Archiwa tagu: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich

„Oczy z Rigela” Roy Jacobsen

„Ingrid Marie Barrøy znajdowała się pośrodku kraju, ponas siedemset kilometrów od domu. Siedziała na skrzyni z piaskiem, liczyła samochody i rowery, słuchała silników, donośnych i cichych głosów, aż wreszcie celem podróży stało się samo licenie. Liczyła dziecięce wózki i matki, widziała lokomotywy z nieprzeliczonym ciągiem wagonów z drewnem. Widziała trzech małych chłopców biegających wśród pyłu przemieszanego z trocinami i kopiących ciężką brązową piłkę, która sięgała im do połowy chudych gołych łydek. A kiedy zobaczyła autobus, mało brakowało, a policzyłaby również i jego. Uświadomiła sobie, że właśnie zapomniała o wszystkim, że nie myślała o tym, gdzie jest i dokąd zmierza, nie myślała już o Aleksandrze ani o ojcu, matce czy Barbro… Wspięła się po stopniach i zagłębiła w ciężki zapach ludzi zamkniętych w zbyt brutalnym cieple, nabrała tchu i znalazła dla siebie siedzenie klejące się do ud, podniosła Kaję do wąskiego okienka pod półką na bagaż, które dało się otworzyć jak klapka, usłyszała śmiech córeczki i kiedy autobus ruszył, zobaczyła, że wiatr bawi się jej włosami”.

Po dwóch poprzednich tomach „Niewidzialni” i „Białe morze” przyszła kolej na „Oczy z Rigela”. Ingrid jest tu główną bohaterką, podobnie zresztą jak w poprzednim tomie, w którym poznała Aleksandra – Rosjanina, który przeżył katastrofę niemieckiego statku wojennego Rigel i spędził z nią na wyspie ukrywając się przed Niemcami jakiś czas. Nawiązało się pomiędzy nimi uczucie, a jego owocem jest córeczka Kaja o oczach Rosjanina, czarnych, głębokich, łatwych do rozpoznania dla tych, którzy znają mężczyznę. Ingrid wiedziona tęsknotą i pragnieniem odnalezienia Aleksandra wyrusza w długą podróż jego śladami. Kiedy nagle opuścił wyspę, poczuła dotkliwą stratę. Teraz pragnie go odnaleźć, chce pokazać mu córkę, chce znów poczuć się bezpiecznie przy nim. Jej siła i motywacja są ogromne. Kobieta pieszo, trzymając dziecko w chuście na piersi, a drogocenną walizkę w ręku wyrusza norweskimi szlakami poprzez surową przyrodę.

Napotkani po drodze ludzie wskazują jej drogę, ci, którzy widzieli żołnierzy, a wśród nich Rosjanina o okaleczonych dłoniach jak Aleksander, pomagają jej, rozrysowują na mapach miejsca, gdzie mógł się przedostać, dotrzeć. Kobieta czasem musi poruszać się pociągiem, czasem rowerem, głównie jednak pieszo. Walizkę zamienia na plecak, śpi pod drzewami albo u przypadkowych ludzi, czasem kilka dni gdzieś pracuje, byle zarobić na jedzenie i bilety. Droga prowadzi przez małe wioski, miasta takie jak n.p. Trodheim, aż do obozu koncentracyjnego Sonderlager Mysen.

Mamy rok 1946, zatem czas tyle co po zakończeniu wojny. „Okupacja Norwegii miała szczególny charakter; w wielu miejscach przypominała formę niemalże współpracy, ludzie się pobrudzili, a teraz usiłują zmyć z siebie ten brud, kraj umywa ręce. Tak, nawet wielu z tych, którzy naprawdę czegoś dokonali, wie, że mogli zrobić więcej, i woli, by im o tym nie przypominano”. Sporo przypadkowych osób jednak pamięta Rosjanina, który chciał się przedostać do swojego kraju. Ślady nie są wyraźne, raczej mgliste i niepewne, ale kobieta niezłomnie wierzy, że wreszcie znajdzie swój cel. Czy faktycznie tak będzie? Czego Ingrid dowie się o Aleksandrze? A czego dowie się o sobie? Jak zakończy się jej podróż?

Najciekawsze dla mnie w tej powieści było jednak jest to, że ta droga, podróż, jak w początkowym cytacie, stała się dla Ingrid czymś w rodzaju ukojenia w ciężkich czasach, i mimo trudności, jakie ta podróż sama w sobie powodowała, to poszukiwanie prawdy „stało się rozpaczliwą pogonią za punktem zwrotnym” wywołującą coraz większą tęsknotę za domem i powrotem. Podróż pomogła też Ingrid uporządkować w głowie pewne rzeczy, a to, czego się dowiedziała sprawiło, że zrozumiała, jak w ogóle ważne jest życie, szczególnie to życie po miłości.

