Archiwa tagu: reportaż

„Pokazucha. Na gruzińskich zasadach” Stasia Budzisz

dsvertge4t„Od zawsze myślałem, że spotkało mnie wielkie szczęście, że w tym kraju urodziłem się mężczyzną. Nie jest powiedziane, że nam jest łatwo, ale na pewno nie jest tak trudno jak kobietom. Patrzę na moją dziewczynę, siostry, mamę, babcię i nie chciałbym tak żyć, choć pewnie do wszystkiego można przywyknąć. Ideowo jestem feministą, ale nie mogę się do tego przyznać. Koledzy, rodzina i ojciec uznaliby mnie za wroga narodu. Marzę o Gruzji, w której nie będę musiał się wstydzić za śliniących się facetów, za kolesi, którzy obłapują, dotykają czy nachalnie gapią się na dziewczyny” – mówi 36-letni Merabi z Tbilisi, pracownik firmy ubezpieczeniowej.

Bardzo się cieszę, że przeczytałam tę książkę, choć kosztowała mnie sporo nerwów. Okazuje się, że w kraju, który znałam głównie dzięki kuchni czy zasłyszanych informacji o gościnności Gruzinów, dzieje się wiele złego, podobnie jak i w każdym innym kraju zresztą.  Mało się o tym mówi, dlatego dobrze, że taka książka powstała. Zresztą sama autorka również w posłowiu wspomina o podobnym odczuciu. Bierze sobie człowiek książkę z takim pięknym zdjęciem na okładce, a tu BUM. Sytuacja kobiet w Gruzji jest porównywalna z sytuacją kobiet w Omanie, o którym czytałam niedawno w książce „Z miłości? To współczuję” wydanej również przez Wydawnictwo Poznańskie. Człowiek spodziewa się opisów Tbilisi, czy tam innych chinkali, a tu kolejne BUM, i kolejne…. Łapałam się za głowę, przeklinałam pod nosem, dziwiłam się i niedowierzałam. Jak to mało człowiek wie o świecie. Tego typu reportaże, w których rozmawia się ze zwykłymi ludźmi (tu głównie kobietami) są bardzo potrzebne. Bo takie BUM po głowie pokazuje czytelnikowi, jak warto walczyć o swoje, jak warto doceniać miejsce, w którym się żyje i w którym jeszcze nie jest tak źle.

Wiadomo, że każdy kraj ma swoje mroczne strony. W każdym dzieje się krzywda ludzka, w wielu krajach mamy dyskryminację czy to kobiet, czy to rasową, czy inną. Niemniej jednak, kto by pomyślał, że Gruzja jest państwem, w którym kobieta właściwie nie ma żadnych praw. Gwałt na niej czy molestowanie seksualne są tylko i wyłącznie hańbą i wstydem dla jej rodziny. Wyjściem z takiej sytuacji jest albo milczenie albo samobójstwo. To kraj, w którym kobieta wstydzi się kupić podpaski w aptece, gdzie kobieta, która nie chce mieć dzieci, nie może się do tego przyznać, bo byłaby uznana za nienormalną. To kraj w którym mężczyzna nie uznaje prezerwatyw. „Żaden szanujący się gruziński mężczyzna nie będzie uprawiał seksu z prezerwatywą. Przynajmniej ja takich nie znam. Dzieci na boku? A, to nie wiem. Nie mój problem” mówi Giorgi. No szlag…

Autorka spotyka się z wieloma osobami, na różnych stanowiskach, w różnym wieku. Każda z nich opowiada fragmenty swojej historii. Są przedstawiciele LGBT, którzy życia w Gruzji nie mają w ogóle. Są kobiety żyjace w małżeństwach, w których mąż je tłucze, poniewiera, ma kochanki, a one robią po 20 skrobanek i milczą. Bo i tak są hańbą dla rodziców. Wstydem, którego trzeba się pozbyć. Zużytymi i niedobrymi żonami. Taka Inga na przykład mówi: „Myślę sobie, że może to by nie było takie najgorsze, gdyby on mnie jednak zabił. Każdy kiedyś umrze. No, nie chcę umierać, ale czy mnie ktoś pyta o zdanie?”.

Przemoc domowa, seksualna są praktycznie na porządku dziennym. Kobieta nie może nic zrobić, nie potrafi uciec od oprawcy, milczy i cierpi, rodzina jej nie pomaga. A mężczyźni? Nawet ci, siedzący w więzieniu są kompletnie pozbawieni ludzkich uczuć, obojętni: „Straciłem nad sobą panowanie, ale jestem niewinny. Czasem żałuję, że nie zabiłem jej wcześniej” mówi Grisza, lat 63.

