Archiwa tagu: Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen

DSC06427

„Najważniejsze jest powietrze – i dla krajobrazu, i dla człowieka. W moich wspomnieniach z pobytu na afrykańskim płaskowyżu dominuje zawsze wrażenie, iż przez jakiś czas życie toczyło się jak gdyby wysoko w powietrzu. Niebo było zwykle jasnoniebieskie lub bladoliliowe, bardzo rzadko nieco ciemniejsze, pełne potężnych i nieważkich chmur, zmieniających się ciągle i żeglujących we wszystkich kierunkach. Miało jednak ukrytą moc błękitu, którego głęboki, świeży odcień nakładało na pasma wzgórz i na lasy. W południe powietrze nad ziemią ożywało jak płonący ogień; iskrzyło się, falowało i błyszczało jak wodne kaskady, na kształt zwierciadła odbijało i podwajało wszystkie przedmioty, tworzyło przeróżne fatamorgany. Na tej wysokości oddychało się łatwo, płuca wciągały ożywczą lekkość, tchnienie optymizmu. Na tej wysokości człowiek budził się rankiem i myślał: „Jestem tu, gdzie powinienem być”.

To jest fragment z początku, z zaledwie 23-ciej strony, a już tak mnie urzekł, że lektura kolejnych stron trwała praktycznie bez przerwy. Szczerze mówiąc, nie mogłam się oderwać. Nie ma tu zbyt wielu dialogów, wartkiej fabuły i akcji – są za to przecudowne opisy i wspomnienia duńskiej pisarki, Karen Blixen, z pobytu na jej farmie u podnóża gór Ngong w Kenii. 

Życiorys Karen jest powszechnie znany: po ślubie ze szwedzkim baronem Brorem von Blixen-Finecke, przeprowadziła się z nim z Danii do Kenii. Afryka stała się w jej życiu czymś bardzo nowym, wtedy jeszcze nieznanym zbyt dobrze, bo to były lata lata 1921-1931. Mąż niestety zaczął zdradzać Karen, więc szybko doszło do rozwodu i w rezultacie Karen została na farmie, na której zaczęto już uprawiać kawę, całkiem sama. Zarządzała nią przez 10 lat, ze świetnym skutkiem. Zdobyła szacunek rdzennych mieszkańców, umiała zażegnywać konflikty wśród nich, cieszyć się z ich szczęścia, pomagać, ale przede wszystkim pozwoliła wielu z nich, zamieszkać na terenie swojej farmy i dała im pracę. Niestety, kawa w pewnym momencie zaczęła przynosić coraz mniej zysku i Karen musiała wrócić do Danii. Farma została sprzedana. Nastąpiło tytułowe pożegnanie z Afryką. 

Książka jest warta przeczytania, bo przede wszystkim to wspaniała lekcja pokory wobec natury i człowieka, szczególnie tego, o innym kolorze skóry i innej mentalności. To również opowieść niezwykle zmysłowa: tu przenikają się zapachy kawy, odgłosy ptaków, śpiewy plemion Masajów czy Kikuju, z którymi Karen żyła na bardzo dobrej stopie, bzyczenie szarańczy, która pewnego dnia opanowała farmę, czy też brzmienie różnych dialektów języka suahili. To również ważna lekcja historii, która dostarcza czytelnikowi ogromu wiedzy o Afryce (a na pewno dostarczyła jej wiele w roku pierwszego wydania książki, czyli w 1937).

Jeśli myślicie, że książka jest dokładnym odzwierciedleniem filmu z Meryl Streep (w roli Karen Blixen) i Robertem Redfordem (w roli Denysa Finch-Hattona) – to mylicie się bardzo. Owszem, Denys jest tu wspominany z ogromnym sentymentem, czułością, bardziej jako przyjaciel, kiedy Karen wspomina o safari, o przyjemności z latania z nim samolotem, czy kiedy przypomina sobie, jak lubili rozmawiać ze sobą. Niemniej jednak nie ma tu nic z romansu i nie jest to główny wątek książki. Ważniejsze są tu obserwacje samej autorki, jej próba „zapuszczenia korzeni” w nowym miejscu, czy zwykła codzienność.