Jacobsen ma swój styl, nieco zdawkowy, dość prosty i chłodny, co może męczyć i momentami męczyło. Klimat wyspy Barrøy gdzieś sie ulotnił, ale nic dziwnego, skoro wyspa pojawia się tylko właściwie na początku i końcu książki. Brakowało mi jej, bo jednak w poprzednich tomach to ona była niezwykłym tłem i jednocześnie kolejnym bohaterem powieści. Tu jednak też nie brakuje przyrody, wędrujemy z bohaterką przez lasy, wchodzimy na wzgórza, z których roztaczają sie widoki na wioski i fiordy, mijamy jezioro Tinnsjøen i patrzymy na Wyspę Boskiej Góry. Ogólnie czytało mi się dobrze, ale nie była to najlepsza powieść Jacobsena, jaką czytałam – jednak najbardziej podobał mi się pierwszy tom „Niewidzialni” (oczywiście warto czytać po kolei).

„Oczy z Rigela” Roy Jacobsen, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie, 2020

„Poparzone dziecko” Stig Dagerman

„W krainie małych psów każdy mógłby żyć, jak chce, gdyby tylko ktoś wiedział, czego chce. Ale w krainie małych psów nikt nie śmie wierzyć we własną wolę, ponieważ każdy wie, że jest fałszywym zdrajcą. W krainie małych psów jest tylko jedna wola, to wola, by zawsze być kimś innym. W krainie małych psów wszystko płynie. Nawet kamienie pływają. Na kamieniu szczerości płynie ten nieszczerości. Nawet maski noszą maski. Włożenie jeszcze jednej maski nazywa się demaskacją. Kraina małych psów to miejsce, w którym każdy wstydzi się, że żyje. Gdyby umierania nie postrzegano jako wstydliwego, wielu najchętniej by umarło. Zresztą nawet wstyd jest wstydliwy w krainie małych psów. Jedyne wyjście dla kogoś, kto w krainie małych psów czuje się źle, to zostać dużym psem. Jedyna korzyść z bycia dużym psem w krainie małych psów jest taka, że nie wstyd umrzeć. Także duży pies nie uniknie wstydu za to, że żyje, przede wszystkim duży pies. Dlatego robię to, co robię”.

20-letniego Bengta poznajemy w momencie, gdy trwają przygotowania do pogrzebu jego matki, z którą był mocno związany. Jej śmierć jest ciężka do zaakceptowania przez chłopaka. Nie potrafi się z nią pogodzić, nie chce, by jego życie dalej toczyło się bez matki, ale pustka po niej jest nazbyt namacalna. To bardzo boli. Kiedy jakiś czas po pogrzebie wychodzi na jaw, że jego ojciec od dawna miał kochankę, życie wywraca się Bengtowi do góry nogami. Od miłości do nienawiści jest bardzo blisko i choć początkowo Bengt nienawidzi nowej kobiety ojca, nie ma zamiaru jej poznawać, nie rozumie, jak ojciec mógł i dlaczego, to z czasem jego uczucie do Gun (bo tak ma na imię kochanka ojca) zmieni się w fascynację i pożądanie.

Jak obsesja chłopaka wpłynie na jego relacje ze swoją własną dziewczyną, Berit, a jak na relację z ojcem? Jak zachowa się sama Gun?

Cała ta historia opowiedziana przez Stiga Dagermana, to iście freudowski koncept mówiący o kompleksie Edypa, co może być postrzegane jako kontrowersyjne czy niesmaczne. A na pewno szokujące, szczególnie że książka została wydana w Szwecji w 1948r. Przyznaję, że nie wiedziałam czego się spodziewać po dalszej akcji i kilka sytuacji mnie mocno zaskoczyło. Nie zniesmaczyło, bo mnie już nic nie dziwi, a po części mogę zrozumieć nawet odczucia, jakie kierował bohater do swojego ojca, bo również w moim życiu podobnych doświadczyłam. Przyznaję, że cała historia jest napisana świetnym językiem, dobrze się ją czyta, choć momentami zalatuje banałem, ale jest też wiele celnych przemyśleń Bengta, które mnie ujęły prawdziwością, jaka i dla mnie jest istotna.

