Archiwa tagu: Smak Słowa

„Lewą ręką przez prawe ramię” Selma Lønning Aarø

„Simon włożył ręce do kieszeni szortów i po chwili wyjął z nich kilka monet. – Jeśli chcesz kiedyś tutaj wrócić, musisz zamknąć oczy i wrzucić monetę do fontanny. W ten sposób: lewą ręką przez prawe ramię. – Kiedy odwrócił się, żeby to zrobić, miał na twarzy uśmiech. Zamknął oczy i rzucił monetą za siebie. Do czego chciał wrócić? Do Rzymu, fontanny di Trevi czy do niej? Nie wiedziała. I już nigdy nie miała się tego dowiedzieć. Wiedziała tylko, że wszystko w życiu wraca. Jak woda w fontannie”.

Młodziutka Elvira Madigan niegdyś pracowala w cyrku jako linoskoczek. Kiedy zakochał się w niej żonaty porucznik Sparre bez wahania porzucił dla niej rodzinę i razem uciekli do Danii. NIe wystarczyła jednak miłość, ich życie skończyło się ledwie się zaczęło. Ubóstwo doprowadziło do tragedii. Sparre zastrzelił najpierw Elwirę a potem siebie. Kobiecie strzelił prosto w serce.

Ta historia co jakiś czas przewija się w powieści Selmy Lønning Aarø. Jedna z bohaterek ma na imię Elvira, jest córką Simona i Almy. Ma szesnaście lat i czuje się tak, jakby to ją kula porucznika Sparre trafiła w serce. Dlaczego? Dziewczynka jest córką Simona wspomnianego powyżej w cytacie i jest jedną z trzech narratorek w powieści. Pisze listy do zmarłej parę lat temu na raka młodszej siostry, po śmierci której mówi: „Czułam, jak kamień spada mi z serca. Czułam ulgę. Czekałam, aż umrzesz. Od dnia, w którym zachorowałaś, czułam się tak, jakbym leżała z głową pod wodą. W końcu mogłam się wynurzyć na powierzchnię i wziąć głęboki oddech”. Czy za takie myślenie należy się znienawidzić?

Wspomniany w cytacie Simon, ojciec Elviry, pewnego dnia wpada wprost pod koła samochodu i zapada w śpiączkę. Chwilę wcześniej rozmawia z pewną kobietą, całuje ją i nagle odwraca się i jakby ucieka… wybiega prosto pod jadące auto. Co spowodowało ten nagły odruch? Kim była kobieta z którą się całował, a która po wypadku zwyczajnie odchodzi, jakby bez zainteresowania tym, co się wydarzyło? Ta kobieta właśnie będzie drugą narratorką. Ma na imię Helen i jej życie też nie należy do usłanego różami, kiedyś napisała książkę „Opowieści portowe” a teraz jest w ciąży z Simonem i nie wie co robić.

Kolejną narratorką jest Alma, żona Simona, niegdyś piękność nad pięknościami, teraz z oszpeconą w wyniku pożaru połową twarzy. Poznajemy ją bardziej, kiedy zaczyna zwierzać się swojej pomocy domowej: Małgosi. Alma dobrze wie, że mąż ją zdradzał. Nie wie tylko z kim. Śmierć córki (siostry Elviry) sprawiła, że przestało jej na czymkolwiek zależeć. „Lena była jak lustro, w którym mogłam się przeglądać. Kiedy umarła, straciłam swoje lustrzane odbicie. Pomyślałam, że ktoś chce się mnie pozbyć. Usunąć wszystko, co było do mnie podobne. Aż w końcu zrozumiałam, że to była cena, jaką musiałam zapłacić za swoją próżność”.

