niewolników, emigrantów, biedaków. Historia Brazylii była i jest burzliwa: wiele lat pod rządami dyktatury, wiele niesprawiedliwości społecznych, rasizm, gangi przestępcze, ale przede wszystkim kontrasty między bogactwem, a biedą to najważniejsze problemy. Każdy z reportaży porusza ważne kwestie, ale zrobione jest to w bardzo wyważony, delikatny sposób. Wiele z nich wzrusza, łamie serce i co wrażliwszemu czytelnikowi może być ciężko to czytać. Niemniej jednak warto, bo to kawał dobrej roboty. Autorka, jak jest napisane na ostatniej stronie okładki słowami Aleksandra Lipczak: „Jak nikt inny potrafi spleść w całość przemoc i poezję, niesprawiedliwość i piękno, ekstremalne wykluczenie i zwykłe życie”.

Ujęło mnie tu sporo historii, ale najbardziej chyba dwie: o domu spokojnej starości i o matkach, które musiały pochować własne dzieci, zabite w wyniku porachunków gangsterskich. Te dwa reportaże najbardziej mnie dotknęły i na pewno zapamiętam je na długo.

Dom spokojnej starości jawi się jako przejście z życia w śmierć, ale mimo, iż samotność, smutek i choroby są tam najmocniej ukazane, to zdarzają się również romanse, tkliwości i radość z ukradkowego przebywania razem. Niemniej jednak to bardzo smutny reportaż. „Tak jak wszyscy Sandra znajduje się w martwym punkcie. Starcom ubyło więzi, przyjaźni i czułości, a przybyło lat. Żyją dłużej niż ich rodzice i dziadkowie i doświadczają większej samotności. Jeszcze zanim ich serce zabije po raz ostatni, spotyka ich śmierć społeczna. Kroczą zbyt wolno w szybkim świecie, który nie wybacza potknięć. Stali się nieygodnymi dowodami. Społeczeństwo porzucające ich pod żelazną bramą Domu wie, że stąpa po grząskim gruncie, bo nawet najlepszy chirurg plastyczny nie będzie w stanie przeciągnąć młodości w nieskończoność. Stanowią pokryte zmarszczkami, niepewnie stawiające kroki, uciążliwe przypomnienie nie tego, co było, lecz tego, co czeka każdego”. Co za piękny i trafny opis w ogóle! (Język Eliane Brum jest genialny, dodatkowo trzeba pochwalić tłumacza, Pana Gabriela Borowskiego, który wykonał świetną robotę, bo czyta się te reportaże niezwykle płynnie i dobrze. Sam zresztą popełnił niewielkie „Słowo od tłumacza”, w którym opowiedział, jak trudna była praca nad tym przekładem.).

Z kolei reportaż o matkach swych zabitych synów, odkładających pieniądze na kolejne trumny, nie tylko obrazuje ich ciężkie życie, jako matek, ale też odsłania zasady rządzące w fawelach, czyli brazylijskich dzielnicach nędzy. Średnia długość życia chłopców zaangażowanych w handel narkotykami (bo tu nie ma nic innego do roboty, a z drugiej strony, by przeżyć w ogóle, trzeba przynależeć do jakiegoś gangu) wynosi dwadzieścia lat, do tego dochodzi klasa społeczna i kolor skóry, które determinują, kto szybciej zginie. Matki próbują chronić swoje dzieci, zamykając je w domach, ale przecież nie da się tak żyć cały czas. Broń palna noszona przez chłopców w wieku trzynastu lat, jest tu czymś normalnym. „Helena Silva Cruz straciła dwóch synów. Trzeci stał się zabójcą, gdy pomścił braci”.

„Kolekcjoner porzuconych dusz” jest tytułem całego zbioru, ale też tytułem jednego z reportaży opowiadającym o człowieku, który zbiera z ulic w Porto Alegre różne przedmioty wyrzucane przez mieszkańców, nazywa to „okruchami miasta”. To kolejny wzruszający reportaż. Inny z kolei opowiada o akuszerkach niosących pomoc w puszczy amazońskiej, które zajmują się, jak to określają, „łapaniem dzieci”. „Akuszerka nie ma wyboru. Wzywa się ją w środku nocy, by zasiedlała świat”. Jest tu też opowieść o chorej na nieuleczalny nowotwór kobiecie, o człowieku, który od rana wykrzykuje na ulicy reklamę kumulacji w totolotka, o połykaczu szkła, o poszukiwaczach złota, o krainie Śródziemia w puszczy amazońskiej, którą za wszelką cenę rząd chce zniszczyć, budując elektrownię wodną na rzece etc..