Sami bohaterowie natomiast, mimo, że ciekawie wykreowani, są bardzo antypatyczni. Berit wiecznie płacze i narzeka. Zawsze jest jej zimno, nie wie czego chce, boi się głębszej relacji z Bengtem i nie potrafi odeprzeć nachalnych „ataków” ojca Bengta. Ten zaś z kolei jest prostym człowiekiem, który nie domyśla się, że syn go okłamuje, nie tylko w kwestii studiów. Gun-kobieta, która wiekowo mogłaby być matką Bengta, jest owładnięta chęcią posiadania syna, wplątuje się z nim w dziwną relację, niby chce być jego matką, choć staje się kochanką. Natomiast sam Bengt jest skomplikowanym człowiekiem o dość destrukcyjnej naturze. Z jednej strony jest odrażający w swoim zachowaniu, znęca się nad zwierzętami (nie mogłam czytać o tym, co wyprawiał z psami), poniża i lekceważy swoją dziewczynę, kategoryzuje ludzi jako „brzydkich” i „pięknych”, albo gardzi nimi nazywając „maluczkimi”, a z drugiej, jest wrażliwym, jak mówi, „poparzonym” w dzieciństwie dzieckiem, szukającym miłości, pisze listy do samego siebie, a życie podsumowuje jako „odkładanie dzień po dniu swojego samobójstwa”. Czy łatwo jest takiego człowieka polubić?

Mam wrażenie, że Stig Dagerman mocno utożsamiał się z Bengtem, pisząc tę powieść, zarówno pod kątem swojego charakteru, jak i przeżyć. Książkę napisał mając też około dwudziestu lat, oraz dodatkowo przeżył ponoć podobną historię ze swoją teściową. Kariera pisarska Bengta trwała zaledwie kilka lat, popełnił samobójstwo w wieku 31 lat, bo chyba czuł rzeczywistość podobnie jak Bengt: „Nie wiem dlaczego żyję. Nie widzę końca nagromadzonych głupich dni”. Warto przeczytać przedmowę Pera Olova Enquista, bo wtedy jakoś łatwiej zrozumieć świat Dagermana i ten opisany w „Poparzonym dziecku”. Przynajmniej mnie było łatwiej. Tak czy siak polecam, bo to kawał niezłej prozy.

„Poparzone dziecko” Stig Dagerman, tłum. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Poznańskie, Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich, 2020.

„Blizna” Auður Ava Ólafsdóttir

DSC08628

„Czy świat za mną zatęskni? Nie. Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie. Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak. Czy świat jest lepszy teraz, kiedy ja się na nim zjawiłem? Nie. Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic…” Sztandarowy cytat z tej książki znajdujący się na okładce idealnie przedstawia sedno fabuły książki. A główny bohater, 49-letni Jonas Ebeneser stwierdza, że skoro nie potrafił sobie ułożyć życia, spróbuje ułożyć sobie śmierć.

Jonas ma dość porażek, nieszczęść i beznadziei swego życia. Chce z nim skończyć. Od kilku miesięcy jest po rozwodzie, ale od ponad ośmiu lat czuje się samotny. Niedawno dowiedział się, że jego dorosła już córka, Gudrun, zwana Lilią Wodną, nie jest jego prawdziwą córką. Tatuuje sobie na piersi białą lilię i przekazuje córce swoją firmę „Stalowe Nogi” produkującą protezy. Nic nie jest mu już potrzebne. Chce rzucić wszystko i zabić się.

Pożycza broń od przyjaciela Svana, zabiera jedną zmianę koszul i bielizny, dzienniki, które pisał mając 20 lat, oraz …. wiertarkę, by wywiercić dziurę na hak w suficie, na którym będzie mógł się powiesić. Nie mówiąc nikomu nic konkretnego, wyjeżdża do tajemniczego, ogarniętego jeszcze nie tak dawno wojną, miasta w kraju, w którym tylko zgliszcza i ruiny przesiąknięte krwią ofiar. Trafia do niemrawo działającego hotelu Silence, w którym meldując się mówi, że przyjechał na wakacje, co wydaje się dość dziwne, biorąc pod uwagę, że tak naprawdę, poza morzem i plażą z minami, nic tu nie ma. Młoda kobieta, Maj, która zawiaduje hotelem wraz z bratem, przeżyła wojnę, co sprawia, że Jonas zaczyna zastanawiać się, co dalej robić: „Nie mogę przecież powiedzieć tej młodej kobiecie, która z synkiem i młodszym bratem bardzo starała się przeżyć ataki bombowe w kraju zaledwie kilka tygodni temu pustoszonym przez plutony egzekucyjne, gdzie rzeki spływają krwią, gdzie woda ma nadal jej kolor, że przyjechałem tu po to, żeby się zabić; nie wyjaśnię tym ludziom, że wziąłem ze sobą torbę z narzędziami, aby zamontować hak, że dla mnie zabrać wiertarkę to jak dla innych zapakować szczoteczkę do zębów; po tym, co przeszła, nie mogę jej powiedzieć, że chcę im powierzyć obowiązek zdjęcia mnie z szubienicy. Moje nieszczęście jest w najlepszym przypadku idiotyczne w obliczu tych ruin i kurzu za oknem”. 