Uch, ależ mi się podobała ta powieść. Jest już dość „stara”, bo wydana w 2009r. ale dopiero teraz wygrzebałam ją z półki i przeczytałam. Trzeba ją czytać w skupieniu, bo narracje przeplatają się niespodziewanie, cofamy się w czasie, perspektywy się łączą, by pokazać nam zachowania i emocje wszystkich postaci w danej sytuacji. Świetnie jest to napisane. Nie ma tu wielkiej akcji, wszystko dzieje się wewnątrz postaci. To ich odczucia, wspomnienia tworzą całą historię, by w finale pokazać czytelnikowi, kto jest w tej historii porucznikiem Sparre. To bardzo dobra opowieść, której bohaterowie pokazują całą paletę uczuć: miłość, smutek, złość i gniew, poczucie winy, bezkompromisowość, zemstę. Wszyscy są tutaj samotni, tkwią w skorupach własnych emocji i próbują usprawiedliwiać swoje czyny. Tylko czy jest dla nich usprawiedliwienie? Każdy dusi się w własnym sosie, w nieumiejętności porozumienia się, w beznadziei i zżerającym ich od środka gniewie na rzeczywistość, na którą często nie ma wpływu. A nawet jeśli był, to czy podjęte wybory były słuszne?

Świetna pozycja, jak dla mnie.

„Lewą ręką przez prawe ramię” Selma Lønning Aarø, tłumaczenie Milena Skoczko, wyd. Smak Słowa, 2009r.

„Kochankowie” Anne B. Ragde

DSC03887Jak mi żal, że skończyłam lekturę. Tym razem się nawet popłakałam. Tak jakoś na mnie oddziałują książki Anne B. Ragde i postacie stworzone przez nią i to ich surowe, trudne ale zwyczajne życie w nieco dysfunkcyjnej rodzinie.

Bohaterowie kolejnego tomu są nadal bardzo wyraziści. Jest zatem Magrido, jeden z braci Neshov, który swoją mądrością, dojrzałością, ale i wewnętrznym smutkiem i wrażliwością ujmował mnie od początku mojego spotkania z prozą Anne B. Ragde. Jego ogromna, czysta wiara w Boga i podejście do śmierci i życia były zawsze pełne szacunku i pokory. „Wszystko ma swój powód i sens, trzeba było tylko mieć wiarę, a on zdecydował się właśnie na wiarę. Jednak wiara nie eliminowała smutku Wiara nigdy nie wybawiała od śmierci. Tym, co mogła uczynić, było danie nadziei, nadziei tak wielkiej, że trudno było ją pojąć, ponieważ zawarte w niej było życie wieczne”. Niestety Magrido umiera. I ta śmierć wdzierająca się nagle w życie wszystkich bohaterów o których pisałam w „recenzji” wcześniejszych czterech tomów, zaskakuje ale jednocześnie na powrót zbliża i scala rodzinę. Jak potoczą się ich losy? I co się wydarzy zanim Magrido umrze? Nie mogę zbyt wiele pisać, ale niestety nie da się choćby pokrótce przedstawić tych postaci.

Torunn, która objęła gospodarstwo w Neshov w posiadanie, remontuje dom, powoli zapuszcza korzenie w nowym-starym miejscu, porządkując rzeczywistość i oswajając się z pracą w zakładzie pogrzebowym Magrida. Pracuje im się bardzo dobrze, Magrido czuje, że postąpił słusznie zatrudniając bratanicę.

Tormod – staruszek, ojciec-nie ojciec wreszcie czuje się szczęśliwy w domu opieki, gdzie może czytać swoje ulubione książki o wojnach, delektować się ulubionym napojem i po prostu czuć się szczęśliwym z dala od domu w Byneset, gdzie był wiecznie traktowany jak śmieć. Dostajemy tu też porcję wspomnień Tormoda z czasów jego dzieciństwa przypadającego na czasy II wojny światowej. To wtedy wydarzyło się coś, co na zawsze naznaczyło jego życie. Miłość. I ta miłość, która wybuchła jakoś tak bezwiednie i zaskakująco dla wszystkich, nawet dla samego Tormoda, ta niespełniona, zakazana, jedyna na całe życie miłość, odcisnęła piętno na przyszłości Tormoda i całej jego rodziny. To od tego właściwie zaczął się powolny rozpad rodziny Neshov. Trzeba było wielu, wielu lat, by coś wreszcie prawdziwie szczerego zakiełkowało w tej rodzinie, na ziemi kłamstw… Dlaczego, przecież miłość to zawsze coś dobrego, zatem dlaczego rozpad? 