„Skoro ja znam – tak myślałam – pieśń o Afryce, o żyrafie, o afrykańskim księżycu leżącym na plecach, o pługach w polu, o zroszonych potem twarzach zbieraczy kawy, to czy Afryka zna jakąś pieśń o mnie? Czy powietrze nad równiną drży niekiedy kolorem, który ja nosiłam, albo czy dzieci znają taką zabawę, w której powtarza się moje imię, albo czy księżyc w pełni rzuca na szuter drogi cień podobny do mnie, albo czy orły z gór Ngong wypatrują mojego nadejścia?”

Czytajcie tę książkę, bo jest napisana pięknym językiem, przedstawia piękno Czarnego Lądu, pokazuje siłę kobiety, która sama musiała zarządzać ogromną plantacją i stała się niezależną, nie pozbawioną szacunku i miłości innych, kobietą. To również powieść o kolonizacji, pobrzmiewają tu echa nawracania na chrześcijaństwo, jest podbijanie ziem i mnóstwo trudności z „przebiciem” się do tubylców, bo przecież ich mentalność jest/była kompletnie inna od europejskiej.

Pouczająca, zapadająca mocno w pamięć, w pięknym stylu, nostalgiczna, czasem smutna, a czasem bardzo wesoła opowieść. Polecam ogromnie.

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen, tłumaczenie: Józef Giebułtowicz, Jadwiga Piątkowska, Wydawnictwo Poznańskie 2019

„Niewidzialni” Roy Jacobsen

42506519_1878473672202084_4322343632293068800_n.jpg „Nikt nie może opuścić wyspy, wyspa to miniaturowy kosmos, w którym gwiazdy śpią w trawie pod śniegiem. Zdarza się jednak, że ktoś podejmuje próbę. W taki dzień wieje lekki wschodni wiatr”. 

Wyspa Barrøy gdzieś na Północy, niedaleko Lofotów jest miejscem wyjątkowym. Zamieszkana przez jedną rodzinę – rodzinę Barrøy jest ich domem, daje plony i czasem zabiera nadzieję. Otula niczym ciepły koc, ale też sprawia, że ciekawość, co za horyzontem wywołuje dreszcze. To taki mały świat, niedostępny dla obcych, do którego się przynależy, gdzie po wielu trudnościach oswaja się żywioły i zapuszcza korzenie, jednocześnie zdając sobie sprawę, że to trudne do oswojenia miejsce, a życie tu jest pełne pytań, problemów, zmartwień, żalu i samotności. 

Styl pisarza jest beznamiętny, suchy, tak jakby zaszył się gdzieś w zakamarkach domu rodziny Barrøy i obserwując ich, spisywał wszystko po kolei: czynności, zachowania, gesty, jednocześnie usiłując odgadnąć ich emocje. I tak z dnia na dzień, z pory roku na kolejną. Nie ukrywam, że ciężko było mi się wgryźć w tę książkę i w jej klimat, który przecież tu jest, ale jakby za szklaną szybą… którą musimy sami jakoś zbić. Dopiero kiedy natura zaczyna pokazywać swoją siłę, opisy stają się bardziej poetyckie, plastyczne i wówczas ma się wrażenie akcji, coś się dzieje. 

„…Pierwszy Zimowy Sztorm już rzęzi umierający poza trzeszczącymi ścianami, człowiek jest wtedy wytrącony z równowagi i nie rozumie, że jeśli już raz zamieszkało się na wyspie, to nie można się z niej wydostać, że wyspa wszystkimi swoimi siłami trzyma to, co do niej należy”.

Rodzina Barrøy tworzona przez Marię, Hansa, Martina, Barbro, Larsa i Ingrid Barrøy to spokojni, dobrzy, żyjący z dnia na dzień ludzie. Ingrid jest najmłodsza. Barbro niezbyt rozgarnięta, niezamężna, jest siostrą Hansa. Stary Martin jest dziadkiem Ingrid, a Hans i Maria to jej rodzice. Larsa rodzi Barbro. Kim jest jego ojciec?

I jest jeszcze wyspa. Kolejny, ważny bohater. 