Jonas z czasem stanie się niezbędnym mężczyzną w tym mieście. Jak zawsze czuł się niepotrzebny, tak tutaj jego torba z narzędziami, umiejętności „złotej rączki”, które zawsze przecież posiadał, bo w Islandii układał kafelki, remontował kuchnie itp., staną się czymś bardzo istotnym. Śrubki z okładki książki to element niezwykle ważny w tej opowieści, element graficzny idealnie wpasowany w fabułę. Co zatem dalej wydarzy się w życiu Jonasa? Jak zakończy się jego historia, a może rozpocznie…?

Jonas wtrąca krótkie zapiski ze swoich pisanych w młodości dzienników,  często odnosi się do wspomnień, do słów swojego przyjaciela Svana (który swoją drogą jest bardzo ciekawą postacią w tej książce, a który mimochodem rzuca ot tak: „Człowiek jest taki mały”), jesteśmy też świadkami kompletnie pozbawionych sensu rozmów Jonasa z matką chorą na Alzheimera, czy z córką, która mimo, iż nie jest jego prawdziwą córką, bardzo go kocha.

To piękna książka o życiu i o jego sensie. To opowieść prosta, poetycka niemal, bardzo ważna w przekazie. Jest czasem jak raport, czasem jak pamiętnik, czyta się ją bardzo dobrze, czasem zieje smutkiem i niespełnionymi marzeniami, ale też sprawiała, że się uśmiechałam. Ta historia pokazuje prawdziwe oblicze człowieka, który jest zagubiony, zniechęcony, smutny, i choć wydaje mu się, że wie czego chce, to tak naprawdę podświadomie chyba szuka pomocy.

A wiesz, że w niektórych miejscach na świecie blizny wywołują szacunek i ten, który ma wielką i okazałą bliznę, to człowiek, który stanął oko w oko z dzikim zwierzęciem, rzucił wyzwanie własnym lękom, i przeżył?” 

Premiera 06.05.2020

„Blizna” Auður Ava Ólafsdóttir, tłumaczenie Jacek Godek, wydawnictwo Poznańskie, 2020

„Współczesna rodzina” Helga Flatland

flatKolejna powieść z serii skandynawskiej Wydawnictwa Poznańskie, która mnie ujęła.  Co ciekawe, tu właściwie nie ma akcji jako takiej, za to są przemyślenia i analizy a także cały wachlarz uczuć. Bohaterowie to trójka dorosłego już rodzeństwa. Najstarsza Liv, ma męża i dwoje dzieci; młodsza Ellen ma wreszcie faceta, wydawałoby się, że już na poważnie z którym starają się o dziecko; i najmłodszy Hakon, 30-latek z wadą serca, szukający tylko i wyłącznie wolności, negując wszystko, co wiąże się ze związkami i małżeństwem.

Cała trójka wybiera się na krótkie wakacje do Rzymu. Zabierają rodziców, ojciec ma właśnie obchodzić 70-te urodziny i ma to być taki „niespodziankowy”, przyjemny urlop. Spędzają miło czas, a kiedy podczas kolacji rodzice oznajmiają, że chcą się rozwieść, na cały świat trójki rodzeństwa pada cień. Zaskoczenie miesza się z szokiem i niedowierzaniem, a złość ze smutkiem i w końcu rozpaczą. Czy jest sens rozwodzić się w wieku 70 lat? pytają. Czy po 40-stu latach małżeństwa, naprawdę nie można już tego małżeństwa jakoś dociągnąć… do końca? I skąd w ogóle taki pomysł, że się rozwieść, przecież wszystko układało się świetnie? 

Helga Flatland buduje obraz rodziny, która nagle musi zmierzyć się z czymś bardzo trudnym, zaskakującym i nowym. Jest to nie tylko sprawdzian dla Liv, Ellen i Hakona, ale też dla rodziców, którzy nagle muszą (choć chcą) zacząć mieszkać i żyć osobno. Czy faktycznie nauczą się tej wolności i samotności? Będzie to na pewno ciekawy element powieści.

Fascynująca jest umiejętność Helgi Flatland w przedstawieniu każdej z trzech postaci rodzeństwa z osobna, przedstawienia jej perspektywy widzenia świata i całej tej sytuacji, w jakiej nagle się znalazła. Decyzja rodziców jest jak lawina. Pociąga za sobą wiele pytań, burzy i niszczy wszystko, co do tej pory było ukształtowane, do czego Liv, Ellen i Hakon byli przyzwyczajeni. A przede wszystkim wypacza obraz samych rodziców. Czy gdzieś znajdzie się miejsce na zrozumienie ich decyzji? 

Najbardziej cierpi Liv, jako najstarsza i najbardziej wrażliwa, traci nagle całe poczucie bezpieczeństwa, staje się nieobecna w swoim własnym małżeństwie i nie potrafi nad tym zapanować. Zaczyna zastanawiać się nad sobą, nad swoim brakiem poczucia niezależności. Dociera do niej, że jest po prostu słaba. Ale nie tylko.