Te historie autentycznie bolą. Nie mieszczą się w głowie i otwierają oczy. Przynajmniej mnie, bo ja o Gruzji nie wiedziałam praktycznie nic. Kraj jakich wiele, zdawałam sobie sprawę, że jest tam zapewne inna kultura, tradycje, ale raczej nigdy nie interesowało mnie to jakoś dogłebniej. Przeraziły mnie te opowieści. Unaoczniły, jak wiele zależy od wychowania, od tego w jakiej kulturze i wartościach uczymy się dorosłości. Warto wspomnieć tu o tym, jak matki wychowują swoich synów, podstawiając im wszystko pod nos tak, że potem 50-letni mężczyzna nie potrafi zrobić sobie kanapki ani pójść po zakupy. Niewiarygodne, no ale… taka kultura. Gdzieś tam w nowym, młodym pokoleniu tli się nadzieja na zmiany, wprowadzane są nowe ustawy, z przypadku bo z przypadku, ale prezydentem Gruzji aktualnie jest kobieta, więc… może coś się pozmienia.

Wiele tu jeszcze tematów wartych uwagi: niepełnosprawność jako coś gorszego, sporo historii Gruzji i tego, jak zmieniały się rządy oraz sytuacja kraju, sporo danych statystycznych, ale przede wszystkim dużo tu samego człowieka. Za fasadą pięknych widoków, cudownej gościnności typu „zastaw się, a postaw się” odkrywamy kraj pełen kontrastów i smutku. To nie tylko kolorowe stroje i chaczapuri, to również ból, krzyk, niemoc i przemoc. „Budujemy szklane domy, robimy eruremont, ale zaraz spod spodu wychodzi grzyb, bo nie ocieplimy ścian, a zimą nie włączymy kaloryfera, bo nas na to nie stać”. Wszystko na pokaz, całe to bogactwo i ciepło rodzinnego ogniska. A okazuje się, że „Tu panuje kultura płotów. Chowamy się przed oczami ludzi. Wstyd też musi być zakryty, schowany za fasadą. To jest bardzo gruzińskie”. Gruzińskie zasady. Pokazucha. Ot, tak właśnie.

Warto przeczytać, nie po to, by się zniechęcić do kraju, tylko po to, by po prostu szerzej otworzyć oczy i nie wierzyć w pozory. Nie tylko jeśli o Gruzję chodzi. W ogóle. Polecam.

„Pokazucha. Na gruzińskich zasadach” Stasia Budzisz, Wydawnictwo Poznańskie 2019

„Strzały w Kopenhadze” Niklas Orrenius

666576-352x500„…muszę powiedzieć o tym, czym jest Szwecja. Że to kraj zróżnicowany. Nasze ideały otwartości i tolerancji opierają się na przekonaniu, że można być innym. Ale żyjemy razem”. To jedna z najtrudniejszych prawd do przyjęcia dla ludzi. Bo bardzo często wszystkim się wydaje, że tolerancja polega na dopasowaniu się do tego, co oni za tolerancję uważają. Bardzo to jest ostatnio wyraźne. Cała debata jest tym naznaczona: przyjedźcie tu i stańcie się tacy jak my, wtedy będziemy was lubić, wtedy wszystko będzie okej. Zrozumienie, że różnimy się od siebie i że tolerancja polega na tym, by to szanować: to jest największa trudność”.

Reportaż „Strzały w Kopenhadze” to bardzo rzetelna, mądra i obiektywna próba przedstawienia problemu wolności słowa i wypowiedzi. To książka, która jest jednym z lepszych reportaży, jakie przeczytałam w życiu, choć łatwa w lekturze nie jest. Bywają rozdziały, przez które ciężko przejść, jest tu sporo nazwisk, sporo polityki, ale też wbijających w fotel informacji, jak wielu ludzi przechodzi na stronę radykalnego islamu, jak wielu ludzi (czy to mieszkańców Szwecji czy Danii, bo tu akurat opiera swoją opowieść autor) nienawidzi odmienności, nie podejmuje nawet próby akceptacji, chce za wszelką cenę eliminować, niszczyć i zabijać. 