No i kochany Erlend, który w duecie ze swoim grubiutkim Krumme remontuje ogromną willę dla swoich dzieci i ich matek. Tak, pojawiły się dzieci. Dzieci pary gejów. Dziwne? Niekoniecznie. Wprowadzają oni wszyscy do powieści lekkiego zamieszania, i bardzo ciepłego i przyjemnego klimatu z cudownym humorem, to coś jak kieliszek ich ulubionego szampana Bolingera. 

Dzieje się wiele w piątym tomie „Kochankowie”. Powracają wspomnienia, są zwyczajne, codzienne czynności, jest trochę śmiechu i sporo wzruszeń, ale przede wszystkim dużo miłości, szacunku i takiej wiary w człowieka. To piękna historia. Myślę, że przede wszystkim nie dla osób, które nie znają poprzednich tomów. Czytanie „Kochanków” bez lektury poprzednich części mija się dla mnie z celem. Owszem, autorka stara się wprowadzić czytelnika w przeszłość, wyjaśniając to i owo, ale uważam, że zaczynając znajomość prozy Anne B. Ragde od ostatniego tomu, skazujemy się wyłącznie na domysły i pozbawiamy się klimatu poprzednich części. I oczywiście nie zrozumiemy pewnych niuansów i sytuacji. Warto zacząć przygodę z sagą o rodzinie Neshov od pierwszego tomu. Dla przypomnienia: 1. „Ziemia kłamstw”, 2. „Raki pustelniki”, 3. „Na pastwiska zielone”, 4. ” Zawsze jest przebaczenie”, 5. „Kochankowie”.

 Niby książka o zwyczajnych ludziach, ale warto z niej czerpać takie prosty prawdy jak np. ta: „Chciałbym dobrze czuć się w tym, co robię na co dzień, bo takich dni jest w życiu najwięcej.” Serdecznie polecam. I chociaż zakończenie jest tu raczej zamknięte (ale tak też było w trzecim tomie), to czekam na kolejny tom, choć nie wiem czy będzie… Chciałabym bardzo. 

„Kochankowie” Anne B. Ragde, tłum. Ewa M. Bilińska, Karolina Drozdowska, wyd. Smak Słowa 2018

„Nocny człowiek” Jorn Lier Horst

DSC03697Przeczytałam piątą z kolei książkę norweskiego autora kryminałów z komisarzem Williamem Wistingiem. Piątą, ale już ostatnią wydaną w Polsce. Niestety. Szkoda, że tych części nie wydawano po kolei, bo szczerze mówiąc już zapomniałam, co było w tomie 10-tym (ostatnim z serii), a wydanym w Polsce chyba jako pierwszy. Misz masz okrutny, ale czasem pewne sprawy są niezależne pewnie i od wydawnictwa.

Żal mi rozstawać się z komisarzem Wistingiem, bardzo polubiłam tę postać. Smutno i tragicznie skończyła się część poprzednia. Tu, w „Nocnym człowieku” już mija dwa lata od tych wydarzeń. Żona Wistinga, Ingrid, kobieta którą bardzo kochał i której dobre serce sprawiało, że świat stawał się lepszy, zginęła nagle w wypadku samochodowym w Afryce, gdzie wyjechała na kontrakt z pomocą humanitarną. A teraz, Wisting pogrążony jeszcze w żałobie, prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa nastolatki, sam odczuje i zrozumie tę potrzebę pomocy światu, jaką widział u Ingrid. To, co wydarzy się w Narvik, i to, co Wisting zobaczy na własne oczy w Kabulu w Afganistanie, bardzo nim poruszy. Jego przemyślenia o świecie i o tym, jak pogrąża się on coraz głębiej w brutalności, chaosie, wojnach i biedzie, będą bardzo częste na kartach powieści.