Ellen, wydaje się być bardziej zdystansowana i twardsza, ale rozwód rodziców też odbiera jej spokój i pewność siebie. Czy to wszystko co istniało do tej pory zatem było kłamstwem? „Zawsze byłam przekonana, że rodzice są wiarygodni, że są naszymi świadkami historii, dopiero teraz zaczynam sobie uświadamiać, że wiele rzeczy mogli podkoloryzować, ukrywać lub zwyczajnie na ich temat kłamać. Zawsze co prawda rozumiałam, że są różni, i nie do końca pojmowałam, jak działa ich małżeństwo – choć nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam – ale byłam przekonana, że dla nich to wszystko ma sens. Że jest między nimi coś, czego ja sama nie widzę i nie rozumiem, coś mieszczącego się poza sferą mojego pojmowania, lecz mimo to istniejącego obiektywnie”.

No i Hakon, najmłodszy, bieniaminek, cudowne dziecko z dziurą w sercu, tak odżegnujący się od związków i deklaracji, nagle czuje potrzebę bliskości tej jednej kobiety, tylko czy nie jest na to za późno? Na nim również odbije się cała ta sytuacja z rozwodem. I właściwie to może on poczuje największy ból i smutek. Dlaczego?

Ta książka jest niezwykle wciągająca. Flatland tworzy genialne portrety psychologiczne. Jeśli ktoś szuka tu ciętych ripost albo szybkiej akcji, to nie ma po co czytać tej powieści. Trzeba się w nią wgryźć, włączyć do krwiobiegu uczuć i emocji, jakie szarpią naszych bohaterów, wleźć z butami w ich głowy i wspomnienia, by poczuć jaka naprawdę jest ta współczesna rodzina. „W ramach rodziny ludzie nigdy nie widzą się nawzajem wyraźnie, patrzą na siebie przez zasłonę łączących ich relacji” – mówi Hakon. I to jest prawda. Kiedy te relacje nagle się zmieniają, kończą, wówczas odkrywamy się, pokazujemy swoje prawdziwe oblicze, widzimy swoje słabości jak na dłoni. Życie w pewnym sensie się wali. Ale każde takie doświadczenie może być wartościową lekcją i to chyba Flatland głównie chciała, moim zdaniem, pokazać. Świetna powieść.

„Współczesna rodzina” Helga Flatland, tłumaczenie Karolina Drozdowska, Wydawnictwo Poznańskie, 2019.

„Początki” Carl Frode Tiller

65585189_2261179777264803_4020483357816127488_o

„Po jakimś czasie zauważyłem, że zapomniałem zapiąć pas. Już chciałem to zrobić, ale gdy paręset metrów przed sobą na wzgórzu ujrzałem TIR-a, rozmyśliłem się. Odczekałem chwilę i zjechałem na przeciwległy pas ruchu. Ilekroś zdarzało mi się fantazjować o tym, że z sobą kończę, wyobrażałem sobie uroczysty, rytualny wręcz czyn – w tym list pożegnalny, garnitur i ważne dla mnie miejsce. Dlatego ostatnią moją myślą, która przyszła, gdy w nagłym ataku paniki próbowałem ostro skręcić, było to, że mogłem trochę bardziej się postarać”.

Tiller sportretował tutaj rodzinę, której główny bohater, Terje – mąż, syn, brat, próbuje popełnić samobójstwo. Zaczynamy czytać tę opowieść jakby od końca. Terje jest w śpiączce, nie zabił się, nie postarał się zbyt mocno, jak mówi w powyższym cytacie, leży w szpitalu. Obok niego czuwa matka i siostra Anita. Obie rozmawiają ze sobą dość zdawkowo, choć wyczuwa się między nimi jakieś dawne animozje i spięcia. Terje, którego świadomość najwyraźniej zdaje sobie sprawę z sytuacji, patrzy na nie, ale one go nie widzą, ich wzrok przechodzi przez niego na wskroś, on już nie istnieje, leży i umiera, ale czy kiedykolwiek istniał naprawdę? Czy był ważnym członkiem rodziny, lubianym, kochanym, zauważanym? Jego relacje z bliskimi są naprawdę bardzo skomplikowane. Niewiadomego pochodzenia pretensje do siostry, pogmatwana osobowość matki, która wiąże się z dziwnymi mężczyznami, sprawiają, że obraz tej rodziny staje się dość ponury.

Opowieść Terjego to chaotyczne, wybiórcze bardzo, fragmenty z życia, które wspomina będąc w śpiączce właśnie. Czasem cofamy się o kilka dni, czasem o kilka lat, a czasem o kilkanaście. Retrospekcje są dość nieskładne, nie zawsze się ze sobą łączą kontekstowo, ale mnie to nie przeszkadzało. Ten pozorny chaos pokazuje, że wyobcowanie Terjego i jego pogrążanie się w depresji, w mroku i obojętności istniało od zawsze. Niezależnie w jakiej sytuacji osobistej czy zawodowej się znajdował, jego neurotyczna osobowość skazywała go od samego początku na katastrofę. Dlaczego i skąd się to wzięło? Trudno powiedzieć.