Każdy z tych reportaży jest ważny i każdy niesie jakąś naukę, wzbudza empatię w czytelniku. Mogłabym tu zarzucić was cytatami, bo jest mnóstwo wartych tego, ale sięgnijcie sami po reportaże Eliane Brum. Książka tej wielokrotnie nagradzanej dziennikarki jest warta dużej uwagi, bo mimo, iż w każdym kraju są podobne problemy i podobne krzywdy, to warto o nich czytać, by mieć choćby świadomość tego, co działo się/ dzieje na świecie.

„Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii” Eliane Brum, tłum. Gabriel Borowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020.

„Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk

87392128_2729305240452252_7868219879696891904_o„W Radziłowie są dwie ważne postacie: ksiądz i wójt. Jak podpadniesz, ludzie traktują Cię jak powietrze, obmawiają, dokuczają. Ja tam przyjeżdżam od święta, to gówno mnie obchodzi czy odpowiedzą mi dzień dobry, czy nie, chcę tylko by moja rodzina czuła się ta dobrze. Pierwszy raz usłyszałam o Żydach, gdy miałam czternaście lat, na wycieczce szkolnej z nauczycielem z gimnazjum. Obchodziliśmy wszystkie miejsca pamięci w Radziłowie. Pod pomnikiem poświęconym ofiarom wojny bolszewickiej złożyliśmy kwiaty, odczytaliśmy referaty, nauczyciel wygłosił prelekcję. W miejscu po spalonej stodole, pod pomnikiem z tablicą ustawioną w latach siededziesiątych, kazał przeczytać tekst, który był na niej wyryty: „W sierpniu 1941r. faszyści zamordowali 800 osób narodowości żydowskiej, z tych 500 osób spalili żywcem w stodole. Cześć ich pamięci”. Koniec lekcji. Nie wyjaśnił, że napis jest fałszywy, że zabijali miejscowi”.

Wszystko zaczęło się od jednego zdjęcia, grupy młodych dziewcząt, Żydówek w ludowych, polskich strojach. Dziewczęta pochodziły ze Szczuczyna, jednego z miasteczek na Podlasiu. Mirosław Tryczyk próbuje odnaleźć coś na temat historii życia tych dziewczyn, a to z czym się zderza, jest trudne do ogarnięcia rozumem i sercem. Pogrom Żydów, w którym brał udział dziadek autora, okazuje się nie jedynym pogromem dokonanym w 1941r. w podlaskich wioskach. Im głębiej zaczyna są drążenie i dociekanie prawdy, tym trudniej jest zrozumieć to, co się wydarzyło. 

Autor korzysta z wielu źródeł, artykułów, starych zdjęć, równiecześnie stara się przełamać istniejące od lat milczenie i przekonać miejscowych do rozmowy.  A ludzie boją się i wstydzą o tym mówić.  Nie chcą wracać do przeszłości, boją się, że ktoś może ich źle ocenić, wykluczyć z miejscowej społeczności. I choć faktem jest, że pokolenie dokonujące mordu Żydów już praktycznie wymarło, to pokolenie następujące po nich, które przecież nie pamięta tamtych wydarzeń, nadal jest traktowane jako winne tych zbrodni.  Mirosław Tryczyk nie chce nikogo oceniać, chce po prostu dowiedzieć się prawdy, chce by ludzie otworzyli się na nią, by nie czuli się zaszczuci i nie uginali się pod ciężarem nieswoich win. Chce również, by w historii Polski zawarto wreszcie prawdę i by pomordowani odzyskali swoją godność i zostali upamiętnieni. „Co ja mam powiedzieć” mówi proboszcz Radziłowa „w momencie kiedy ja nie wiem co się stało. Ja mogę mówić, że Pan Jezus potępia zabójstwo i to powiem, tylko nie wiem, kogo ja za zabójstwo Żydów mam potępić. Jak nie uczono mnie w szkole o Katyniu, tak teraz nikt nie uczy o pogromie w Radziłowie. Nie znam prawdy” [….] „Pan tylko o tych Żydów pyta, a teraz tu się dużo w naszych stronach mówi o żołnierzach wyklętych, bo ich też dużo w naszych stronach było i też po wojnie się ukrywali. Za partyzantów uważa się tu tych wojennych, do wyzwolenia, a o tych powojennych to raczej mówią „bandyci”. Wszystko jest subiektywne.

Zamierzeniem autora jest pewnego rodzaju „spowiedź”, choć jak sam przyznaje, nie da się żyć, bez „przytłaczającego cienia przeszłości”, a kłamstwo powtarzane tysiące razy często jest uznawane za zatrutą prawdę. 