„Do Wistinga nagle dotarła cała beznadziejność sytuacji. Przygniotło go poczucie winy i odpowiedzialności. Z trudem łapał oddech. Niełatwo było przewidzieć, jaki los czeka ich w kraju, w którym karykatury Mahometa wywoływały oburzenie i zamieszki. Czytał o lokalnych metodach wymierzania kary, które ostatecznie zawsze kończyły się śmiercią skazanego. Ukamienowanie, strzelanie, biczowanie i rozczłonkowanie ciała. Słyszał o grzesznikach zrzucanych ze szczytów gór lub dachów wysokich domów, których dalszy los powierzano Allahowi. O przestępcach, których zakopywano do szyi w dziurach w ziemi i zrzucano na nich ściany zrobione z gliny i kamieni”.

Niezmiernie podobał mi się jego „wywód” podczas przesłuchania na temat tak zwanego „efektu motyla”. Majstersztyk autora. Ten motyw efektu motyla będzie przejawiał się w całej książce. Tommy, przyjaciel Line, dziennikarki a zarazem córki Wistinga, powie „To, co robisz w ciągu swojego życia, odbija się echem w wieczności”. Właściwie, samo morderstwo nastolatki, którego brutalność bardzo zaniepokoi miejscową ludność, okaże się takim echem. Co zatem się wydarzyło? Dlaczego odcięto głowę dziewczynki i nabito ją na pal umieszczony w centrum miasta? Rytuał? Kto za tym stoi? Kim jest nocny człowiek? 

Norwegia ukazana jest tutaj jako kraj pełen niesprawiedliwości, nietolerancji wobec uchodźców, narkotyków, a także przemocy wynikającej z chciwości i pokus. „Dobre obyczaje i moralność odchodziły w zapomnienie, a ludziom coraz łatwiej przychodziło naruszanie granic innych osób”. To przemyślenie zwyczajnego mieszkańca Larviku, Einara, który wyszedł wieczorem na spacer z psem. Tyle, że ten wieczór nie skończył się dla niego tak jak zwykle. 

Świetny kryminał, łączący ze sobą wiele wątków. Samo śledztwo przebiega dwutorowo. Prowadzi je policja, ale również prasa. Tutaj na czele wyścigu stoi córka Wistinga, Line i jej gazeta „VG” (Verdens Gang). „Dagebladet” i „Aftenposted” idą za nią jak cień, czasem nawet wyprzedzają. Praca dziennikarza śledczego to ciągła adrenalina, niewyspanie, gonienie za tym, by wszędzie być pierwszym i łapać te najświeższe wiadomości. Czasem miałam wrażenie, że ta cała pogoń jest bardzo nie na miejscu, ale… jeśli dziennikarz śledczy jest wystarczająco bystry i dokładny, to może bardzo pomóc policji, natrafić na dodatkowe materiały. Line, jak zawsze, skrupulatna, odważna i bezkompromisowa, naraża wręcz swoje życie, byle tylko jej artykuł znalazł się na pierwszej stronie, zanim inni ją ubiegną. Nie wiem, czy takie podejście mi się podoba, ale faktem jest, że jej postać dodaje kolorytu książkom Horsta. Mało natomiast zawsze było o Thomasie, który jest jej bratem bliźniakiem. Wisting nigdy nie miał z nim zbyt dobrego kontaktu, ale tutaj się chyba coś zmieni… 

To bardzo dobra część serii z Wistingiem, świetnie zbudowana intryga, dużo analizy społecznej, mroczny świat przestępczy, samotność komisarza, który po śmierci żony próbuje ułożyć sobie jakoś życie osobiste – czyli wszystko to, co powinien mieć typowy, skandynawski kryminał. Niby nic nowego, ale napisanego w bardzo dobry, przystępny i wciągający sposób. Polecam! Premiera 14 sierpnia nakładem wydawnictwa Smak Słowa.

Nocny człowiek” Jorn Lier Horst, tłum. Milena Skoczko, wyd. Smak Słowa, 2018

Kolejny tom z Wiliamem Wistingiem już 14 sierpnia!