To nie jest bohater, którego da się lubić. Jest cyniczny, okrutny i złośliwy. Docinki i pretensje, jakie wiecznie ma w stosunku do siostry, matki, czy żony Turid naprawdę nie są niczym przyjemnym. I choć bywa, że jego ironiczne poczucie humoru może być śmieszne, to generalnie jest to dość przykre i męczące na dłuższą metę. To człowiek, który nie dość, że zniechęca do siebie innych, to dodatkowo zniechęca też siebie do siebie. Idiotyczne prawda? A może nie? Może neurotycy właśnie tak mają, że niszczą się w każdym momencie swojego życia, a ich wewnętrzne demony powoli biorą ich w posiadanie? Walka z nimi staje się ponad siły i właściwie niczego już się nie pragnie, chce się tylko zniknąć. Czasem tylko czuje się czyjąć obecność za plecami, a kiedy oglądamy się za siebie, oczywiście nie ma tam nikogo. Tak zwane „feeling of presence” towarzyszy Terjemu bardzo często, od dzieciństwa do czasu kiedy stał się już dorosłym mężczyzną. 

Oglądając dokument o amerykańskich więźniarkach, Terje mówi: „Czasem łapałem się na tym, że sam pragnę siedzieć w więzieniu. Nie takim jak to, ale w typowym norweskim więzieniu, gdzie osadzeni mieszkają w jednoosobowych celach wyposażonych w łóżko, telewizor, laptop i ciężkie metalowe drzwi tłumiące wszelkie dźwięki. Jednak to nadal więzienie, a ja rozumiałem, że moje pragnienie jest raczej tęsknotą za ucieczką od oczekiwań, zarówno tych, które miałem wobec siebie samego, jak i cudzych oczekiwań w stosunku do mnie”. Szczerość Terjego może dla innych wydać się wygodnictwem, ot, będę robił co chcę, nie mówcie mi jak i co, to moje życie. No tyle że, zwykle tak się nie da. Życie wymaga od nas dostosowania się do sytuacji, do ludzi. I choć to nierzadko sprzeczne z naszą osobowością, czasem musimy się temu poddać. Terje nie chce, nie umie, być może się boi. Jego egzystencjalne dramaty powodują, że Terje nie potrafi się odnaleźć ani w roli dobrego syna, ojca, męża i brata. To dla niego zbyt trudne, wyczerpujące, męczące.

Z zaangażowaniem za to zajmuje się walką w imię przyrody, z ochroną ekosystemów, jest specjalistą w tej dziedzinie, często marzy, by stać się muchą czy motylem, by rozłożyć skrzydła i wzlecieć gdzieś wolny. Widać, że się spełnia w swojej pracy, i choć wie, że każdy z gatunków zwierząt czy roślin w przyrodzie jest niezbędny i nie wolno ich tępić, bo bez nich łamie się cały łańcuch ekosystemu, to sam tępi i niszczy bliskich, z którymi przebywa, niszcząc tym samym własną rodzinę, niszcząc siebie.

Mimo tego wszystkiego, mimo tego destrukcyjnego klimatu i cynizmu, czytałam o Terjim z zapartym tchem. To chyba talent Tillera w przedstawieniu człowieka i jego odczuć. Genialnie to zrobił moim zdaniem. Nie mogłam się oderwać. Z jednej strony, bohater mocno mnie irytował, z drugiej mu współczułam, chciałam pomóc. Jego życie pędziło ku unicestwieniu i śledziłam to z najwyższym zainteresowaniem, co jest dość kontrowersyjne w sumie… Widziałam, że Terje momentami chce się ocalić, zastanawia go, dlaczego nienawiść do wszystkich tak go piecze pod skórą, dlaczego pozwala na to, by zwierzę w nim przejmowało nad nim kontrolę… a mimo to pogrąża sie coraz bardziej i bardziej.

To doskonała, hipnotyzująca powieść. Dająca do myślenia, pokazująca człowieka od tej najbardziej mrocznej, intymnej strony i jednocześnie zadająca pytanie, czy faktycznie można zauważyć początki depresji u człowieka i czy można zapobiec tragedii? Czy znalazłam na to odpowiedź? Hmmm… żeby to było takie proste… 

„Początki” Carl Frode Tiller, tłumaczenie Katarzyna Tunkiel, wydawnictwo Poznańskie, 2019r.

„Życie Sus” Jonas T. Bengsston

83477387_2670304123019031_2968732294652624896_o-001„Sus tak bardzo nienawidzi. Tak wielu ludzi i tak wielu rzeczy. Chociaż „nienawidzi” nie jest właściwym słowem. Sus gardzi. Gardzi tak bardzo, że niemal ją to wyczerpuje. A mieszka w dzielnicy, w której łatwo jest gardzić.”