Osoby z którymi rozmawia Tryczyk, to dzieci, wnuki czy też prawnuki tych, którzy brali udział w pogromach. Oni usilnie chcą chronić pamięć o swoich dziadkach, pradziadkach czy rodzicach. Tyle że, ta ochrona pamięci o nich wiąże się z dźwiganiem ciężkiego brzemienia wstydu i winy, co z kolei naturalnie jakby prowadzi do kłamstw i do wyparcia. Rozmowa z bohaterami książki ma być takim wentylem dla ujścia wiecznie skrywanych uczuć, wyrzutów sumienia, rozdarcia pomiędzy miłością a nienawiścią. No bo jak kochać osobę, która była dla nas cudownym dziadkiem czy pradziadkiem, a która jednocześnie potrafiła zapędzić grupę Żydów do stodoły i ją podpalić, jak kochać dziadka, który gwałcił Żydówki, albo pradziadka, który bił młotkiem po głowie Żydów i wrzucał półżywych lub martwych do wykopanego dołu i zasypywał. Nie lepiej jest wyprzeć takie prawdy i pamiętać dziadków jako tych kochających swoje żony, sadzających na kolanach swoje wnuczki czy wnuków i opowiadających im bajki? 

To bardzo trudna w odbiorze książka, tak jak trudna jest każda o tego typu wydarzeniach (dla mnie nie tylko o pogromach mniejszości żydowskich, ale o pogromach/uprzedzeniach do jakiejkolwiek innej mniejszości narodowej/seksualnej). Mocno emocjonalna, ciężka i wzruszająca. Poczucie winy zrzucane z pokolenia na pokolenie uwiera niczym tytułowa drzazga. Winy pradziadków i dziadków to ciągle jątrzące się rany. Potomkowie zbrodniarzy nie są przecież winni zbrodni, tylko dlatego, że są ich potomkami. Czy może jednak są uwarunkowani jakoś genetycznie do popełniania podobnych czynów? Czy więzy krwi mogą być podstawą do kontynuacji nienawiści i szkalowania? Jak żyć z takim brzemieniem, w ciągłym lęku, jak rozmawiać o historii, która w świadomości wielu po prostu przestała istnieć, została wyparta? 

„Zawsze chodzi o to samo, o obronę dobrego imienia, o tę opinię ludzką, o to, jak się wygląda w oczach sąsiadów, a nie można wyglądać źle, niezgodnie z obowiązującymi w plemieniu normami. To świat pełen hipokryzji, powierzchownego i podwójnego życia, kłamstw. Do dziś ukrywa się przed sąsiadami to, że ktoś się rozwiódł albo że młoda kobieta ma dziecko bez ślubu. I oni mieliby się przyznać, że ich dziadkowie spalili Żydów? Musieliby się jednocześnie przyznać, że dziadkowie byli źli, zburzyć ołtarze, jakie im zbudowali, a przecież o rodzinie nie wolno mówić źle”.

To ważna książka i dla Autora i dla nas wszystkich, ukazująca jak nienawiść i uprzedzenia prowadzą do podziałów, agresji i zbrodni. Dlaczego jesteśmy tacy właśnie? Czy jest recepta na to, jak być tolerancyjnym wobec człowieka? 

(Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Tania Książka. Książkę możecie nabyć w dziale Literatura Faktu).

Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk, wydawnictwo Znak, 2020

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” Souad Mekhennet

DSC06882„Za sprawą mojej dziennikarskiej pracy częstokroć bywałam obiektem rozmaitych form nienawiści: od Niemiec, kraju mojego urodzenia, po Irak i Pakistan, zarówno wśród muzułmanów, jak i chrześcijan. W dzisiejszych czasach ludzie oczekują od dziennikarza, że opowie się po jednej ze stron. To nie jest moim zadaniem. Trudno zająć stanowisko pośrodku, ale uważam, że utrata umiejętności słuchania różnych głosów przyniosłaby znacznie więcej szkód.

Jeśli czegokolwiek nauczyłam się przez te lata, to tego, że płacz matki nad ciałem zabitego dziecka wszędzie brzmi tak samo, bez względu na to, czy matka jest czarna, brązowa, czy biała; czy jest muzułmanką, żydówką czy chrześcijanką; czy jest szyitką czy sunnitką. Wszyscy w końcu spoczniemy w tej samej ziemi”.

Ten cytat właściwie jest dla mnie sednem całego reportażu. Souad Mekhennet – niemiecka dziennikarka o marokańskich korzeniach, muzułmanka, jest kobietą, która dzięki swojej odwadze, chęci zrozumienia i poznania człowieka i jego odczuć, genialnie i mądrze opisuje aktualną rzeczywistość, a szczególnie konflikt na linii Stany Zjednoczone (i szeroko pojęty Zachód) a islamska reszta świata.