„Vera Kvålsvik szybkim krokiem zmierza do pracy gdy nagle jej oczom ukazuje się przerażający widok. Krzyk budzi zaspane norweskie miasteczko. Ktoś z wyjątkowym okrucieństwem zamordował młodą kobietę, a jej głowę nabił na pal i umieścił na środku rynku. Kto mógł popełnić taką zbrodnię, co zrobiła ofiara, że zasłużyła na taką śmierć? Opinia publiczna jest w szoku i oczekuje szybkiego rozwiązania sprawy, tymczasem śledztwo staje w martwym punkcie. Pojawia się coraz więcej pytań, lecz brakuje odpowiedzi. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej kiedy policja wyławia z rzeki kolejne zwłoki…” 

„Nocny człowiek” to piąty z kolei tom cyklu o Williamie Wistingu, a zarazem ostatnia z ukazujących się w Polsce książek wchodzących w skład przebojowej serii o norweskim komisarzu. Autorem oczywiście jest Jørn Lier Horst, a książka ukazuje się nakładem wydawnictwa Smak Słowa 14 sierpnia.

 large_male-nocny-czlowiek-3d

Dla przypomnienia moje recenzje wszystkich pozostałych części (w kolejności pisania przez Horsta, bo kolejność wydawania w Polsce jego książek jest zupełnie inna) :

„Morderstwo przy Rue Dumas” Mary Lou Longworth

622716-352x500„Miasto świętowało. Jeden z miejscowych piekarzy w podziękowaniu stworzył cukierki zrobione z pasty migdałowej i kandyzowanego melona, pokryte polewą cukrową – nazwał je calisson. Ten cukierek w kształcie migdała miał dla rodziców Marine i wielu mieszkańców Aix z ich pokolenia szczególne znaczenie. W mieście nie ustawały dyskusje, który z cukierników produkuje najlepsze”. 

Zaczęłam od tego fragmentu, ponieważ sentyment się we mnie obudził, kiedy czytałam tę książkę. Jakiś czas temu byłam na obrzeżach Prowansji we Francji i próbowałam tych cukierków, które ogromnie mi posmakowały i przypomniały klimat tamtego regionu. W kryminale M. L. Longworth, która mieszka od lat w Aix-en-Provence, jest taka francusko-włoska atmosfera – część dzieje się właśnie w Aix, a część w regionie Umbrii w Toskanii. Kryminał to dla mnie dość nietypowy, nie ma tu mroku i tajemnicy, do których przyzwyczaiły mnie skandynawskie książki. Przyznaję, że nieco mi tego brakowało i jakoś nie mogłam się dobrze wciągnąć w akcję. Koniec końców czytało się w miarę dobrze, ale nie zachwyciła mnie ta książka jakoś specjalnie. Może to wynika z nieznajomości pierwszego tomu? 

„Morderstwo przy Rue Dumas” jest tomem drugim serii z sędzią Antoine’m Verlaquiem i Bruno Paulikiem, komisarzem policji. Duet ten dopełnia dziewczyna Verlaque’a – Marine Bonnet, której matka pracuje na Uniwersytecie w Aix, na Wydziale Teologii. Dziekan tegoż właśnie wydziału, profesor Moutte, z francuskiego zwany „doyenem”, zostaje zamordowany w swoim gabinecie tuż po ogłoszeniu, iż nie zamierza jednak, jak wcześniej planował, wybrać się w najbliższym czasie na emeryturę, co jest dla wszystkich (zarówno pracowników wydziału, jak i studentów) sporym zaskoczeniem. Ktoś miał przecież zostać jego następcą, na pewno już wielu szykowało się na objęcie ciepłej, dobrze płatnej posadki i na zamieszkanie w niezwykłym apartamencie z basenem. Cóż, dziwnym trafem, okazuje się, że profesor Moutte nagle zmienia zdanie. Dlaczego?

Podczas przesłuchań, ani Verlaque, ani Paulik nie mogą znaleźć żadnego punktu zaczepienia a trzeba przyznać, że przesłuchania te są bardzo skrupulatnie prowadzone, oboje zadają dość konkretne pytania, są spostrzegawczy, co mi się podobało -nie ma tu jakiejś rozlazłości, czy niepotrzebnych dywagacji. Owszem są domysły, jak zawsze, ale w miarę szybko analizowane.