Sus mieszka w bloku, na duńskim osiedlu, które z opisów bohaterki wydaje się być paskudnym miejscem, gdzie nie ma zasad, a wygrywa ten, kto silniejszy i bardziej się stawia. Dziewczyna cały czas podkreśla, że jest „z bloku”. Ci z bloku, niczego nikomu nie ułatwiają, stawiają opór, żyją po swojemu nie przyjmując od nikogo pomocy.

Sus jest młodą dziewczyną, która nie wygląda na swój wiek, dużo pali, pije śmietanę, by przytyć, ćpa i cały czas testuje siebie. Testuje swój strach i swoją silną wolę. Testuje motywację i odporność na ból. Dąży do perfekcji, chce być jak najlepszy bokser, zaczyna sprzedawać dzieciakom narkotyki i chce być w tym najlepsza, nie myśli o konsekwencjach, bo zależy jej na pieniądzach. Chce kupić pistolet i chce być dobra w zabijaniu, choć jej życiem kieruje nieustająca chęć „zapomnienia o wszystkim, zwinięcia się w małą, naćpaną haszyszem kulkę i oglądania w telewizji programów dla dzieci”.

Dlaczego dziewczyna tak bardzo chce nauczyć się zabijać? Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że tak bardzo pragnie zemsty na swoim ojcu, który niebawem ma wyjść z więzienia? Dopóki nie ma pistoletu, to noże są jej przyjaciółmi. Ma ich sporo, lubi je czyścić i liczyć. Kiedy przygarnia małego kotka, mówi „Niewiele różnisz się od noża […] i ty i on jesteście tylko narzędziami”. Wydawałoby się, że Sus jest kompletnie pozbawiona ludzkich uczuć, gdy tak surowo myśli o zwierzęciu i o tym, co chce mu zrobić. Co wrażliwsi czytelnicy poczują gęsią skórkę, ale Sus tak naprawdę jest wrażliwą dziewczyną. To tylko trauma, jaką przeżyła w dzieciństwie sprawiła, że Sus jakby zatrzymała się w dorastaniu, zarówno psychicznie jak i fizycznie. „Za sprawą noży jej ręce stają się dłuższe, przeczą jej wzrostowi i wadze”.

Cała opowieść to jakby kolejne etapy, jakie pokonuje Sus, by być gotową do starcia z ojcem. Wzrastanie w siłę i jednocześnie w obojętność nie wróży dobrze. Wszystko jest tu takie surowe, odarte z uczuć, nie dające nadziei. Sus budzi współczucie, ale jednocześnie odrazę i strach. Jej agresja wybija się mocno ponad tęsknotę za lepszym życiem. Czy aby na pewno tylko ojciec jest tu potworem? 

Bengsston pisze krótkimi zdaniami. Celnie, cynicznie, prawdziwie. Nie zostawia złudzeń ani nie upiększa. Podaje rzeczywistość duńskiego osiedla taką, jaka jest: bestialską, bezwstydną, beznadziejną. Tu nie ma szczęśliwego hygge. Tu jest mrok, pustka i cierpienie. Tu jest życie Sus. A takich Sus na pewno jest wiele. W każdym kraju… co daje do myślenia.

Świetna proza!

„Życie Sus” Jonas T. Bengsston, tłumaczenie Iwona Zimnicka, wyd. Poznańskie, 2020

„Białe morze” Roy Jacobsen

70376702_2406650549384391_4662784970924752896_n

„Życie mieszkańca wyspy to szukanie. Ingrid szukała, odkąd się urodziła – jagód, jaj, puchu, ryb, muszli, obciążników do sieci, łupku, owiec, kwiatów, desek, gałęzi…. Oczy mieszkańca wyspy szukają bez względu na to, czym zajmują się głowa i ręce, niezaznające spokoju spojrzenie krąży po wyspach i morzu, zahacza o każdą najmniejszą zmianę, rejestruje najdrobniejsze znaki, dostrzega wiosnę jeszcze przed jej przyjściem i śnieg, zanim ten namaluje białymi pociągnięciami rowy i dołki, widzi śmierć zwierząt, zanim umrą, i upadek dzieci, zanim się przewrócą, widzi też niewidzialną rybę w morzu pod rojem białych skrzydeł; wzrok to bijące serce mieszkańca wyspy”.