Pochłonęłam te prawie 600 stron w kilka dni. Autorka mnie zafascynowała i wprawiła w bezgraniczny podziw. Zastanawia mnie zawsze, skąd w ludziach siła, by podążać za swoją pasją, która bardzo graniczy z ryzykiem własnego życia? Uprawianie zawodu dziennikarza śledczego, a wreszcie wojennego jest niezwykle niebezpieczne. Souad wybrała ten najbardziej niebezpieczny rewir wojenny. Dżihad, Państwo Islamskie, terroryści, mordercy mniejszej lub największej rangi. Poniekąd jest jej łatwiej, bo sama jest muzułmanką, a artykuły jakie pisze są mądre, obiektywne i wyważone. To jest doceniane. Nawet przez tych najgroźniejszych. Wiedzą, że mogą z nią rozmawiać, bez ryzyka, że zostaną wydani, sprzedani. Dziennikarz szuka odpowiedzi na pytania. Oni ich udzielają. Opowiadają dlaczego robią to, co robią, co czują, a Souad próbuje rozumieć ich poprzez ich doświadczenia z dzieciństwa i wykształconą osobowość. Może się to wydawać kontrowersyjne dla czytelnika z Zachodu, ale ja również uważam, że nie wszyscy muzułmanie są terrorystami, marzą o kalifacie i wysadzaniu ludzi. Podobnie myślę o chrześcijanach, którzy nie zawsze są dobrymi ludźmi i gdyby mogli, to chętnie ucięliby komuś głowę na wizji, bo tak wypełnia ich nienawiść. 

Souad jest obiektywna. Daje prawo głosu każdemu. Nie ocenia i nie każe oceniać czytelnikowi. Wdziera się sposobem i sprytem w ten świat dżihadu, po to by zrozumieć,  dlaczego w religijnej wspólnocie pojawia się wściekłość? Skąd ludziom wychowanym na Zachodzie, nagle przychodzi do głowy dołączenie do Państwa Islamskiego? Sama, jako muzułmanka, nie mająca nic wspólnego z ekstremizmem, zadaje sobie od dawna pytanie: „Dlaczego oni tak bardzo nas nienawidzą?”.

Padło tu bardzo mądre stwierdzenie dotyczące porozumienia i tolerancji: „Kto ustala reguły dla wszystkich pozostałych?” To nie tylko problem świata muzułmańskiego, ale także Zachodu. Nie można oczekiwać tolerancyjnego traktowania, jeśli sami nie zachowujemy się tolerancyjnie wobec innych. W momencie, gdy ktoś mówi, że tylko on ma rację, a cała reszta się myli, znika przestrzeń dla jakiegokolwiek dialogu”.

Souad spotyka na swojej drodze różnych ludzi, z którymi zawiera bliższe znajomości, których historie poznaje, są to ludzie z różnych krajów: Amerykanie, Syryjczycy, Irańczycy etc. Z niektórymi się zaprzyjaźnia, inni stają się jej anonimowymi informatorami. Wchodzi w ich światy po cichu, ale z rozsądkiem. Kiedy trzeba przywdziewa czarną abaję. Kiedy trzeba udaje żonę islamisty, byle tylko dostać się w odpowiednie miejsce. Pomaga jej w tym arabska uroda i znajomość języka. Poznajemy ją nie tylko, jako bardzo dobrą, bezkompromisową dziennikarkę, ale też jako małą dziewczynkę, wyobcowaną i postrzeganą kiedyś jak Cygankę, tę „inną”, w swoim dawnym miejscu zamieszkania, w Niemczech. Wiele razy odczuła na własnej skórze strach, a szczególnie wtedy, kiedy napotkani po drodze skinheadzi grozili jej komorą gazową. Kilka razy w takich sytuacjach zastanawiała się już po latach, czy gdyby przyszło dalej żyć jej w świecie przepełnionym taką nienawiścią do niej jako do człowieka, czy sama wreszcie nie wzięłaby broni w rękę?

Reportaż pokazuje długą drogę kariery, jaką pokonała Souad, od momentu szkoły, poprzez niewielkie artykuliki, pracę w radio, potem pisanie dla „Der Spiegel”, aż do momentu, w którym zauważył ją „Washigton Post”. To ona zdemaskowała kata Państwa Islamskiego – Jihadi Johna, który zamordował na wizji amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya w 2014r. i to też bardzo ciekawa historia, o tym jak bardzo przeszłość wpływa na rozwój człowieka, który z normalnego, fajnego studenta, staje się zamaskowanym katem. 

Ten reportaż pomaga ogarnąć cały ten konflikt, który objawił się światu 11 września 2001r. a przecież istniał już dużo wcześniej, Arabską Wiosnę, konflikt szyicko-sunnicki, porusza problemy tolerancji, wykluczenia, wolności słowa – tu odsyłam też do książki „Strzały w Kopenhadze” Niklasa Oreniusa.

Polecam. To jeden z lepszych reportaży, jakie czytałam w tym roku. 

Premiera 2-go października.

„Powiedzieli, żebym przyszła sama. Za linią dżihadu” Souad Mekhennet, tłumaczenie Mariusz Gądek, Wydawnictwo Poznańskie.