Dziekan Moutte przed śmiercią nie zdążył również ogłosić nazwiska zdobywcy prestiżowego stypendium Dumasa, co było najbardziej wyczekiwanym momentem przez dwóch studentów: Yanna i Thierry’ego (choć jak się okaże później, nie tylko przez nich). Gdyby nie oni i ich niecierpliwość oraz chęć zdobycia teczki z nazwiskiem laureata –  śmierć Moutte’a nie byłaby tak szybko odkryta. Ale przez to, oni też staną się podejrzanymi. Czy słusznie?  

Sama intryga kryminalna zaskakuje zarówno swoim rozwojem, jak i zakończeniem. To mi się podobało. Podobały mi się te wszystkie „okołośledcze” detale, czyli jakie, by tu wino kupić na kolację, opisy kolejnych słodyczy np. „canelés” – „Rozerwał opakowanie i wgryzł się w miękki środek przysmaku, zrobiony z rumu i wanilii. Ciastka były doskonałe, z wierzchu chrupkie i karmelizowane, wewnątrz chrupkie i karmelizowane”, a także dokładne opisy miejsc i architektury miasta, co mnie nie dziwi skoro autorka mieszka od 1997r. w Aix-en-Provence. Postaci też są dobrze opisane. Verlaque ma jakieś tajemnice  z przeszłości, Paulik z kolei fajną żonę i córkę, a Marine jest piękną, dobrą, kochającą ludzi kobietą. 

Irytowały mnie trochę fragmenty, w których studenci debatowali na temat kościoła klunickiego i kościoła cystersów (co było dla mnie dość nudne i ciężkie do ogarnięcia), ale rozumiem, ze teologia łatwą nauką nie jest. Brakowało mi troszkę tłumaczeń niektórych francuskich słów (ja akurat znam dobrze ten język, mam z nim na codzień do czynienia w pracy), ale dla kogoś kto nie orientuje się w słownictwie francuskim problemem może być choćby „le psy”, „rillette” czy „prépa”. 

Ogólnie zadowolona jestem z lektury, choć nie pieję z zachwytu. Niemniej jednak polecam, bo to zawsze coś innego, niż te mroczne kryminały ze Skandynawii czy Wielkiej Brytanii. Krew się tu nie leje, psychopatów nie ma, ale jest ciekawie, trochę „luźniej” i inaczej. Warto spróbować. Pierwszy tom nosi tytuł „Śmierć w Chateau Bremont” i również ukazał się w tym roku.

„Morderstwo przy Rue Dumas” M.L. Longworth, tłum. Małgorzata Trzebiatowska, wyd. Smak Słowa 2018.

„Jedna jedyna” Jørn Lier Horst

622715-352x500Kolejny kryminał z serii z Williamem Wistingiem i kolejny dobry. Szczególnie końcówka, która zaskakuje i zasmuca jednocześnie. Lubię kryminały Horsta, bo są proste, nie przesadzone, historia skupia się na faktycznym śledztwie, bez zbędnych ozdobników i wymyślnych postaci.

Komisarz Wisting w tej części, która jest czwartą z kolei, a nie wiadomo już którą wydaną w Polsce (zgubiłam rachubę, bo są wydawane nie po kolei) bardzo tęskni za swoją żoną, która wyjechała do Afryki w ramach programu „Lekarze bez granic”. Martwi się o nią, bo ma z nią rzadki kontakt, czeka nieustannie na telefon, dodatkowo gryzie go sumienie, że tak rzadko odwiedza swojego ojca, który niedawno przeszedł zawał. I z kwestii osobistych to właściwie wszystko.

Autor bardziej skupia się na śledztwie, które dotyczy zaginięcia młodziutkiej piłkarki ręcznej Kajsy Berg. Sportsmenka wyszła na trening i ślad po niej zaginął. W tym samym czasie w pobliskim lesie wybucha pożar, a na miejscu policja znajduje zwęglone zwłoki przykute kajdankami do drzewa i spalonego kota z odciętymi łapami. Brzmi brutalnie i obrzydliwie. Kim jest ofiara? Czy to dziewczyna, czy ktoś inny? Dlaczego tak brutalnie potraktowano człowieka? 