Główną bohaterką jest Ingrid, która w poprzedniej części „Niewidzialni” była małą dziewczynką i żyła sobie wraz z rodziną na wyspie Barroy niedaleko Lofotów. Teraz to już dorosła kobieta, która wraca na wyspę i przez długi czas żyje tam całkiem sama.  Reszta rodziny albo już nie żyje, albo powyjeżdżała. Jest II wojna światowa i jej echa docierają również do Barroy. Niedaleko zostaje zatopiony niemiecki statek. Wiele ciał niesionych prądem dociera do wyspy. Ingrid co rusz natrafia na zwłoki mężczyzn w niemieckich mundurach, które są w różnym stanie… nie rozumie skąd się wzięły. Nie rozumie też, skąd nagle w jej domu, na jej własnej wyspie, pojawia się ranny, mówiący po rosyjsku żołnierz. Czy ocalał z katastrofy, czy jest niebezpieczny? Ingrid opiekuje się nim, opatruje rany, myje, karmi. Robi to przez wiele dni i czuć w powietrzu, że zawiązuje się między nimi jakaś szczególna więź, mimo, że nie znają języka by się porozumieć…

Jednak szczęścia Ingrid nie zazna. Wydarzy się coś tajemniczego, coś co wprawi Ingrid w bezbrzeżny smutek, beznadzieję i odrętwienie. Wszystko stanie się dla niej bezsensowne, a kilka dni wyrwanych całkowicie z pamięci sprawi, że Ingrid cały czas będzie zadawała sobie mnóstwo pytań, o to, co tak naprawdę się wydarzyło.

Późniejszy pobyt w szpitalu, koniec wojny i przesiedlenia mieszkańców pobliskich wysp i wsi zaburzą całkowicie rzeczywistość kobiety. Będzie czuła się jakby „zesłano ją na ziemię w celu dokonania czegoś w rodzaju spisu ludzi wypędzonych z własnej ziemi, ponieważ w niej samej nic się ze sobą nie łączyło”. Co się tak naprawdę wydarzyło, czy Ingrid odnajdzie, to czego szuka? 

Sama fabuła, wyzierający z niej smutek i samotność człowieka pozostawionego w pewnego rodzaju uśpionej świadomości są niezwykle ciekawym materiałem na powieść. Przedstawienie rozedrganej niepewnością i mnóstwem innych, niezrozumiałych uczuć, kobiety jest wielką sztuką i autor faktycznie próbuje to zrobić. Niemniej jednak, muszę przyznać z bólem serca, że jego styl mnie tak okrutnie zmęczył, że momentami miałam chęć wyrzucić tę książkę przez okno. Mogło być pięknie, wyszło tylko momentami, a reszta do zabicia się. Naprawdę. Dawno się tak nie wkurzałam czytając. Zamiast skończyć tę książkę w 2-3 wieczory, tłukłam ją tydzień. Już przy pierwszej części mówiłam, że styl autora jest bardzo suchy, typowy dla Skandynawów właściwie, ale mimo, iż lubię skandynawskie powieści za ten ich niedopowiedziany czasem mrok, za te opisy zwykłej codzienności, tak tutaj ledwo dobrnęłam do końca, bo jest topornie, bez jakiejkolwiek emocji, typowa obserwacja: „była tu, poszła tam, powiedziała, że, a on opdowiedział i potem kucnął” (coś w tym stylu), a do tego nadmiar postaci, a w pewnych momentach w ogóle nie wiedziałam o co chodzi, kto jest kim itp.

Ale z kolei opisy przyrody, tego co się dzieje w naturze, w człowieku są niezwykłe. Gdyby tak była napisana całość, byłabym szczęśliwa, ale i tak cieszę się z lektury, bo czasem warto choćby dla kilku fragmentów…. takich tak jak ten cytat na początku notki i na przykład poniższy:

„Marzec to najmniej potrzebny miesiąc w roku. Ludzie widzą, że słońce się wznosi i dają się oszukać światłu, za którego sprawą zima staje się tylko bardziej widoczna. Kwiecień jest równie humorzasty i jeszcze bardziej zdradliwy. Ale w kwietniu przynajmniej przylatują ostrygojady i urządzają swoje awantury, niebo i szkiery ożywają głosami, można zdjąć jedną warstwę chust i skarpet, owca chodzi po brązowych ogrodach, kołysząc wielkim brzuchem, i skubie zeszłoroczne źdźbła, a śnieżyce dalej atakują akurat w chwili, gdy nadzieja grozi wywołaniem jednego czy drugiego uśmiechu w ludzkich umysłach; ludzie przeklinają i marzną bardziej niż w styczniu, ale kobiety i tak zdejmują z głowy kolejną chustkę, zaklęciami przywołując wiosnę”.

Generalnie jest to trylogia i za jakiś czas pewnie będzie trzecia część, sięgnę, bo chciałabym się przekonać czy będzie lepiej i kto tym razem będzie głównym bohaterem, ale obawiam się, że może być ciężko. Cóż, nie zawsze mogę się zachwycać książkami :) a taka piękna okładka…

Premiera „Białego morza” 2-go października.

„Białe morze” Roy Jacobsen, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Poznańskie 2019.