„Na Barrøy mają trzy wierzby, cztery brzozy i pięć jarzębin, z których jedna jest pokryta bliznami i gruba w pasie jak beczka, nazywa się Stara Jarzębina, a wszystkich dwanaście drzew wygina się w tym kierunku, w którym pochyliła je natura. Jest jeszcze kilka mniejszych, rachitycznych brzózek na pagórku od zachodniej strony, wyglądają, jakby się obejmowały, noszą nazwę Lasek Miłości, ale kiedy wieje wiatr, wychylają się w różne strony. Oprócz tego mają też wielką wierzbę, która w dużej mierze leży wyciągnięta wzdłuż ziemi i żyje tak, odkąd sięga ludzka pamięć, na kolanach, na granicy między Ogrodem Różanym a Piersiowym. Przodkowie, zamiast zrąbać wierzbę, obudowali ją kamiennym murkiem. To przypuszczalnie jedyne drzewo na wyspie, którego nie wolno ściąć. Nie żeby ścinali inne drzewa, chociaż drewno jest kosztowne i niezbędne, więc zdarza się, że taka myśl przychodzi im do głowy. Ale nikt nigdy nie myśli o ścięciu wierzby znajdującej się między tymi dwoma ogrodami; ona już jest w pewnym sensie powalona, a przez to chroniona, jak grób. W największych jarzębinach rosnących wokół zabudowań wiszą wielkie gniazda srok. Wyspiarze często przeklinają sroki, bo ptaki srają i kradną, mówi się wtedy o zerwaniu gniazd. Z tego też nic nie wychodzi. Kiedy więc olbrzymie gniazda z gałęzi kołyszą się w walce z kolejnym sztormem i znów udaje im się przetrwać, ludzie stwierdzają z ulgą i stoickim spokojem, że i tym razem nic nie uległo zniszczeniu, bo jednak często coś się niszczy. Jeśli deszcz albo śnieg z rzadka padają całkiem pionowo, pod gniazdami na Starej Jarzębinie tworzy się w trawie suchy krąg. Wtedy tłoczą się tam owce. Zwłaszcza jagnięta nie lubią deszczu; ściśnięte, załatwiają się w tym miejscu na wyścigi, w ten sposób pod gniazdami powstaje czarny błotnisty krąg życia, wszystko jest ze sobą połączone, człowiek też nie dzieli się na dwoje, nawet jeśli pochyli się do przodu. Tak samo jest na tysiącu innych wysp archipelagu. Na dziesięciu tysiącach wysp.”

To prawda. Na lądzie też jest tak samo. Wszędzie życie jest podobne. Wszędzie są podobni ludzie.  Ta książka to taka zwyczajna relacja z życia zwyczajnej rodziny, która boryka się ze zwyczajnymi dla nich problemami codzienności. To, że mieszkają na odległej, malutkiej wysepce, i w nieco bardziej odległych czasach niż aktualne, to nic nie zmienia, bo problemy mają podobne, jak i my teraz. Muszą coś jeść, coś robić, z czegoś żyć. Muszą pracować, iść z duchem czasu, bo tego wymaga rzeczywistość, która się zmienia. Muszą próbować okiełznać morze budując przystań, którą za chwilę to samo morze mogłoby zniszczyć, muszą pozwolić na budowę latarni, muszą częściej wypływać do miasta, żeby zrobić zakupy, żeby coś sprzedać, coś załatwić. Muszą zabijać zwierzęta, szyć, robić na drutach, sprzątać. I jak w każdej innej rodzinie, tu też ktoś umiera, ktoś się rodzi, ktoś odchodzi, albo się nagle pojawia. I jak w każdej innej rodzinie istnieją żale i tajemnice, tak i tutaj. Ktoś powie „Żałowanie, że się o czymś marzyło, to coś co niszczy człowieka najbardziej”. Ktoś inny z kolei zda sobie sprawę, że nie trzeba się bać, że nie trzeba „przebywać na wyspie przez cały czas, żeby wyspa nie zniknęła”, że można próbować wydostać się poza horyzont i zawsze będzie można wrócić, bogatszym, dojrzalszym o doświadczenia.

To piękna, choć trudna w odbiorze książka. Podobne odczucia, jeśli chodzi o taki suchy styl autora, miałam czytając „Zbiornik 13”, ale jednak coś w tym jest. Wciąga. Sama fabuła przypomina mi trochę książki Herbjorg Wassmo (tym bardziej, że „Niewidzialni” to pierwszy tom trylogii Barrøy, drugi z całej trylogii „Białe Morze” ma się ukazać w przyszłym roku, liczę, że uda mi się szybko poznać dalsze losy Ingrid i pozostałych postaci). Dodam jeszcze, że „Niewidzialni” to powieść nominowana do Nagrody Bookera 2017 i rozpoczęła ona w Wydawnictwie Poznańskim Serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich (co mnie bardzo cieszy). Polecam.

„Niewidzialni” Roy Jacobsen, tłum. Iwona Zimnicka, wyd. Poznańskie 2018