Policja będzie długo kluczyć, przesłuchiwać wielu świadków, i jak to u Horsta, Wisting wie, że coś przeoczył, tylko akurat w tym momencie nie może skojarzyć co. Czy to było jakieś zeznanie, na które wcześniej nie zwrócił uwagi? Czy może drobiazg, jaki zauważył któryś z jego kolegów? Wszyscy znajomi Kajsy, jej chłopak, jej trener, koleżanki z drużyny, koledzy z przeszłości, świadkowie różnych zdarzeń będą zeznawać. Czy jednak każdy z nich powie prawdę?

Wiele wątków nie będzie się początkowo ze sobą łączyć, ale Horst (taki już ma schemat) zwykle w 3/4 książki robi „coś”, co sprawia, że Wistingowi zapala się żaróweczka i momentalnie wszystko wskakuje na swoje miejsce. Wystarczy impuls, jakieś słowo, detal i od razu puzzle układają się same. W tym tomie jednak, to co wskoczy na miejsce, za chwilę z tego miejsca wyskoczy i znajdzie się zupełnie gdzieś indziej, kompletnie nie powiązane i błędne. „Jedna jedyna” to książka, która zaskoczyła mnie chyba najbardziej z tej serii rozwiązaniem zagadki kryminalnej. Okaże się, że zniknięcie Kajsy będzie tylko czubkiem góry lodowej, Wisting  poczuje się naprawdę wyjątkowo wyczerpany.

„Czuł się zmęczony. Prędzej czy później sprawcę uda się wytypować i ująć, tego był pewny, ale teraz sprawa wyglądała beznadziejnie. Miał wrażenie, że poruszają się po omacku. Zbierają luźne wątki. Ale właśnie na tym w dużej mierze polegało prowadzenie śledztwa: na tkaniu sieci o jak najdrobniejszych oczkach, tak aby sprawca nie był w stanie się wymknąć”.

Typowy dla Horsta kryminał. Jeśli znacie autora, to wiecie czego się spodziewać. Tu dodatkowo, jest więcej gmatwaniny, więcej nazwisk, głębsze dno samej sprawy i ciężki, emocjonalny finał. Lubię i polecam, szczególnie miłośnikom autora.

„Jedna jedyna” Jorn Lier Horst, tłum. Milena Skoczko, wyd. Smak Słowa 2018

„Dziedzictwo Karny” Herbjørg Wassmo

589179-352x500„Dziedzictwo Karny” to ostatnia część trylogii norweskiej autorstwa Herbjørg Wassmo, która zamyka w interesujący sposób wszystkie wątki  z poprzednich dwóch części i aż żal, że to już koniec. Nie można czytać ostatniego tomu bez znajomości poprzednich, o których już pisałam: „Księga Diny” (tom 1) i „Syn szczęścia” (tom 2). Klimat tych książek jest niezwykły, surowy a jednocześnie magiczny, a wykreowane postaci pozostaną na długo w mej pamięci. 

Karna – dziewczynka, córka Beniamina, której matka o tym samym imieniu zmarła przy porodzie, a z którą Beniamin miał przelotny romans, jest dziewczynką niezwykłą, choć ciężko chorą na padaczkę. Beniamin po ukończeniu studiów medycznych w Kopenhadze, pobycie w Berlinie, decyduje zaopiekować się swoją córką i powrócić do rodzinnej posiadłości w Reinsnes, do której po długiej nieobecności wraca również jego matka, Dina. Jego serce wciąż należy do Hanny, z którą spędził tu dzieciństwo, ale żeni się z Anną, którą poznał w Kopenhadze. Jest rozdarty między dwiema kobietami, jedną kocha i to jej naprawdę pragnie, drugiej miłość ofiarowuje, racjonuje, choć związek z nią też jest namiętny i wydawałoby się szczery. Chyba do czasu. A miłość … stanowi dar. Należy go chronić. Może przyjść w życiu za późno, albo za wcześnie. Ale nie jest dla ludzi, którzy racjonują ją jak pożywienie dla jeńców. Miłość jest mocą ofiarowaną tym nielicznym, którzy rozumieją, że trzeba dać wszystko i przyjąć też wszystko.” Czy Beniamin rozumie czym jest miłość? Chyba nie do końca. A Anna? A Dina? A inni? 