Gdzie zaczyna się „teren” na którym kiełkują: brak empatii, nietolerancja, rasizm, radykalizm, nienawiść i terroryzm? Czy ten teren ma jakiekolwiek granice? Czy tu gdzieś jest ta mała, cienka linia, za którą, lub przed którą jest wolność słowa i wypowiedzi?  Jak się wypowiadać w mediach, publicznie, by nikogo nie urazić, by ktoś nie poczuł się skrzywdzony, wkurzony, aż w końcu nie zapragnął zemsty? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nigdy chyba nie będzie. To, co wolno artyście, wolno tylko w jego pojęciu. W pojęciu kogoś, kto artystą nie jest, i kto tolerancją nazywa podejście „jeśli to według moich zasad, to toleruję”, zabroniona jest wolność słowa, bo wtedy już jest to: wyśmiewanie, szydzenie, krytykowanie, obrażanie. To bardzo skomplikowany temat i dotyczy jak wiadomo, nie tylko sztuki. To, co jeden człowiek uzna za wolność słowa i wypowiedzi, demokrację, czy jakkolwiek inaczej to nazwiemy, inny uzna za bezczelność i przekraczanie dobrego smaku. To wszystko kwestia wrażliwości ludzkiej.

Niklas Orrenius próbuje odnaleźć w tym wszystkim złoty środek na przykładzie Larsa Vilksa, szwedzkiego artysty, rzeźbiarza, rysownika, który swego czasu, a dokładnie w 2007r. narysował karykaturę Mahometa (Mahomet jako pies na rondzie). To sprowadziło na niego wyrok śmierci. Muzułmanie zaczęli mu się odgrażać, straszyć, że za obrazę uczuć religijnych może go spotkać tylko śmierć. Od tamtej pory, a Lars Vilks ma już 73 lata, żyje pod ciągłym okiem ochrony, nie wolno mu się samemu nigdzie przemieszczać, a próby jego zabójstwa (jak właśnie tytułowe strzały w Kopenhadze) mogą przecież się powtórzyć. Sama Szwecja uznaje sztukę Vilksa za niezbyt wartościową i z tego co, zrozumiałam, bardziej uważa go za prowokatora, niż za artystę. No ale… to on spowodował masowe protesty muzułmanów i sprowadził wielkie zagrożenie na kraj. 

I tu też pada pytanie, skoro sam Vilks domaga się tolerancji dla swoich dzieł, to czy on sam jest tolerancyjnym człowiekiem rysując tego typu rzeczy? Mówią o nim, że to wariat. Prawicowiec nienawidzący islamu. „Robi się z niego kogoś, kto sam sobie jest winny”.  Sam Vilks, mam wrażenie, na pytanie „Dlaczego narysował tę karykaturę” odpowiedziałby „Bo mogę?”. No i tu właśnie zadwozdka. Mógł, czy nie? 

Autor jednak nie ocenia. On tylko przedstawia fakty, i to właśnie cenię w reportażu. Stawianie czytelnika przed faktami i pozwolenie mu na wyciągnięcie własnych wniosków. Nie zawsze jest to możliwe. Wszystko zależy od kontekstu danej sytuacji, kraju w jakim się żyje, a Szwecja przecież od dawna postrzegana jest jako kraj bardzo liberalny, tolerancyjny, przyjmujący wielu uchodżców. A tu, okazuje się, że ciemna strona tego kraju jest o wiele bardziej mroczna i rośnie w siłę, bo jest tu wielu admiratorów, na przykład, Breivika, wielu zradykalizowanych Szwedów, neonazistów i fanatyków „white power”. Ale jest też kobieta o imieniu Mahu… ogromnie podobała mi się jej postać. I jest też sam autor, który również w pewnym momencie będzie uznany za „zdrajcę narodu” i żydowskiego dziennikarza.”

Ten reportaż to opowieść o naszej epoce, o partiach i stowarzyszeniach, gdzie dochodzi do różnego rodzaju kryzysów: moralnych, etycznych, na tle rasowym itp. To gęsta od lęków, fobii, fanatyzmów, pytań i braku odpowiedzi, książka. A to, co dzieje się w Szwecji, dzieje się również w każdym innym kraju. Zamachy są wszędzie. Fanatycy również. Problem wolności słowa dotyczy każdego z nas. Strach nie jest nam obcy. To ważna i bardzo dobrze napisana książka.

„Strzały w Kopenhadze” Niklas Orrenius, tłum. Katarzyna Tubylewicz, wyd. Poznańskie 2018.

„Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej” Janusz Rolicki

43624218_1893782944004490_720800867816570880_n

Czytam ostatnio zbyt mało książek polskich autorów, książek non fiction, reportaży, dlatego założyłam sobie i obiecałam, że do końca tego roku postaram się trochę nadrobić. Poza książką „Bałtyk. Historie zza parawanu” Aleksandry Arendt o której pisałam tutaj, otrzymałam od wydawnictwa Poznańskie, zbiór przeciekawych reportaży Janusza Rolickiego. Jak głosi hasło serii reporterskiej wydawnictwa, że „rzeczywistość bardziej wciąga niż fikcja”- to jest to prawda, nie ukrywam. Od dawna staram się interesować tym, co wokół mnie się dzieje, czytać o tym, pozwalać historiom przepływać przez mój punkt widzenia i wpływać na moje życie w taki czy inny sposób. Często ręce opadają, nóż się w kieszeni otwiera i ma się ochotę krzyczeć z bezsilności. Czasy mamy trudne, podobnie było też za Gomułki i Gierka, o których to czasach pisze autor książki. Reportaże tu zamieszczone publikowane były w latach 60-70 w „Polityce” czy „Kulturze”. Rolicki słynął wtedy z „przebieranek”, to znaczy wcielał się w różne zawody, postacie, po to, by być bliżej opisywanego tematu / problemu / ludzi z danej grupy społecznej czy zawodowej.

Rolicki ma świetne pióro i zdolność obserwacji. Był wtedy jednym z najmłodszych reporterów (przed trzydziestką) który zasłynął swoim pisaniem i budowaniem świadectwa epoki w jakiej żył. Urodził się w Wilnie, później był redaktorem naczelnym „Trybuny”, przeprowadził wiele wywiadów-rzek z Edwardem Gierkiem i generalnie był bardzo rozpoznawalną postacią w tamtym okresie. W tym roku skończył 80 lat, ale nie znalazłam informacji co się z nim teraz dzieje.

Spodobało mi się to, co napisał Cezary Łazarewicz we wstępie (co potem zgodziło mi się moimi odczuciami po lekturze książki): „Reportaże Rolickiego to prawda i szczerość. [..] Jego teksty przebijają gładką fasadę gomułkowskiej propagandy, obnażając partyjniactwo, kolesiostwo, cwaniactwo i łapówkarstwo. To Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń. Czysty PRL. Takich tematów cenzura nie lubiła, ale w reportażu – na tym polegały jego siła i urok – pozwalała na ciut więcej.”  Sam Rolicki z kolei o swoich bohaterach mówi: „Na ogół byli szarymi ludźmi, szturchanymi przez tych, którzy byli na górze. Należeli do dziobanych, nie dziobiących. Często należeli do ludzi z marginesu”. To dlatego mamy tu szczerość i autentyzm, siłę i dumę pokolenia, które było dość niepokorne, „obite”, ale starało się żyć za wszelką cenę jak najlepiej, często imając się różnych niecnych procederów.

Mamy tu fałszywych komorników, sytuacje pegeerów, likwidatorów wyjeżdżających w teren, by wypłacać chłopom odszkodowania (oczywiście nie tak wysokie jak należałoby) za klęski żywiołowe, panią z Częstochowy, która usilnie starała się o mieszkanie, upatrzone, wymarzone, ale potem wojowała ze spółdzielnią o to, że niesprawiedliwie i przypadkowo przyznano jej inne. Mamy lokatorów bloku, którzy walczą z brakiem ogrzewania, a potem sami ze sobą, mamy wiedeńskie sklepiki, do których Polacy jeździli po towar na handel, mamy bezdomnych kloszardów i ich codzienność, tych co kradną na dworcach i pijaczków, co stracili nadzieję, zapomnianych żołnierzy Westerplatte, bezkarnych gwałcicieli, Pana Józefa „ciecia z zamiłowaniem do fachu”, reportaż o mężczyźnie, który zamordował własnego brata, a nawet porwanie samolotu LOT’u.

Rzeczywistość dusznej PRL, szara, smutna, pełna przekrętów, braku perspektyw, niesprawiedliwości, biedy, ale też z drugiej strony nostalgiczna, wzruszająca i pełna nadziei na wolność. Mistrzowskie reportaże jak dla mnie. Polecam. Oby więcej takich książek do mnie trafiało.

„Lepsi od Pana Boga, Reportaże z Polski Ludowej”, Janusz Rolicki, wyd. Poznańskie 2018