Karna mimo młodego wieku i swojej ciężkiej choroby, ma niezwykły dar obserwacji i łączenia faktów. Dla niej świat widziany jest światem prawdziwym. Nie ma nic poza nim. No może, poza duchem babci na strychu i pieśnią morza, która wciąga ją gdy nadchodzi atak padaczki. „Uczucie opuszczania własnego ciała. Bo musiała. A może chciała? […] Światło. Uniosło ją, wsysało w siebie. Przymuszało. By słuchała pieśni”. Sama potrafi również pięknie śpiewać, ale tylko wtedy, kiedy inni chcą lub potrzebują jej posłuchać. Tatuś jest dla niej autorytetem. Hanna i Anna początkowo zlewają się jej w jedną kobietę, ale jest ona jeszcze malutką dziewczynką i niewiele rozumie. Dopiero z upływem czasu  Karna  zaczyna się domyślać. Czego? 

Wszystko jest początkowo pogubione i nieposkładane, trwa w zawieszeniu, choć wydawałoby się, że życie toczy się normalnie. Dopiero kiedy po długiej nieobecności wróci Dina, ta dzika i nieokiełznana kobieta, teraz już z włosami przyprószonymi siwizną, ale nadal piękna, namiętna w swojej grze na wiolonczeli, pełna dawnych niewybaczonych win, ale też niezwykłej mądrości i smykałki do interesów, rzeczywistość zacznie się zmieniać i jakby porządkować. Niektórzy z tych, którzy ją kochali nagle odejdą, inni nagle powrócą. Zmiany zajdą nie tylko w Reinsnes, ale też w Strandstedet, gdzie zamieszka większość rodziny, a Dina wykupi podupadający hotel i połowę udziałów w stoczni. Skąd ma pieniądze? Dlaczego chce zrobić tyle dobrego dla swych rodzinnych stron? Ona, której nigdy w zasadzie nie interesowało życie tutaj, która nagle wyjechała i przez wiele lat nie dawała znaku życia. „Najważniejsze rzeczy w życiu zaczynają się albo kończą smutkiem”.

A Karna, jest chyba jedyną w rodzinie, która nie zrobiła nic złego. Szczera i uczciwa, dorasta i przeżywa pierwszą miłość, wiele upokorzeń związanych ze swoją chorobą, czuje, że nosi w sobie całą historię rodu, z którą nie może sobie poradzić, że to ona jest winą i ich odkupieniem, życiem, bo „Tu w Reisnens wszyscy jesteśmy martwi” jak powiedziała Dina. Karna dorasta w miejscu naznaczonym i w czasie wielu zmian, jakie zachodzą w tym skandynawskim zakątku świata, wycofanym z życia podobnie jak ona.

To słodko-gorzka powieść, w której możemy analizować zachowania ludzkie, konsekwencje ich czynów, ich wpływ na późniejsze życie, na kolejne pokolenia. Tu nie nic nie jest proste, ale kto powiedział, że życie jest proste. Popełniamy błędy i uczymy się na nich, bądź też nie. Czasem odpowiedzialność za nie spada na innych. Poszukiwania własnej tożsamości, swojej drogi, celu i sensu – to główne tematy tej całej trylogii. „Dziedzictwo Karny” pokazuje, że pewne rzeczy można naprawić, a inne zostaną jakie są i mogą tylko spłonąć jak suche deski. Czy zostaną wybaczone? Czy obciążenie dziedzictwem grzechów i czynów swoich przodków sprawia, że zachowujemy się jak oni? Bo nie mamy innego wzorca? Jak ważna w tym wszystkim jest nasza duma, wierność zasadom, wierność człowiekowi, uważność na otaczający nas świat? Refleksyjna, piękna literatura. Mądra i ważna. Warta lektury na pewno. Polecam. Po kolei – koniecznie!

„Dziedzictwo Karny” Herbjørg Wassmo, tłum. Ewa M. Bilińska, wyd. Smak Słowa 2018